Mówiono, że będzie to turniej zmęczonych gwiazd, tymczasem błyszczą właśnie najlepsi – Mbappe, Olise, Kane, Haaland, a przede wszystkim Messi. Czy wielki Leo ściga się jeszcze z Maradoną, czy ten wyścig już dawno wygrał i ściga się sam ze sobą?
Świętej pamięci Janusz Atlas lubił latać do Stanów Zjednoczonych. Zawsze kiedy wracał po tych wojażach do redakcji, zapewniał, że Ameryka dodaje energii, pozwala naładować akumulator. Coś w tym musi być. Gdy patrzę na tych gwiazdorów niby wyczerpanych sezonem lub metryką, przypominam sobie słowa Janusza.
Temperatury miały nie pozwolić Harry’emu Kane’owi biegać po całym boisku: bronić, rozgrywać i atakować. Jaki był efekt tych prognoz przekonali się Chorwaci. Kylian Mbape miał mieć kłopot z odreagowaniem marnego (zespołowo) sezonu w Madrycie. Tymczasem jego przechwałki, że w 2026 zostanie najlepszym mundialowym snajperem w historii trzeba dziś brać serio, zwłaszcza gdy ma obok siebie kogoś takiego jak Michael Olise.
Leo Messi nikogo takiego nie ma, więc na pięć bramek Argentyńczyków w turnieju, wszystkie były jego udziałem. Nasycony katarskim sukcesem i rozleniwiony Major Soccer League heros miał po prosu zaliczyć swój szósty turniej z cyklu World Cup. Zamiast tego pokazuje klasę i pasję nie gorszą niż cztery lata temu. Najpierw wyrównał rekord Miro Klose, w kolejnym spotkaniu o dwa gole go poprawił. W tej chwili ma już na koncie 18 mundialowych trafień.
To ostatnie, przeciwko Austrii, właściwie opowiedziało nam całą historię, wyjaśniło po co Leo bierze udział w mistrzostwach. Gol strzelony niemal na wślizgu, po dobitce własnego strzału. Przez faceta, który w środę rozpocznie 40. rok życia. Nie ma drugiego takiego na świecie. Pewnie on sam ma rację, gdy zwraca uwagę na fakt, że omijały go poważne kontuzje, bo zdrowie ma końskie.
Ale ma też pasję. Jest żądny sukcesów, lecz nie jako przyczepa, lecz główny silnik swojej drużyny. I robi to w trudnym dla siebie czasie, kiedy ojciec Jorge choruje. Gdy Diego Maradona wracał do reprezentacji na mundial w Stanach Zjednoczonych w 1994 roku zaordynował sobie mocne treningi indywidualne. Ćwiczył katorżniczo, biegał po bezdrożach. Okazuje się, że Messi zbliżając się do czterdziestki, wdrożył sobie w Miami specjalny program przygotowania fizycznego, właśnie z myślą o mundialu.
Wyjechał z Europy także po to, by mieć bliżej do ojczyzny, do rodziny. Kilka godzin w samolocie z Miami to nie kilkanaście. Ale ten człowiek nie odcina żadnych kuponów. Wygrał w zeszłym roku MLS, spopularyzował ligę, na mecze Interu Miami wyprzedawane się stadiony. W 104 meczach swojej drużyny zdobył 90 bramek i zaliczył 51 asyst. A to nie jest liga dla emerytów.
– On jest na zupełnie innym poziomie. Kiedy ktoś, kto ma 39 lat, strzela dwa gole w takim meczu, a pięć na początku mundialu, to jest wielka różnica. Pokazał, że nie jest jednym z najlepszych, tylko najlepszym – podsumował Ralf Rangnick, selekcjoner Austriaków.
Leo strzelił dwa gole Austrii dokładnie w 40. rocznicę meczu Argentyna – Anglia na mundialu w Meksyku, w rocznicę dwóch najsłynniejszych goli w historii futbolu. I jeśli ktoś nie był przekonany po Katarze, jeśli ktoś – jak ja – jest wiernym wyznawcą kultu boskiego Diego, to jednak musi się zgodzić, że choć Argentyna ma dwóch piłkarskich idoli, których podobizny zdobią meczowe flagi, to numer 1 wszech czasów wciąż biega w pasiastej koszulce. Dokąd dobiegnie w tym roku?
Kosmiczna seria Haalanda została przerwana. Dwa lata regularności
Erling Haaland nie pomógł swojej reprezentacji w ćwierćfinale mistrzostw świata, nie trafił do siatki i Norwegia przegrała z Anglią 1:2. Tym samym norweski snajper zakończył swoją niesamowitą serię strzelecką.