Paryż wciąż wart pucharu! Kanonierzy nie trafiali w cel
Mocowali się trzy godziny. To było starcie wagi ciężkiej, najlepszej obrony z najlepszym atakiem. Paryżanie próbowali zadawać ciosy, Londyńczycy dobrze klinczowali. Dzięki temu dotrwali do karnych, ale w nich dwa razy nie trafili celu i tak PSG obronił mistrzowski pas.
– Bardzo trudno przewidywać przebieg zdarzeń, różne warianty sa możliwe – mówił przed meczem Igor Rabiner, dziennikarz, który na finał Ligi Mistrzów przyleciał aż ze Stanów Zjednoczonych. – Jeśli pierwszy gola strzeli Arsenal stanie z tyłu i będzie bronił prowadzenia. Jeśli pierwsze trafi PSG mecz może być i na 4:2, albo też będą bronić co pokazali w półfinałowym rewanżu w Monachium. Jedno jest pewne, na pewno będzie ciekawie. I w gruncie rzeczy było, choć pewnie nie tak, jak wielu się spodziewało.
PIORUN NA POCZĄTEK
Jeżeli chodzi o składy, w PSG największą zagadką był występ Achrafa Hakimiego, z powodu urazu uda nie grającego od pierwszego meczu półfinałowego z Bayernem. Luis Enrique na przedmeczowej konferencji prasowej zapewnił jednak, że zarówno on, jak i Nuno Mendes będą do jego dyspozycji i faktycznie obaj znaleźli się w wyjściowym zestawieniu, podobnie jak Ousmane Dembele zmieniony w pierwszej połowie ostatniego meczu ligowego Paryżan. Również Mikel Arteta zapewniał, że na finał będzie gotowy Jurrien Timber, pazuzujący od marca przez kontuzję pachwiny, ale ten znalazł się jedynie na ławce rezerwowych, podobnie jak Victor Gyokeres, którego nieobecność w wyjściowej jedenastce była największym zaskoczeniem. – To raczej nieoczekiwane, ale może Arteta ma jakiś plan – komentował Rabiner.
Dopiero przed samym meczem nad Budapesztem pojawiło się wiosenne słońce. Wcześniej od rana było parno i duszno, ale choć zanosiło się na burzę i deszcz, z ciemnych chmur spadło dosłownie tylko kilka kropli deszczu. Piorun walnął dopiero gdy piłkarze zaczęli grać, ale taki boiskowy. W nagrodę za odważne presowanie od pierwszego gwizdka sędziego, w doskonałej sytuacji znalazł się Kai Havertz. Marquinhos wybijając piłkę nastrzelił Leandro Trossarda, odbita od niego futbolówka spadła pod nogi Niemca, który popędził niemal od połowy na bramkę Matwieja Safonowa, po czym niewiele myśląc huknął mu pod ladę. Rosjanin nawet nie wyciągnął rąk.
Kibice mieli nadzieję, że będzie jak u Hichcocka. Jednak choć zaczęło się od trzęsienia ziemi, to później napięcie nie rosło. Paryżanie rzecz jasna ruszyli do odrabiania strat, ale z każdą kolejną minutą wydawali się bardziej bezradni. Arsenal ustawił się za potrójnymi zasiekami, skutecznie podwajał Kwiczę Kwaracchelię czy Desire Doue, a próby grania piłek za plecy obrońców czy strzałów z dystansu nie rokowały żadnych szans powodzenia. Do przerwy PSG – choć po 40 minutach miał przewagę celnych podań 222:45 – nie stworzył żadnej dobrej sytuacji i w zasadzie powinien się cieszyć, że nie stracił drugiej bramki, bo ze dwa razy Arsenal postraszył szybkimi atakami. Inna rzecz, że po tym gdy piłkę w polu karnym omal złapał w ręce Bukayo Saka, powinien być dla Paryżan karny, ale to co wiedzą na każdym podwórku, w profesjonalnej piłce interpretuje się dziwnie inaczej.
PUDŁA KANONIERÓW
Druga połowa zaczęła się od kartki dla Cristhiana Mosquery, za opóźnienie gry przy wrzucie z autu, bo sędzia słusznie miał już dość sztuczek Arsenalu w tym aspekcie, stosowanych przy każdej okazji od momentu objęcia prowadzenia. Kartka ta była o tyle istotna, że gdy w 62 min. Kwaracchelia w końcu wdarł się w pole karne i został ścięty przez Mosquerę, ten powinien wylecieć z boiska, ale arbiter z sobie tylko znanych względów nie sięgnął po drugie „żółtko”. Wskazał jednak na karnego, którego pewnie wykonał Ousmane Dembele, a Mosquerę za chwilę Arteta zdjął z boiska.
Druga połowa była już zdecydowanie dla PSG, ale Arsenal ani myślał skruszeć. Od momentu wyrównania Paryżanie mieli jednak trzy znakomite sytuacje. Najpierw Kwaracchelia urwał się od połowy boiska, lecz grzmotnął w słupek, potem strzał Vitinhy smyrnął górną siatkę, wreszcie w ostatniej akcji Bradley Barcola, wprowadzony za poobijanego Kwiczę, w podobnej jak on sytuacji, po rajdzie od połowy, mocno przestrzelił. To oznaczało dogrywkę.
W jej pierwszej części PSG jakby trochę przytkało, inicjatywę przejęli Kanonierzy. Po starciu Noniego Madueke z Nuno Mendesem tak intensywnie domagali się karnego, że kartki otrzymali zarówno kpitan Declane Rice, jak i jego trener. Racji jak się wydaje nie mieli.
Drugi kwadrans dla PSG, ale bez efektów. W karnych lepiej bronił David Raya, który odbił strzał Nuno Mendesa, ale cóż z tego skoro jego zespół przegrał, bo Safonow tak zaczarował Eberechi Eze i Gabriela Magalhaesa, że pierwszy strzelił obok słupka, a drugi nad poprzeczką i marzenia Arsenalu prysły. Uszaty puchar, ważący 7,5 kilograma, po raz drugi wzniósł w górę Marquinhos wraz z kolegami z Paryża.
Wskaźniki sprzedaży zwariowały. Tak kibice Arsenalu odpowiedzieli na spudłowany rzut karny Gabriela w finale Ligi Mistrzów
W sobotnim finale Ligi Mistrzów Arsenal musiał uznać wyższość Paris Saint-Germain po serii rzutów karnych. Jednym z piłkarzy Kanonierów, którzy nie wykorzystali jedenastki, był środkowy obrońca, Gabriel Magalhaes. Fani świeżo upieczonych mistrzów Anglii postanowili wesprzeć Brazylijczyka w nietypowy sposób.
Niechlubny rekord. Drużyna Artety zapisała się w historii
W sobotni wieczór Paris Saint-Germain po konkursie rzutów karnych pokonało Arsenal w finale Ligi Mistrzów. Nigdy wcześniej finalista tych rozgrywek nie zanotował tak niskiego posiadania piłki jak Kanonierzy w tym spotkaniu.