Dla niektórych kontuzja kolejnego środkowego obrońcy Liverpoolu będzie przyczynkiem do dyskusji o wyborach Juergena Kloppa na tej pozycji, lecz szerszy kontekst zdarzenia jest bardziej istotny. To efekt motyla, który na przykładzie mistrzów Anglii już decyduje o obliczu i narracji obecnego sezonu Premier League.
Kontuzja van Dijka poważnie osłabiła Liverpool
MICHAŁ ZACHODNY
To, co najbardziej mnie zasmuciło, to widok, jak bardzo go bolało. Upadł, gdy nie było wokół nikogo. Od razu pomyślałem, że miał już w przeszłości strasznego pecha z kontuzjami – mówił Gareth Southgate jeszcze we wtorek wieczorem, gdy informował o przypadku Joe Gomeza, obrońcy Liverpoolu.
Słowa pochwały
Nie tylko obrońcy The Reds, ale też ważnej postaci. To na nim spoczęła odpowiedzialność za prowadzenie defensywy po urazie Virgila van Dijka, niecały miesiąc temu. To on ze wszystkich stoperów rozegrał najwięcej minut w Premier League obecnego sezonu. To on w wieku 23 lat zaliczył przeciwko Manchesterowi City już setny występ w Liverpoolu. – Jest w klubie dłużej ode mnie. Grał na lewej obronie, grał na prawej, grał w systemie z trójką środkowych obrońców, miał za partnerów Kolo Toure, Mamadou Sakho, Martina Skrtela, Dejana Lovrena, Virgila van Dijka i Joela Matipa. Tak wielu różnych współpracowników, a odnajdywał się w tym, rósł. Ostatnio musieliśmy go rzucić na głęboką wodę, ale znów dał sobie radę – przyznawał Klopp jeszcze przed starciem na szczycie Premier League.
Słowa Niemca potwierdzały statystyki. To Gomez wykonał z wszystkich piłkarzy Liverpoolu najwięcej wybić, to on obok Fabinho z regularnie grających zawodników był najbardziej efektywnym w pressingu, średni dystans podprowadzania piłki pod bramkę rywala ma niemal równy wynikowi Andrew Robertsona, nikt nawet nie zbliżył się do liczby zebranych drugich piłek (107). Z nim w składzie Liverpool od kontuzji Van Dijka stracił tylko trzy gole w sześciu spotkaniach, czyste konta zaliczając między innymi z Atalantą i Ajaksem Amsterdam. Z tym pierwszym rywalem zadebiutował w Lidze Mistrzów Rhys Williams, który ma na koncie ledwie pięć występów w drużynie Kloppa. A więc wszystko zdawało się powoli układać na korzyść Liverpoolu.
Do tego stopnia, że Klopp przeciwko City zaryzykował i wystawił czterech napastników. To we współczesnym futbolu nietypowe, ale miało być odpowiedzią na świetną dyspozycję Diogo Joty, jak również wskazaniem, że punktem pierwszym filozofii gry Liverpoolu nadal jest ofensywa. Początek spotkania na to wskazywał najbardziej, przynosił okazję za okazją, aż… City ułożyło sobie sprawy na boisku. Wówczas zaczęło okazywać się, że kontrolę piłkarzom Guardioli przynosi przewaga w środku pola oraz niedowaga w tej strefie rywali. To tylko pokazuje, jak wielką rolę odgrywa obecnie umiejętność zbalansowania drużyny, wyważenie akcentów i nie zapominanie o żadnej przestrzeni na boisku. Nie chodzi o to, że Klopp przesadził, czy poszedł zbyt odważnie, lecz niech posłuży to za przykład na drogę Liverpoolu w kolejnych miesiącach. A nie będzie to dla mistrzów Anglii łatwy okres.
Transformacja myśli
Na dziś wydaje się, że ostatnią i jedyną możliwością jest wystawienie w środku obrony Joela Matipa oraz Fabinho, który spełniał już tę i inne defensywne role, choć jest nominalnym pomocnikiem. Jego uniwersalność Klopp bardzo chwali, lecz w równym stopniu musi myśleć nie tylko o przetrwaniu, ale też o tym, co do przodu. W tym względzie często mówi się, jak istotne jest posiadanie dobrze wprowadzającego piłkę obrońcy i z Fabinho też Liverpool na tym nie ucierpi. Gorzej stanie się, jeśli w swoich kombinacjach i odpowiedziach na kryzys personalny mistrzowie zejdą z obranej drogi.
Od pięciu lat średnie posiadanie piłki Liverpoolu w Premier League nie spadło poniżej 60 procent, a trend w ostatnich trzech sezonach był jasny – drużyna Kloppa rozwija się w tym względzie. To nie jest dawna Borussia Dortmund tego szkoleniowca, szalona i rozpędzona, czująca się najlepiej w fazach przejściowych, nie szukająca kontroli, lecz wywołująca chaos. Transformacja myśli trenerskiej Niemca wynika z oczywistych zmian w futbolu, ale i siły budowanej przez siebie drużyny. Nadal wysoki pressing jest ważną składową, ale doskakiwanie, stwarzanie sytuacji i wykorzystywanie ich daje bramkową przewagę, której następstwem jest opanowanie sytuacji właśnie poprzez dominację posiadania. To jedna z lekcji wyciągniętych z rywalizacji z Guardiolą, który do dziś jest uznawany za najlepszy przykład trenera wymagającego kontroli wydarzeń na boisku. Gdy Niemiec liczył sekundy po stracie piłki w doskoku do przeciwnika, Hiszpan – kolejne podania mające doprowadzić do uporządkowania sytuacji na jego zielonej szachownicy.
Obecny dylemat Kloppa – czy zmieniać sposób gry ze względu na brak konkretnego, tak ważnego zawodnika i jeszcze jego następcy? – dotyczy również szerszego kontekstu, momentu, w którym znalazł się futbol. Pandemiczna przerwa doprowadziła do kompromisu pokazującego zaburzenie priorytetów: dostarczyciele pieniędzy (telewizje) obiecały utrzymanie finansowania wyłącznie za cenę pozostawienia tej samej liczby spotkań. Zdrowie piłkarzy i sens wrzucania ich na karuzelę pewnie nawet nie zostały poruszone w trakcie dyskusji przywracających porządek. Efektem nie miesiąc, nie runda, nie sezon, ale kilka lat rozgrywanych w cyklu środa-niedziela-środa.
Dobijająca intensywność
Kiedyś w Anglii opowiadało się, że natężenie spotkań to niespecjalne zmartwienie, a futbol to gra męska, wymagająca siły i witalności, więc pęknie tylko kość słabsza. Dziś odpadają najmocniejsi i to nie tylko przez koronawirusa, lecz urazy mięśniowe, obciążeniowe. Dodatkowo w Anglii po wprowadzeniu pięciu zmian na finiszu poprzedniego sezonu, w tym sezonie kluby nie doszły do porozumienia, co znów wygląda jak absurdalne odwrócenie właściwych rozwiązań. Obecny brak możliwości wykonania dwóch dodatkowych roszad wygląda jak szafowanie zdrowiem piłkarzy.
To jest dygresja od kwestii taktycznych czy personalnych Liverpoolu, nawet niekoniecznie związana z kontuzją Gomeza czy Van Dijka – pierwsza wymagałaby analizy, której nie otrzymamy, druga to nieodpowiedzialność rywala – ale też taka, na którą Klopp pozwala sobie coraz częściej. Zwłaszcza że w Anglii utrzymano korzystny dla telewizji rozbity na cztery dni terminarz kolejki, z każdym spotkaniem rozgrywanym o innej porze. – Tu nie chodzi o Liverpool, Manchester United, czy City… Po ostatniej przerwie na kadrę graliśmy mecz z Evertonem już w sobotę w południe. A niektórzy z moich zawodników jeszcze dwa dni wcześniej byli w Peru. Takie rzeczy nie powinny się dziać. W stu procentach rozumiem telewizje, ale Premier League powinna bardziej dbać o interesy piłkarzy. W poprzednich latach grano normalnie w październiku i listopadzie, a potem przychodził szalony grudzień. Teraz w październiku gramy jak w grudniu, w listopadzie gramy jak w grudniu i grudzień będzie taki sam jak był. Ta intensywność jest dobijająca – mówił w dłuższym wywodzie po starciu z City.
Klopp wraz z innymi szkoleniowcami drużyn uczestniczących w europejskich pucharach zawiązali porozumienie i teraz niemal na każdej konferencji powtarzają, że rozkład meczów oraz liczba zmian są niedopuszczalne. – OK, ktoś powie, że teraz dzięki temu rywalizacja będzie lepsza, bo każdy ma szansę. Jednak problem polega na tym, że narażamy na kontuzje piłkarzy. Oni nie mają prawa być na to przygotowani. Tu nie chodzi o nas, ale o terminarz, o konieczność dyskusji o zmianach – dodawał Klopp.
Wróćmy jednak do taktyki. Liverpool w obecnym sezonie notuje najniższą średnią posiadania piłki od sezonu 2015-16. To nie jest drastyczny spadek, wciąż jest to dominacja 60-procentowa, ale możliwe, że pokazująca pewien trend, który – wraz z osłabieniem podstaw kręgosłupa drużyny – będziemy obserwować w kolejnych tygodniach sezonu. Interesujące jest jednak nie tylko to, co będzie, ale co już się stało: otóż nie zaskoczy nikogo statystyka pressingu w strefie ataku. Liverpool, podobnie jak w każdym z trzech poprzednich sezonów, prowadzi w liczbie doskoków do zawodnika z piłką w pobliżu bramki rywala. To jasne, ale nigdy ta przewaga nie była tak znacząca jak obecnie.
Piłkarze Kloppa średnio doskakują do przeciwnika w strefie ataku aż 50 razy. Trzeci w tej klasyfikacji Tottenham robi to 36-krotnie, piąte Brighton – 33-krotnie, a dziesiąty Everton – 29 razy. W kolejnych latach Liverpool zdecydowanie się rozwijał, wyznaczał trend i notował coraz lepsze statystyki. Ale obecnie jest tylko on. Wynik Tottenhamu jest na poziomie dziesiątego miejsca w poprzednim sezonie. Na zakończenie ostatnich rozgrywek przewaga Liverpoolu nad trzecim zespołem w klasyfikacji wynosiła niecałe trzy pressingi, była jeszcze mniejsza dwa lata temu (1,5). Obecnie wynosi 14.
Doskonałym przykładem na odwrotną drogę jest Manchester City, który w analizowanych poprzednich sezonach zawsze zajmował miejsce w czołowej trójce tej klasyfikacji. Wydawało się to jasne, bo pressing to też ważny punkt filozofii Guardioli. Ale obecnie wyniki City są na poziomie piątego Brighton. W sezonie 2017-18 nikt nie był tak efektywny w pressingu jak jego zespół, obecnie pięć drużyn ma wyższą skuteczność udanych akcji.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to typowy efekt przesytu Guardiolą i jego intensywnością pracy: po City faktycznie momentami widać, jakby byli sobą zmęczeni, mają ogromne problemy już nie tylko ze skutecznością, ale przede wszystkim – kreatywnością. Nie licząc spotkań Pucharu Ligi, w tym sezonie City nie wykreowało w meczu szans o sumarycznej jakości powyżej 2,0, liczonej wedle goli oczekiwanych. W poprzednim sezonie dopiero w dziesiątym spotkaniu ta sztuka im się nie udała! Każdy cierpi na swój sposób: u Kloppa to defensywa, u Guardioli – ofensywa. Każdy szuka swojego sposobu na ratunek, także personalnego i taktycznego. Najwięksi dostosowują swój futbol do nowych warunków, choć jeszcze walczą. Intensywność meczu City z Liverpoolem przed przerwą na kadrę była bardzo dobra w pierwszej połowie, by stopniowo opadać w drugiej. Pytanie jednak, na jak wiele podobnych spotkań, popisów będzie stać te drużyny? Gdy będą na tyle silne fizycznie, by nie wdawać się w to, co gra przeciwnik, ale pokazywać swoją moc, wynikającą z przewagi jakości?
Problemy Liverpoolu na dziś tylko wydają się personalne – zimą zapewne klub wyda pieniądze na kolejnego środkowego obrońcę, by choć na chwilę ten kryzys zatrzymać. Jednak to pozory, a dramat jednostek – Van Dijka czy Gomeza – może za chwilę mieć odzwierciedlenie w stylu gry zespołu. Bo wracając do wątku równowagi na boisku, nie wolno zapomnieć również o kontekście relacji wewnątrz drużyny. Przeciwko City Gomez po raz pierwszy zagrał z wracającym po urazie Matipem, co jest podkreśleniem wcześniejszych rotacji i innych preferencji personalnych Kloppa oraz mocnej pozycji zawsze obecnego Van Dijka. Teraz walczący o obronę tytułu i kolejne europejskie trofeum zespół będzie musiał się uczyć na nowo tego, co prezentują kolejni zawodnicy sprawdzani na środku obrony. To proces, który wymaga czasu, treningu, czyli tego, co niemal wszystkim szkoleniowcom w Premier League i czołowych ligach Europy odebrano.
Liverpool nie jest w kryzysie, w miesiącu między zgrupowaniami reprezentacji w październiku i listopadzie nie przegrał spotkania, wygrał pięć z siedmiu i strzelił 15 bramek, tracąc ledwie pięć. Jednak ani Klopp, ani jego rozbudowany sztab, ani działacze klubu nie byliby w tym miejscu, które obecnie zajmują, gdyby w poprzednich latach nie starali się myśleć dwa, trzy ruchy do przodu. Teoretyczna dyskusja kibiców zaczęła się wraz z kontuzją Gomeza, lecz w gabinecie niemieckiego menedżera pewnie trwa od dawna, a dziś – poprzez jego krytyczne wywody o terminarzu, budowanie poszczególnych zawodników pochwałami, rozwiązania takie jak 1-4-2-4 z City – obserwujemy tego efekty. To brutalny sezon dla piłkarzy i trenerów, lecz pod tym względem fascynujący, bo wchodzą na tereny dotychczas nieznane.
Z hukiem spadli z Premier League. To może być ich nowy trener
Burnley nie ma już nawet matematycznych szans na utrzymanie się w Premier League. Do końca sezonu zespół poprowadzi Michael Jackson, który tymczasowo przejął schedę po Scottcie Parkerze. Tymczasem media wskazały menedżera mogącego od przyszłego sezonu na stałe przejąć stery w ekipie The Clarets.