– Standard Liege jest drużyną, z którą spokojnie Wisła Kraków może powalczyć – przyznał Andrzej Iwan, były piłkarz „Białej Gwiazdy”, a obecnie piłkarski ekspert. Piątkowe losowanie 1/16 finału Ligi Europy było dosyć szczęśliwe dla Wisły Kraków. Mistrz Polski zmierzy się ze Standardem Liege. Gdyby „Biała Gwiazda” awansowała, to w kolejnej rundzie zagrałaby ze zwycięzcą pary Hannover 96 – Club Brugge.
– Osobiście jestem trochę rozczarowany, bo liczyłem na drużynę z najwyższej półki. Należy na wyniki losowania spojrzeć z dwóch stron. Jeśli chodzi o aspekt sportowy, to Standard jest jak najbardziej zespołem, z którym Wisła może powalczyć. Niestety z punktu widzenia marketingowego, to nie jest to zbyt atrakcyjny rywal. Obawiam się, że będzie bardzo trudno zapełnić stadion przy ulicy Reymonta. Jeżeli Wisła awansuje i trafi w kolejnej rundzie na Club Brugge, to będziemy mieli dramat pod względem marketingowym – przyznał Andrzej Iwan.
Doskonale kluby belgijskie zna Włodzimierz Lubański. Były reprezentant Polski, a obecnie pracownik Polonii Warszawa, widzi spore szanse na awans dla Wisły. – Dawno nie widziałem w akcji Standardu Liege, ale jest to solidny zespół stawiający na ofensywną piłkę. Przed własną publicznością są bardzo groźni. Jednak uważam, że obydwie drużyny mają podobny potencjał i sprawa awansu jest otwarta – stwierdził Lubański.
Nie wiadomo jeszcze, kto poprowadzi Wisłę w dwumeczu ze Standardem Liege. Czy będzie to Kazimierz Moskal? – Absolutnie tak powinno być. Do czerwca Kaziu miałby szansę się wykazać. Kiedy ma ten trener otrzymać szansę, jeśli nie teraz? – dodał na zakończenie Iwan.
W następnej edycji Ligi Europy udział weźmie drużyna z drugiej ligi portugalskiej. Podobne sytuacje zdarzają się bardzo rzadko, zwłaszcza współcześnie.
Emery po raz piąty, Cash po raz pierwszy! Cud w Stambule się nie zdarzył
Unai Emery prawdziwie jest specjalistą od wygrywania finałów Ligi Europy. Zrobił to już po raz piąty, a prowadzona przez niego Aston Villa, na oczach księcia Williama, po 44 latach znów wniosła europejski puchar. Dołożył do tego cegiełkę i Matty Cash, choć gwiazdą finału reprezentant Polski nie był.