Poprzedni tydzień zaczął się w Polsce od tak zwanej afery PZU, która ma pewien związek – konkretnie personalny – z polskim futbolem. Otóż Adam G., jeden z zatrzymanych przez CBŚ w miniony poniedziałek, współwłaściciel firmy eventowej, która często współpracowała w ostatnich latach nie tylko z ubezpieczeniowym gigantem, ale również z PZPN, był do styczniowego posiedzenia zarządu związku szefem Grupy ds. Piłki Plażowej w Komisji Futsalu. (Z kronikarskiego obowiązku trzeba odnotować, że wyjaśnienia w prokuraturze składał również inny udziałowiec wspomnianej agencji MyPlace, a także – do niedawna – członek wspomnianej komórki beach soccera Tomasz Iwan; tyle że aktualny dyrektor pierwszej reprezentacji Polski został powołany w charakterze świadka).
Co prawda bez związku z wydarzeniami z minionego tygodnia, ale warto chyba w tym miejscu przybliżyć opinii publicznej okoliczności, w jakich doszło do zmian – na skutek rezygnacji szefa i jego zastępcy w stosownej podkomisji – w kierownictwie polskiego beach soccera na początku roku.
Otóż pierwotny budżet na organizację ubiegłorocznych mistrzostw Polski w piłce plażowej wynosił 60 tysięcy złotych. Ostatecznie impreza kosztowała jednak aż 280 tysięcy, za co po uszach dostał szef Komisji Futsalu – a zatem bezpośredni przełożony Grupy ds. Piłki Plażowej – Kazimierz Greń. Oczywiście był bardzo zdziwiony obrotem spraw, czyli znacznym podwyższeniem kosztów, niedziwne zatem, że zażądał wyjaśnień. I co się okazało? Otóż to, że – jak twierdzi Greń – zgodę na zwiększenie budżetu imprezy wyraził wiceprezes PZPN ds. finansowych (którym jest Eugeniusz Nowak). Mimo tego ustalenia szef Komisji Futsalu nie chciał nadstawiać karku za kosztowną działalność komórki beach soccera. Wyraził wotum nieufności wobec plażowych działaczy, którzy w zaistniałej sytuacji honorowo podali się do dymisji.
Tyle że jeśli prawdą jest, że rachunek wystawiony za obsługę plażowego czempionatu przez organizatorów opiewa na 160 tysięcy złotych, to chyba najwyższa pora, aby rozliczeniom z wszystkimi agencjami eventowymi współpracującymi z PZPN – nie tylko z MyPlace – przyjrzała się (zanim zrobią to inne uprawnione organy kontrolne) Komisja Rewizyjna PZPN.
OK, można wyjść z założenia: kto bogatemu zabroni. Tyle że w sytuacji, kiedy trenerzy juniorskich reprezentacji Polski (tych występujących na pełnowymiarowych boiskach) muszą skrupulatnie układać menu podczas zgrupowań, aby zmieścić się w sztywno wyliczonych – i co tu ukrywać: nader skromnych – stawkach ustalonych przez szefów PZPN, tak wystawną organizację kilkudniowych mistrzostw Polski plażowiczów, za ponad czterokrotnie wyższą sumę niż zakładał preliminarz, trudno określić inaczej niż mianem rozrzutności. No, chyba że – na przykład ze względów promocyjnych – związkowi w długiej perspektywie opłacało się przeprowadzać tak drogie eventy. To chyba jednak też warto sprawdzić…
GAdam
Cały artykuł można znaleźć w najnowszym numerze Tygodnika „Piłka Nożna”