Cierpi Arsenal, cierpi Pierre-Emerick Aubameyang. – A kiedy twój najlepszy strzelec nie zdobywa bramek, to masz problem – trafnie ocenia Mikel Arteta, szkoleniowiec londyńczyków. Gorzej, że nie ma na te kłopoty recepty.
W tym sezonie nie oddał jeszcze strzału z pola bramkowego. Przeciwko Wolverhampton w poprzedni weekend otrzymał zaledwie osiem podań, częściej jego koledzy zagrywali piłkę do bramkarza Bernda Leno. Gdy w Borussii Dortmund średnio uderzał nawet po trzy razy na mecz, tak teraz ma problem z uzbieraniem dwóch prób. Czas oczekiwania na jego trafienie wzrósł trzykrotnie, a cała ofensywa marnieje w oczach.
Byłaby to typowa opowieść o napastniku w kryzysie, gdyby nie chodziło o Arsenal. Bo przecież cierpiąca dziewiątka albo nie ma okazji, albo ich nie wykorzystuje. W Arsenalu napastnik już nawet nie spełnia tej roli. Nie tylko napastnik: najlepszy strzelec drużyny, który zdobył w poprzednich dwóch sezonach 44 ze wszystkich 129 bramek. Obecnie jest skrzydłowym.
System Artety jest dysfunkcyjny z wielu względów. Po pierwsze, Hiszpan nie gra tego, co chciałby i co jest związane z jego tożsamością trenerską. Przecież trudno nazwać ten niemal pragmatyczny Arsenal odzwierciedleniem tego, co Arteta poznawał będąc piłkarzem Arsene’a Wengera, a później asystentem Pepa Guardioli. Nawet jeśli nie robi tego przez wzgląd na wykonawców, to coraz mniej jest sygnałów świadczących o próbowaniu nawiązania do kilkukrotnie już przedstawianej przez niego filozofii. W poprzednim sezonie pozytywem był sposób w jaki Arsenal otwiera grę od własnej bramki, wciągając rywali w wysoki pressing i omijając go kombinacjami podań. Ale ta najbardziej aktualna wersja drużyny łamie się po wstępnym niepowodzeniu, chowa za podwójną gardą.
Jednak, po drugie, ta garda nawet nie jest skuteczna. Przecież oglądając mecz z Wolverhampton trzeba wprost powiedzieć, że problemem Arsenalu jest defensywa. Zachowanie obrońców przy golach Wolverhampton było wytłumaczalne tylko w przypadku Davida Luiza, który doznał poważnie wyglądającego urazu głowy. Jednak łatwość rywali w wygrywaniu pojedynków główkowych porażała, podobnie jak to, że niezależnie od liczby obrońców czy piłkarzy wracających na własne pole karne, gościom i tak udawało się zagrać kluczowe podanie lub oddać strzał. Nawiasem mówiąc, nikt w Premier League nie wygrywa mniejszej liczby starć o górną piłkę niż Arsenal…
Na pewno po Arsenalu widać ten sam trend, który dotyczy całej europejskiej piłki: spadek aktywności w relacji do tego, co robi przeciwnik z piłką. Zamiast średnio 160 pressingów w meczu, piłkarze wykonują już tylko 116. Gorzej wypada w tym względzie tylko Manchester City, ale mowa o najlepiej i najdłużej utrzymującej się przy piłce drużynie w Anglii. Oni po prostu rzadziej walczą o piłkę. Arsenal nie robi tego z wyboru lub po prostu tego nie potrafi. Co ciekawe, wynik z poprzedniego sezonu odpowiadałby średniej liczbie pressingów wykonywanych przez obecnie najaktywniejszy zespół ligi, czyli Leeds United.
Wreszcie, po trzecie, w ofensywie zespół ani nie ma przyspieszenia, ani dawnej finezji. Przed derbami północnego Londynu z Tottenhamem Arsenal nie strzelił w Premier League gola z gry od prawie dziewięciu i pół godziny. Ostatnie trafienie po składnej akcji całego zespołu to początek października przeciwko Sheffield United, które okupuje ostatnią pozycję w tabeli. Kibiców oburzyła wypowiedź Artety z ostatniego tygodnia, gdy stwierdził, że przeciwko Wolverhampton jego piłkarze po raz pierwszy w sezonie dośrodkowywali 33 razy, że jeśli uda się zachęcić ich do wbiegania w pole karne w tych momentach, to zadziała matematyka i Kanonierzy będą strzelać gole.
Statystyka jednak nie jest po stronie Artety. W Premier League Arsenal to piąty najczęściej wrzucający piłkę w pole karne zespół, wyłączając stałe fragmenty i licząc tylko te dokładne, zajmują szóstą pozycję. Gorzej wyglądają statystyki kreowania sytuacji do strzału. Tych po stałych fragmentach piłkarze Artety mieli tylko 11, co jest drugim najgorszym wynikiem w lidze. Wydaje się jednak, że problem Hiszpana nie ogranicza się tylko do dośrodkowań i tego, że na piłkę nie wbiega wystarczająca liczba zawodników. Przecież pod względem działań tworzących okazję do strzału Arsenal znajduje się w dole tabeli, między Crystal Palace i Burnley. Wyłączając stałe fragmenty nie jest lepiej, to dopiero szesnasta pozycja klasyfikacji. Dodatkowo, portal FBref rozróżnia również podania progresywne, czyli te przybliżające zespół do bramki przeciwnika o przynajmniej dziesięć jardów i w tym zestawieniu z czołowej szóstki Arsenal jest najsłabszy. Wynik ogólny dystansu jaki piłka wymieniana przez zawodników Artety była kierowana średnio w meczu w stronę bramki rywala jest gorszy od West Hamu i nieznacznie lepszy od Burnley…
Dlatego warto wrócić do Aubameyanga i jego roli. Przeciwko Wolverhampton i wcześniej z Leeds United zagrał jako centralny napastnik w systemie 1-4-2-3-1, ale to nie były jego udane występy, przyniosły tylko trzy strzały celne. W tym sezonie zdobył tylko cztery bramki: jedną z rzutu karnego (z Manchesterem United), jedną wykańczając akcję na piątym metrze i dwie po fantastycznych uderzeniach po zejściu z lewego skrzydła do środka. Zwłaszcza trafienie przeciwko Liverpoolowi w starciu o Tarczę Wspólnoty było zwieńczeniem kapitalnej akcji całej drużyny, cierpliwie utkanej pod pressingiem rywali i to od bramki Emiliano Martineza.
To był gol, który mógł kibicom raz jeszcze przypomnieć o tym, jak strzelał Thierry Henry. Francuz jest zresztą wielkim fanem Gabończyka, już w poprzednim sezonie mówił, że w kilku meczach Aubameyang wyciągnął Arsenal z ogromnych tarapatów. – Jeśli by odszedł, to bardzo będzie brakowało jego trafień. Nie wiem, gdzie byśmy bez niego byli – podkreślał. Rozszerzmy kontekst: to 60 goli w dwa sezony, w 95 meczach. Czyli de facto w co trzecim występie nie trafiał. W obecnych rozgrywkach strzela w co trzecim. Tak słabej serii nie miał od pierwszego sezonu w Saint-Etienne, gdy był napastnikiem na dorobku, odrzuconym przez AC Milan, po niepowodzeniu w AS Monaco.
Dziś jego reputacja jest znacznie wyżej, niż forma. Zawodnik, który jako jedyny w lidze potrafił dotrzymać strzeleckiego tempa narzuconego przez Mohameda Salaha, Sadio Mane i Jamie’ego Vardy’ego w omawianym okresie dwóch ostatnich lat. By dobić do 50 goli dla klubu w Premier League potrzebował ledwie 79 spotkań. Ale w kolejnych 16 występach już trafiał tylko 6 razy. Przy obecnym Arsenalu osiągnięcie setki może mu trochę zająć.
Obawiano się latem, że Arsenal Aubameyanga straci – wobec kończącego się w czerwcu 2021 roku kontraktu i zakusach większych klubów Gabończyk mógł wybrać sobie kolejne miejsce pracy i to bardziej atrakcyjne, niż gnuśniejący klub z północnego Londynu. Jednak związek emocjonalny oraz oferta okazały się ważniejsze – 31-latek ma otrzymywać około 400 tys. funtów tygodniówki i to przez kolejne trzy lata.
– Dla nas to było kluczowe, że zostaje w klubie. To niesamowity piłkarz o wspaniałej mentalności. To lider drużyny, ważna część tego, co staramy się stworzyć. Chce być pośród najlepszych na świecie, zostawić coś po sobie i może to zrobić u nas – tak piękną laurkę tworzył mu Arteta. Nie minęły nawet trzy miesiące i już dyskutuje się, że zachowanie Aubameyanga w trakcie meczów, a także to, że mówiąc o trenerze używa jego imienia – to argument jak zwykle oryginalnego Roya Keane’a – po prostu nie przystoi kapitanowi. On powinien świecić przykładem, nie zgrywać znudzonego.
Albo zrezygnowanego. Jego łączny wynik goli oczekiwanych bez rzutów karnych i asyst oczekiwanych w przeliczeniu na 90 minut jest najniższy od pięciu lat, niemal trzykrotnie w porównaniu do ostatniego półrocza w Borussii Dortmund i ponad dwukrotnie od tego, który był dla niego najlepszy liczbowo w Arsenalu. Obecnie przeciętna pozycja z jakiej oddaje strzał ma ledwie dziewięcioprocentową szansę zakończenia się golem. W pierwszych sześciu miesiącach na Emirates wynosiła ona 25%. Jego średnia goli oczekiwanych z gry spadła niemal trzykrotnie w porównaniu do poprzedniego sezonu.
– Moim największym zmartwieniem jest to, jak pomóc mu w strzelaniu goli, bo potrzebujemy ich jako zespół. Jeśli chcemy osiągać sukcesy to on musi trafiać do bramki. Nie muszę nikomu mówić, jaki miał udział w golach całego zespołu – podkreślał Arteta, ale te słowa do niczego nie prowadzą. Arsenal w lidze gra to samo, tylko w Europie się wyróżnia. Może to słabość rywali sprawia, że w pięciu meczach fazy grupowej piłkarze Artety zaliczyli więcej celnych strzałów niż w dziesięciu spotkaniach Premier League.
– Menedżer i jako cały zespół próbujemy poradzić sobie z tym problemem. Pomimo tego, że wyniki nie są ostatnio dobre, wciąż liczymy, że w najbliższej przyszłości wszystko będzie w porządku, że jeszcze zaskoczymy piłkarski świat. Mamy do tego piłkarzy, by wprowadzili nas na wyższy poziom – mówił Aubameyang ostatnio.
Na inną rzecz zwraca uwagę Arteta. – Patrząc na wyniki w Premier League trzeba zwrócić uwagę na to, jak minimalne różnice decydują o wygranej. Czasem zespoły zwyciężają po jednym lub dwóch strzałach celnych w meczu. My chcemy to poprawić, ale jest też wiele aspektów, z których się cieszę. Kiedy widzę, ile mamy młodych talentów w drużynie, ile możemy im pomóc w rozwinięciu się, to mnie naprawdę cieszy. Przechodzimy trudny okres, bo nie da się tak szybko zmienić wielu małych rzeczy, które wpływały na naszą formę od lat, ale chodzi o kontekst naszej pracy. Robimy wszystko, by być najlepszymi – podkreślał.
Na razie to jednak za mało. O zapaści świadczy właśnie kontekst. Wystarczy zwrócić uwagę, jak zmieniał się bilans goli oczekiwanych w ostatnich czterech sezonach. W tym, który oznaczał zakończenie pracy Wengera był to szósty wynik, ponad trzynaście xG na plusie. W pierwszym roku pracy Emery’ego ten plusik był już nieznaczny, ledwie dwa i sześć dziesiątych xG, czyli wynik dwudziestokrotnie gorszy od mistrzowskiego Manchesteru City, ósmy rezultat ligi. Idziemy dalej: poprzedni sezon to już ponad minus siedem punktów xG, choć los udało się oszukać i Arsenal faktyczny bilans bramkowy miał dodatni. Dwunasta pozycja w tabeli sugerowała, że regres postępuje i jak to jest w przypadku goli oczekiwanych, wszystko się wyrównuje. Obecna różnica jest już piętnasta w Premier League, a jeśli średnia w meczu się utrzyma, to na koniec sezonu będzie wynosiła minus dziesięć goli oczekiwanych. To skazuje Arsenal nawet na pozycje poniżej środka tabeli…
Odmienić to można wyłącznie ofensywą, kreatywnością i skutecznością, a tej na razie trudno dostrzec w zespole. Nie tylko Aubameyang jest w słabszej dyspozycji, ale też Alexandre Lacazette, który przez pięćset minut strzelił tylko trzy gole. Nicolas Pepe wciąż częściej pojawia się z ławki rezerwowych, ale też dorzucił tylko jedno trafienie. Ze środka pomocy, czyli od Daniego Ceballosa, Granita Xhaki i Mohameda Elneny’ego, raczej nie dojdzie przynajmniej dwadzieścia trafień. Może powrót do zdrowia Gabriela Martinellego będzie impulsem, który pchnie Arsenal wyżej w tabeli? Jak by to jednak świadczyło o wszystkich w drużynie, że ratuje ją nastolatek? Pewnie przy Emirates nikt nawet by się nie zastanowił przez chwilę, tak bardzo potrzeba im goli.
MICHAŁ ZACHODNY
Łączy Nas Piłka
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (nr 49/2020)
Z hukiem spadli z Premier League. To może być ich nowy trener
Burnley nie ma już nawet matematycznych szans na utrzymanie się w Premier League. Do końca sezonu zespół poprowadzi Michael Jackson, który tymczasowo przejął schedę po Scottcie Parkerze. Tymczasem media wskazały menedżera mogącego od przyszłego sezonu na stałe przejąć stery w ekipie The Clarets.