Z opóźnieniem przeczytałem tekst Leszka Milewskiego pod tytułem „Sen o Widzewie”. Zaczyna się tak: „Ukułem kiedyś myśl, według której na Widzewie zawsze trwa mecz z Borussią Dortmund. Wchodzisz na stadion, patrzysz na murawę – składy jakby inne. Nie widać Łapińskiego, Citki. Nie widać Sammera, Rickena. Ale jeśli tylko odpowiednio zmrużysz oczy, są. Są jako cień zdarzeń, są jako wieczny punkt odniesienia. Wieczny punkt odniesienia, w którym przyszły triumfator Ligi Mistrzów w końcówce wali po autach, by wywieźć ze skromnej Łodzi remis”.
Wielkiego Widzewa – z Bońkiem – nie pamiętam. To najgłębsze, mgliste i dziecięce wspomnienie dotyczy już epoki po, czyli meczów z Liverpoolem. Kolejny mocarny Widzew, ten Smudy, to już inna historia. Niby jeszcze świeża, a przecież w tym roku przypada 30-lecie pierwszego mistrzostwa – w ten sposób to ujmijmy – II Wielkiego Widzewa i jego rywalizacji z ligomistrzową Legią. Patrzę więc na tabelę i widzę Łodzian na 15. miejscu, Legię na 17. No raczej o złoto bić się nie będą, ale w kolejnym sezonie, w rocznicę ostatniego tytułu RTS, nie zdziwię się, jeśli znów ten ligowy klasyk będzie rywalizacją o medale.
To było tak niedawno. Publiczne zastanawianie się, kiedy pękną tamy i polskie kluby, niczym choćby czołowe czeskie, nie będą wahały się wydać miliona lub dwóch, liczonych w euro, kiedy zaczną nie tylko otwierać drzwi i pokazywać co mają na ladzie, ale samemu eksplorować zagraniczne rynki i płacić. To już się stało. Legia, Raków, Lech – tam od pewnego czasu płacono grubo. Ale oto ich wszystkich do kieszeni pod tym względem schował Widzew. Ten słabujący, ten jeszcze niedawno spacerujący między poziomami rozgrywkowymi, ten wiecznie finansowo niedoszacowany. Ale już nie. Wszystko za sprawą Roberta Dobrzyckiego, który nie wziął się znikąd. On akurat blisko klubu, w klubie jest nie od wczoraj, zna i pamięta dobrze Widzew sprzed czasów wielkiego żarcia, które sam właśnie funduje.
Kiedy budowany był ostatni potężny Widzew, jego podstawą były transfery najlepszych polskich zawodników. Milion marek za Michalskiego, trochę mniej za Citkę płacone trzema czekami, wykupiona z bankowego zastawu karta Szymkowiaka – kompletnie inne czasy. Był też moment, kiedy szydzono: nikt ci tyle nie zapłaci, ile obieca Widzew. Do dzisiejszych realiów i sposobu działania obecnego właściciela takie słowa nie pasują. Nagle bowiem okazało się, że na polskim rynku wyrósł potężny gracz, właściwie najpotężniejszy. Pięć milionów euro za Bukariego? W głowie się nie mieści, ale tak. Dwa za Zeqiriego, 1,5 za Fornalczyka plus kilku innych za kwoty, które niedawno byłyby nie do uwierzenia. Do tego bez odstępnego, ale za poważne kontrakty Bergier czy Lerager, który niedawno z Kopenhagą zamykał Rakowowi drzwi do raju. Zakusy na Grosickiego (nieudane) i ponoć Wiśniewskiego (kto wie jak się zakończą…), skłoniony do powrotu do Polski Drągowski, wyjęty z Cordoby zgodnie z klauzulą odstępnego (1 mln euro) Isaac, który wzmocnić ma defensywę i już za chwilę być może jeszcze Kornvig – środkowy pomocnik i podpora Brann, który w tym sezonie w fazie ligowej LE trafiał już do siatki Bologny, PAOK-u, a jeszcze w czwartek strzelił gola Midtjylland, i który kosztować ma ok. 3 milionów euro.
Pewnie wolałbym model transferowy z lat 90., czyli angaż bardzo dobrych, czołowych polskich zawodników, lecz dziś jest to trudniejsze. Tak czy inaczej, w tym sezonie Widzew zapisuje już – nie licząc ewentualnie Kornviga – około 15 milionów euro po stronie transferowych wydatków (przy właściwie zerowych wpływach), a sytuacja jest dynamiczna. Do tego zaś doliczyć trzeba wysokie sumy kontraktowe, bo przecież grający w Lidze Europy Kornvig, jeśli wybierze Łódź, to nie z uwagi na możliwość spacerowania Piotrkowską, ale sporo wyższe zarobki niż w Norwegii. Oczywiście, zawsze istnieje ryzyko, że to wszystko będzie jak krew w piach, ale widząc determinację właściciela, chyba bliżej mi do myśli, że w Łodzi rodzi się coś, co może zmienić układ sił w lidze, a przy okazji politykę innych klubów. Nawet gdyby awizowana przeprowadzka Duńczyka nie doszła do skutku (co trudno zakładać), to dziesiątki milionów złotych już wydane na transfery powinny przefasonować oblicze zespołu i wymusić inną perspektywę patrzenia na Widzew. Te dwa ostatnie okna są bowiem jak zdjęcie rentgenowskie – nic się na nim nie ukryje. Widać jak na dłoni, w co grają klub i jego właściciel.
Leszek Milewski wiosną jeszcze o tym wszystkim tak dokładnie nie wiedział. A mimo to, w swoim tekście na Goal.pl, znakomicie spuentował rodzącą się historię, przemawiając w imieniu, jak sądzę, widzewskiej społeczności: „Byliśmy Indianami wspominającymi czasy wielkich prerii, patrzących na kładzione pod pociągi tory. Teraz sny dotyczą tego, co nadejdzie. Jesteśmy Indianami, którzy właśnie palą cygara, bo przed chwilą stali się właścicielami kompanii kolejowej”.
Optymistyczna elegia dla Legii [Felieton Zbigniewa Rokity]
Kilka lat temu pewien komentator nieco się zagalopował nazywając mecz Piasta z Legią derbami Polski. Dziś na zasadzie „odwróć tabelę, Legia i Piast na czele” to raczej mecze o awans do I ligi, które ku mojemu, jako kibicowi Piasta,
zadowoleniu, Piastunki przegrały. Legia bije własne antyrekordy, ja jednak odczuwam dysonans.
Konsternacja. Które oblicze reprezentacji jest prawdziwe?
Pytanie które oblicze reprezentacji Polski jest prawdziwe? To z piątku przeciw Holandii, która nas uwiodło, czy to z poniedziałku, z koszmarnego meczu na Malcie, które nas przestraszyło?
Lewandowski zatańczył do muzyki Probierza [KOMENTARZ]
Robert Lewandowski w sprawie pozbawienia go opaski kapitana reprezentacji Polski zatańczył tak, jak mu zagrano. Został wskazany palcem przez selekcjonera jako zły kapitan kadry, zawieszając karierę reprezentacyjną, decyzję Michała Probierza jeszcze podżyrował.
Wisienka na neapolitańskim torcie. Czy Napoli nie odda już prowadzenia w Serie A?
Przed nami najbardziej pasjonująca końcówka sezonu Serie A w XXI wieku! Zarówno lider SSC Napoli (79 punktów), jak i wicelider Inter (78) do finiszu przystępują wyczerpane fizycznie i psychicznie. Oba zespoły są jednak gotowe na wykonanie tego ostatniego, decydującego kroku.
Utopia czy dystopia – Inter rzuca wszystkie siły na Champions League
Jeszcze parę tygodni temu, w czarno-niebieskiej części Mediolanu celowano w potrójną koronę i wcale nie wydawało się to utopią. Wydarzenia na przełomie kwietnia i maja sprawiły jednak, że Inter musiał poważnie zmodyfikować swoje cele na koniec sezonu 2024/2025.