Od kilku ładnych lat finał Pucharu Polski zyskał rangę i oprawę, jakiej dawniej często mu brakowało. Ale w ostatnią sobotę było coś jeszcze, coś więcej – było autentyczne wzruszenie, nawet u kogoś, kto nie jest fanem KSG. Górnik Zabrze zdobył siódmy Puchar Polski w swojej historii – po 54 latach przerwy.
Górnik zrobił w sobotę właściwie wszystko perfekcyjnie. Dojechał na mecz pod każdym względem – przede wszystkim sportowym. W przeciwieństwie bowiem do Rakowa widać było zespół zorganizowany, wiedzący co chce grać i wygrać oraz jaką drogą dojść do sukcesu. Michal Gasparik wyczarował kolejny puchar w swojej karierze. W pięciu ostatnich latach, zawsze grał w finale, oczywiście wcześniej na Słowacji. Cztery razy wyszedł zwycięsko z takiej próby. Górnik Gasparika triumfował 2 maja absolutnie zasłużenie, trzeci raz w sezonie pokonując Raków. Trener z Zabrza nastroił podopiecznych jak należy. Zdając sobie sprawę z odpowiedzialności i ciężaru oczekiwań, nie bał się sięgnąć po rozwiązania nieoczywiste – bo czy oczywiste było choćby postawienie na Roberto Massimo? Przeczytał rywala, umiejętnie rozłożył akcenty, zawłaszczył środek pola, sprawił, że jego zespół nie popełniał właściwie żadnych błędów. Zespół, który jak wyliczył Roman Kołtoń, zbudowany został bez wielkich nakładów finansowych, w porównaniu do Rakowa – właściwie za grosze.
Lukas Podolski mówił przed wielką grą, że jego koledzy dadzą z siebie maksa, że będą tak biegać, aż zaczną – przepraszam – rzygać ze zmęczenia. Dali – faktycznie. Biegali – wszystko się zgadza. Ale pokazali przy tym jakość oraz piłkarską mądrość. Swoją i trenera. Bo to był bardzo mądry mecz w wykonaniu Zabrzan, co było widać jak na dłoni. Zauważyli to oczywiście również ważni ludzie z Częstochowy. Zauważyli zasłużoną wygraną przeciwnika. Nazajutrz po finale Raków ogłosił zatem zakończenie współpracy z trenerem Łukaszem Tomczykiem, zastrzegając przy tym, że niepowodzenie na PGE Narodowym nie było jedynym powodem podjętej decyzji. Czy słusznej? Nie bywam w szatni Rakowa, nie znam tła, szczegółów, ani nawet samego szkoleniowca (tym bardziej niech się nie gniewa, za publicystyczne i tytułowe spoufalenie się…). Czy Tomczyk zapanował nad szatnią, czy nie – można się tylko domyślać. Tak samo jak tego, czy byłby w stanie na dłuższą metę wszystko poukładać. Wydaje się jednak, że choć otrzymanej szansy w Częstochowie nie wykorzystał, to z drugiej strony pracował bardzo krótko, objął zespół w trybie dość awaryjnym, w dodatku zespół nie przez siebie budowany. Stąd decyzja o jego zwolnieniu wzbudza kontrowersje.
Tak czy inaczej, dymisja trenera Tomczyka była również i niewątpliwie konsekwencją fatalnie rozegranego przez Raków finału i nie ma sensu twierdzić inaczej. Pewnie nie był to jedyny powód, ale ważki.
Górnik takich problemów dziś nie ma. Ma trofeum, 5 milionów złotych więcej w kasie i perspektywę powrotu do europejskich pucharów. Sportowo obronił się w Warszawie znakomicie, a wciąż może sięgnąć jeszcze po medal mistrzostw Polski. Pytanie: jakiego koloru? Ale Górnik dojechał na finał również organizacyjnie. Na PGE Narodowym zasiadło pewnie ponad 25 tysięcy jego fanów, ubranych w białe koszulki z nadrukiem archiwalnego zdjęcia Stanisława Oślizły wznoszącego PP ponad pół wieku temu. Nie tylko młodych, było wielu fanów pamiętających te lepsze czasy Górnika. Bo ten klub i jego dawne gwiazdy wciąż są pamiętane. Kilka dni temu przed meczem usłyszałem od cioci mojej żony: – Lubiłam ten klub, kochałam się w Gorgoniu.
Takich osób, z dawną sympatią do Zabrzan, jest w całej Polsce więcej.
Kiedy w sobotę, koło 18, nadszedł moment dekoracji, wraz z nim pojawiło się wspomniane wzruszenie. Swój medal otrzymał bowiem Stanisław Oślizło, dziś mężczyzna 88-letni. To on odebrał trofeum z rąk Prezydenta RP, Karola Nawrockiego. I to on wzniósł je wraz z Lukasem Podolskim i Erikiem Janżą. Kapitalny pomysł! Uhonorowanie legendy, człowieka związanego z klubem od 1960 roku, który jako kapitan zdobywał poprzednie sześć pucharów. Jakże wymowny był tytuł na facebookowym profilu TVP Sport: „Pan Stanisław Oślizło znowu z Pucharem Polski”. A ja przypomniałem sobie jak około 25 temu, z błogosławieństwem Romana Hurkowskiego, pierwszy raz pojechałem do Zabrza – żeby w małym pokoiku starego budynku klubowego przy Roosevelta, porozmawiać z byłym legendarnym obrońcą. Słuchałem, a on opowiadał. I choć przygotowany do rozmowy, pewnie nawet nie do końca zdawałem sobie sprawę, z jak wielką, choć skromną, postacią mam do czynienia i z kim mogę wypić herbatę, wówczas jeszcze – pamiętam – ze szklanek miast filiżanek. Nawiasem mówiąc, już drugą tego dnia, bo wcześniej wypitą również ze wspaniałym rzecznikiem Górnika, Janem „Bolkiem” Niesyto, który na początek uraczył mnie opowieścią o tym, jak to po wielu latach przyjechał ze Szwajcarii Gorgoń, a wchodząc do budynku klubowego zdjął przed progiem buty – tak bardzo był wzruszony…
Przy okazji – moje pierwsze, dziecięce, wspomnienie związane z PP sięga mgliście 1983 roku, kiedy w finale znalazły się drużyny Lechii i Piasta, przedstawicieli ówczesnej trzeciej i drugiej ligi. Zakonotowałem wtedy ten fakt, głębiej się nad nim nie zastanawiając. Nagrodą dla ekipy z Gdańska był nie tylko puchar, ale i możliwość zmierzenia się później z być może największym w swojej historii Juventusem. Dla mnie zaś dziecięca lektura w „Piłce Nożnej” reportażu red. Hurkowskiego z wizyty Starej Damy przy ulicy Traugutta, zatytułowanego: „Trapattoni myszy goni”. Czemu o tym wspominam? Bo dziś to sytuacja trudna do wyobrażenia. W XXI wieku finał jest praktycznie, z nielicznymi wyjątkami, wewnętrzną sprawę drużyn z Ekstraklasy – raptem trzykrotnie dotarły do niego zespoły z jej zaplecza.
W minioną sobotę, w starciu dwóch mocnych teamów, faworyta nie było. Z jednej strony nuworysz, od kilku lat dopiero mocno osadzony w ekstraklasowym futbolu i święcący sukcesy, czyli Raków. Z drugiej zaś wielki Górnik, historyczny hegemon, trzeci zespół tabeli wszech czasów Ekstraklasy, ale głodny trofeów jak mało kto. Na mistrzostwo czekający prawie cztery dekady, na puchar ponad pięć. I więcej już nie musi, bo doczekał się. Podolski zaś, będąc po czterdziestce, zdobył trofeum z ukochanym klubem. Być może nawet dla niego ważniejsze, niż FA Cup czy DFB Pokal. Tym bardziej, że pewnie już niedługo zostanie głównym udziałowcem, brzmi dumnie: zdobywcy Pucharu Polski 2026.
Urugwajski pisarz Eduardo Galeano kiedyś pisał: „Dziennikarz zapytał niemiecką teolożkę Dorothee Solle: – Jak by pani wytłumaczyła dziecku, czym jest szczęście? – Nie tłumaczyłabym – odparła. – Rzuciłabym mu piłkę do zabawy"’. Ładne. Ja zastanowiłem się jednak, jak to odwrócić: jak wyjaśnić komuś, czym jest piłka?
Z opóźnieniem przeczytałem tekst Leszka Milewskiego pod tytułem „Sen o Widzewie”. Zaczyna się tak: „Ukułem kiedyś myśl, według której na Widzewie zawsze trwa mecz z Borussią Dortmund. Wchodzisz na stadion, patrzysz na murawę – składy jakby inne. Nie widać Łapińskiego, Citki. Nie widać Sammera, Rickena. Ale jeśli tylko odpowiednio zmrużysz oczy, są. Są jako cień zdarzeń, są jako wieczny punkt odniesienia. Wieczny punkt odniesienia, w którym przyszły triumfator Ligi Mistrzów w końcówce wali po autach, by wywieźć ze skromnej Łodzi remis”.
Optymistyczna elegia dla Legii [Felieton Zbigniewa Rokity]
Kilka lat temu pewien komentator nieco się zagalopował nazywając mecz Piasta z Legią derbami Polski. Dziś na zasadzie „odwróć tabelę, Legia i Piast na czele” to raczej mecze o awans do I ligi, które ku mojemu, jako kibicowi Piasta,
zadowoleniu, Piastunki przegrały. Legia bije własne antyrekordy, ja jednak odczuwam dysonans.
Konsternacja. Które oblicze reprezentacji jest prawdziwe?
Pytanie które oblicze reprezentacji Polski jest prawdziwe? To z piątku przeciw Holandii, która nas uwiodło, czy to z poniedziałku, z koszmarnego meczu na Malcie, które nas przestraszyło?
Lewandowski zatańczył do muzyki Probierza [KOMENTARZ]
Robert Lewandowski w sprawie pozbawienia go opaski kapitana reprezentacji Polski zatańczył tak, jak mu zagrano. Został wskazany palcem przez selekcjonera jako zły kapitan kadry, zawieszając karierę reprezentacyjną, decyzję Michała Probierza jeszcze podżyrował.