Tak właśnie miało być i tak też się stało – Łotwa miała nie zipnąć i nie zipnęła. Nie wiem czy byliśmy dużo lepszą drużyną w porównaniu do pierwszego meczu z Łotyszami na Narodowym, na pewno jednak oni nie byli tą samą, nieobliczalną ekipą, która postraszyła w Warszawie. Niezależnie od ostatnich popisów reprezentacji, nawet najwięksi pesymiści nie zakładali potknięcia w Rydze i potknięcia nie było. Reprezentacja Polski zrobiła swoje – wygrała bardzo pewnie mecz, który miał zostać właśnie w taki sposób wygrany.
Foto: Piotr Kucza/400mm.pl
Postęp w samej grze był dyskusyjny. A nawet jeśli, to Łotwa nie była miarodajnym przeciwnikiem, by na jej tle mierzyć ewentualny progres. Chwała za kolejne trzy punkty i tyle. „Dołóżmy jedną, drugą bramkę, wykąpmy się i wróćmy do domu” – powiedział w przewie meczu, w studio TVP Sport, Robert Podoliński.
Sprawę załatwił oczywiście Robert Lewandowski wykorzystując dwa podania skrzydłowych na początku spotkania. Potem dołożył jeszcze jedno trafienie (też trzeba wiedzieć gdzie stać) i w tej chwili jego licznik goli w kadrze doszedł do 60, a 18 trafień w połowie października, czyli tak naprawdę dopiero na początku sezonu, brzmi całkiem nieźle. Miał być Lewy naszą polisą na eliminacje, no i jest.
Natomiast na tle takiego przeciwnika oczekiwać można było pełnej dominacji, kreacji, niekonwencjonalnych zagrań, pojedynków i kanonady strzałów, tym bardziej, że pierwszy kwadrans faktycznie zapowiadał fajerwerki. Nic z tego. Jeśli ten mecz miał być lekiem na stylistyczną niestrawność, z którą od dłuższego czasu się borykamy – to nie był. Cel nadrzędny został jednak osiągnięty. Kolejny krok w kierunku Euro zrobiony i to największy plus. Drugi – hat-trick Lewandowskiego. Trzeci – udany występ Sebastiana Szymańskiego.