Jeden z najważniejszych meczów tego sezonu w PKO BP Ekstraklasie zakończył się wygraną Legii! Podopieczni Kosty Runjaicia pokonali przed własną publicznością Raków, do którego teraz tracą sześć punktów.
Po kwadransie gry prowadzenie gospodarzom dał Tomas Pekhart. Czeski napastnik wykorzystał podanie swojego partnera z ataku, Ernesta Muciego. Albańczyk dograł na głowę 33-letniego snajpera, a ten sprytnym strzałem pokonał Vladana Kovacevicia.
Kolejny kwadrans później Legia prowadziła już 2:0. Tym razem do siatki trafił Rafał Augustyniak. Legioniści świetnie rozklepali defensywę Rakowa, a 29-letni zawodnik kąśliwym uderzeniem przechytrzył golkipera przyjezdnych.
120 sekund potem Raków złapał kontakt. Kapitalne dośrodkowanie Iviego Lopeza na bramkę zamienił Bartosz Nowak. Pierwsza połowa zwiastowała jeszcze ciekawsze zawody po przerwie.
W 56. minucie Bartosz Slisz sfaulował w polu karnym Giannisa Papanikolaou. Sędzia najpierw wskazał na jedenasty metr, ale po obejrzeniu tej sytuacji na powtórce zmienił decyzję.
W 63. minucie bramkę na 3:1 zdobył Paweł Wszołek. Gracz Legii wykorzystał świetne podanie Filipa Mladenovicia i strzałem głową zmusił Kovacevicia do wyciągnięcia piłki z siatki po raz trzeci w tym meczu.
Raków oblał ważny egzamin, ale ma jeszcze rezerwę w postaci sześciu punktów przewagi nad Legią. Nie może jednak pozwolić sobie na zbyt duże rozprężenie, bo w Częstochowie zrobi się nerwowo.
Konstantinos Sotiriou doznał groźnie wyglądającej kontuzji podczas spotkania między Radomiakiem a Koroną Kielce. O szczegółach na pomeczowej konferencji prasowej opowiedział trener Jacek Zieliński.
Marek Papszun prowadził Legię Warszawa w trzech meczach, ale żadnego Wojskowi nie potrafili wygrać. Doświadczony szkoleniowiec zastanawia się nad tym stanem rzeczy.
Legia Warszawa nie wygrała już 12 meczu z rzędu, czym pobiła negatywny rekord z 1966 r. Po remisie z GKS Katowice, kibice Wojskowych znów dali pokazać swojemu niezadowoleniu, co nie spodobało się niektórym graczom stołecznego klubu.
13-ego w piątek, ani GKS, ani Legia nie potrafiły w Katowicach przechylić szali na swoją stronę. Bliżsi tego byli jednak gospodarze i to oni mogą bardziej pluć sobie w brodę.