Manchester United pokonał Athletic i awansował do finału Ligi Europy. Na dystansie dwumeczu nie pozostawił złudzeń co do tego, że na to zasłużył.
Przed tygodniem, na wyjeździe, wygrał 3:0. Dziś, u siebie, zwyciężył 4:1. W sumie więc 7:1. Wysoko, pewnie, wyraźnie.
Skrzętnie wykorzystał sprzyjające okoliczności – grę w przewadze jednego zawodnika od 35. minuty w pierwszym meczu i plagę kontuzji w drużynie rywala.
Na Old Trafford najadł się więcej nerwów, niż można się było spodziewać. Między 31. a 72. minutą przegrywał po kapitalnym trafieniu Mikela Jauregizara. Popełniał dużo błędów, faulował, nie wykorzystywał dogodnych okazji bramkowych. W końcówce starcia wszedł jednak na wyższy poziom. Strzelił cztery gole. Piłkę w siatce umieścili kolejno: Mason Mount, Casemiro, Rasmus Hojlund i jeszcze raz Mount. Uderzenia Anglika były wprost spektakularne.
W finale Ligi Europy – który odbędzie się 21 maja – Manchester United zmierzy się z Tottenhamem Hotspur. Na szali będzie trofeum, kwalifikacja do Ligi Mistrzów, honor i pieniądze. (MS)
W następnej edycji Ligi Europy udział weźmie drużyna z drugiej ligi portugalskiej. Podobne sytuacje zdarzają się bardzo rzadko, zwłaszcza współcześnie.
Emery po raz piąty, Cash po raz pierwszy! Cud w Stambule się nie zdarzył
Unai Emery prawdziwie jest specjalistą od wygrywania finałów Ligi Europy. Zrobił to już po raz piąty, a prowadzona przez niego Aston Villa, na oczach księcia Williama, po 44 latach znów wniosła europejski puchar. Dołożył do tego cegiełkę i Matty Cash, choć gwiazdą finału reprezentant Polski nie był.