W porównaniu do czerwcowego meczu z Pomarańczowymi sytuacja była inna. Wówczas pełni obaw o kondycję sportową i psychiczną Polaków, obitych brutalnie przez Belgię, spodziewaliśmy się lodowatej kąpieli w rotterdamskiej Wannie. Skończyło się remisem. Do mundialu było prawie pół roku, wydawało się, że szmat czasu…
Piotr Zieliński (fot. 400mm.pl)
Przed meczem Czesław Michniewicz lubi mówić o celach krótkoterminowych (utrzymanie w Dywizji A Ligi Narodów), lecz mundial na pewno siedzi mu z tyłu głowy i to naturalne. Holandia to najtrudniejszy rywal w okresie, który trzeba uznać za bezpośrednie przygotowanie biało-czerwonych do mistrzostw świata. Michniewicz mógł podejść do meczu ostrożnie lub z pasją i zacięciem ofensywnym. Wybrał wariant pośredni, ale w założeniu jednak bardziej „na tak”. W porównaniu z pierwszym meczem wymieniona została z różnych powodów niemal połowa wyjściowego składu. Wrócili Szczęsny i Lewandowski, kontuzje wykluczyły Casha i Góralskiego, Bereszyńskie usiadł na ławce. Ci, których wybrał selekcjoner w środę, mieli jeden atut – poza Bednarkiem regularnie występują w swoich klubach, choć oczywiście w różnym natężeniu.
Przed przerwą Niezależnie od tego jego obecności w trójce stoperów należało się spodziewać. Selekcjoner zdecydował się wystawić jednocześnie dwóch najwyżej ostatnio ocenianych i wycenianych polskich pomocników – Zielińskiego i Szymańskiego. Obaj ustawieni za kapitanem drużyny mieli zadbać o właściwy serwis i tzw. robienie gry. Taki wariant był oczywiście możliwy tylko w wypadku ustawienia z trzema środkowymi obrońcami. Gdyby trener chciał powtórzyć wariant z Rotterdamu 1-4-5-1, wystawienie wysoko duetu Z-S z asekurującym ich tylko jednym cofniętym pomocnikiem byłoby obarczone zbyt dużym ryzykiem. Odważnie zestawione były polskie wahadła – Frankowski i Zalewski gorzej bronią, chętniej i lepiej nacierają. Tyle w teorii, bo na boisku tej odwagi w natarciach, zwłaszcza u Frankowskiego, nie było widać. Zalewski sprawiał wrażenie aktywniejszego. Jeśli w ogóle cokolwiek działo się ciekawego w naszych szeregach, to wówczas, kiedy na indywidualne akcje decydował się będący w znakomitej formie Zieliński. Kultura gry gości i ich swoboda powodowała, że nie byliśmy w stanie wiele zdziałać. Kiedy zaś Pomarańczowi przyspieszali, stosowali błyskawiczną wymienność pozycji, decydowali się na grę bez przyjęcia piłki, nasza drużyna trzeszczała. Pierwszy gol dla gości unaocznił dystans dzielący oba zespoły.
Po przerwie Michniewicz zdecydował się na jeszcze bardziej ofensywny wariant. Zieliński został przesunięty nieco do tyłu, na boisku w parze z Lewandowskim straszyć miał Arkadiusz Milik. Holendrów napastnik Juventusu specjalnie nie przestraszył, zmarnował znakomitą sytuację wypracowaną przez Frankowskiego i Zielińskiego. To była jedna z nielicznych, a na pewno najlepsza okazja dla nas. To rzadkość, kiedy Lewandowski nie oddaje przez cały mecz ani jednego strzału, a tak właśnie było na Narodowym. Niemniej do momentu utraty – w bliźniaczy sposób jak w pierwszej połowie – drugiej bramki próbowaliśmy odgryzać się rywalom na zasadzie: cios za cios. „Ale parę chwil w całym meczu to za mało” – skwitował po meczu przed kamerami TVP Bereszyński. Po golu na 0:2 zapał Polaków jakby osłabł.
Po meczu Faworytem nie byliśmy. Tak jak zawsze, gdy w przeszłości przychodziło nam mierzyć się z Holendrami. Mogliśmy sprawić niespodziankę, ale nie sprawiliśmy. Gorzej, że mieliśmy kłopoty nie tyle w ataku pozycyjnym, bo to nic nowego, co w ogóle z tworzeniem bramkowych sytuacji. Właściwie nie działało nic. Błędy w obronie, nieumiejętność utrzymania się przy piłce, druga linia w teorii, wsparcie dla najlepszego napastnika świata mizerne, zgoła żadne. Mocny i klasowy, bo to warto podkreślić, rywal nas obnażył. W niedzielę mecz z Walią. Z drużyną jakościowo gorszą od Holandii, lecz mającą inne atuty. W Cardiff o punkty będzie zatem tak samo trudno jak w Warszawie. Za dwa miesiące mundial. W Meksyku nastroje podłe, ale chyba dziś humory tam się poprawiły.