„Zamienia stryjek…” Komentarz po meczu Rakowa w Lidze Konferencji
I cóż, że z kłopotami? Raków pokonał Zrinjskiego Mostar 1:0 co oznacza, że Marek Papszun zostawi zespół, który w Lidze Konferencji i w Ekstraklasie może być liderem, a w Pucharze Polski zagra w ćwierćfinale, by przejąć Legię, która wszystkie te rozgrywki przerżnęła już z kretesem.
– Będzie żal, ale takie jest życie, będę trzymał kciuki za Raków – mówił po meczu trener Medalików spytany czy nie szkoda mu szans na trofea, które otwierają się przed jego wciąż aktualnym zespołem. Raków notuje wszak znakomitą serię. W Ekstraklasie po przełamaniu wrześniowego kryzysu może zimować w fotelu lidera jeśli w niedzielę pokona Zagłębie Lubin. W Pucharze Polski po wylosowaniu Avii Świdnik jest zdecydowanym faworytem do awansu do półfinału, a w europejskich pucharach wygrał w tym roku aż 8 z jedenastu spotkań, a przegrał tylko jedno. Co więcej, potrafi wygrywać nawet wtedy gdy na boisku idzie mu średnio. Tak jak w spotkaniu z niedocenianym Zrinjskim.
Wyniki spotkań Ligi Konferencji rozegranych przed czwartkowym meczem Rakowa ułożyły się tak, że częstochowianie wygrywając ze Zrinjskim mieli szansę wskoczyć nawet na pierwsze miejsce w tabeli. Przynajmniej zaś zwiększyć prawdopodobieństwo awansu do 1/8 rozgrywek do graniczącego z pewnością. Kibice mocno na to liczyli, bo w powszechnej opinii drużyna z Bośni miała być najłatwiejszym z trójki rywali, których przyszło podejmować Medalikom w roli gospodarzy. Przed upływem pół godziny Zrinjski stworzył jednak więcej groźnych sytuacji niż Universitatea Craiova i Rapid Wiedeń łącznie w dwóch poprzednich meczach Rakowa w Sosnowcu.
FOT. JAROSŁAW TOMCZYK
Częstochowianie przed przerwą mieli problem z płynnością gry, tworzeniem sytuacji, sforsowaniem zagęszczonej defensywy gości. Popełniali sporo prostych błędów. Wyglądali podobnie jak w pierwszej połowie ostatniego meczu ligowego z GKS-em Katowice. Można było odnieść wrażenie, że przedmeczowe wieści o porozumieniu do jakiego miało dojść między Rakowem a Legią w sprawie zmiany pracodawcy przez trenera Papszuna, podziałały na zespół demobilizująco. – Nie mieliśmy kontroli nad tym meczem – przyznał po meczu trener częstochowian.
Dopiero w ostatnim kwadransie Medaliki zaczęły jako tako panować nad wydarzeniami, ale w doliczonym czasie to goście stworzyli kolejną dobrą okazję. Prowadzenie objął jednak Raków, bo jeszcze zdążył podpowiedzieć atakiem, wywalczyć róg, a po nim – po VARze – karnego za zagranie ręką, którego na gola zamienił Jonatan Brunes. Miał o tę sytuację po meczu trochę pretensji trener gości Igor Stimac, który zauważył, że akcja Rakowa miała już miejsce po doliczonym czasie gry. Stwierdził, że jego drużyna zasłużyła chyba na więcej niż przegraną i w zasadzie trudno było się z nim nie zgodzić.
Otwarcie wyniku nie sprawiło bowiem, że po przerwie częstochowianom grało się łatwiej. Mecz zrobił się otwarty, akcja za akcje, ze sporą ilością dogodnych okazji. Bośniaccy dziennikarze na trybunie prasowej mieli powody by kilka razy złapać się za głowę po niewykorzystanych sytuacjach swego zespołu. Raków też kilka okazji stworzył i też żadnej nie wykorzystał, ale umiał dowieźć skromne zwycięstwo, dzięki czemu jest przed ostatnią kolejką w tabeli trzeci. Wiosną w Lidze Konferencji grał będzie na pewno, a wielce prawdopodobne, że od razu w 1/8. Przy szczęśliwym układzie nawet w wypadku potknięcia na Cyprze w ostatnim meczu z Omonią Nikozja. Inna rzecz, ze na pewno grał będzie jednak o zwycięstwo, bo Marek Papszun otwarcie przyznał, że jego celem jest zostawić zespół na szczycie i w Ekstraklasie i w Lidze Konferencji.
Za wysokie progi na polskiego klubu nogi [KOMENTARZ]
W obu meczach z Fiorentiną Raków obejmował prowadzenie i oba przegrał w doliczonym czasie gry. Po zakończonej rywalizacji trener Łukasz Tomczyk mówił, że zabrakło trochę szczęścia. To fakt, ale pamiętajmy, że ono sprzyja lepszym.