Na Półwyspie Iberyjskim, a póki co na sporej jego części, piłkarskie życie budzi się z koronawirusowego snu trwającego dokładnie dziewięćdziesiąt jeden dni. Hiszpania, bo o niej właśnie mowa, wznawia rozgrywki La Liga.
(fot. Reuters)
Hiszpański związek piłki nożnej postanowił zaserwować futbolowym kibicom nie lada gratkę. Oto bowiem rywalizacje w ramach tamtejszej ekstraklasy będą odbywać się niemal nieustannie. Mecz za meczem, kolejka za kolejką, dzień za dniem. Słowem – prawdziwy maraton. Na przestrzeni nieco ponad miesiąca rozegranych zostanie aż jedenaście serii gier. Pierwsze spotkanie zostało zaplanowane na 11 czerwca, a ostatnie – 19 lipca. Napięty do granic możliwości terminarz jest, rzecz jasna, spowodowany chęcią jak najszybszego dokończenia przerwanego przez wybuch epidemii koronawirusa sezonu.
Sezonu, który po zakończeniu nieoczekiwanej przerwy wznowi derbowe starcie Sevilli z Betisem. Konfrontacji odwiecznych przeciwników ze stolicy Andaluzji, podobnie zresztą jak wszystkich innych, kibice nie będą mogli obserwować z perspektywy trybun (choć, nawiasem mówiąc, nie jest jeszcze przesądzone, czy stadionowe krzesełka pozostaną puste do samego końca rozgrywek). Jak na razie nie jest to dobra informacja dla każdej drużyny występującej w roli gospodarza, bowiem – jak jednoznacznie wskazują post epidemiczne doświadczenia z niemieckiej Bundesligi, naszej rodzimej Ekstraklasy i nie tylko – w obliczu braku wspierającej publiczności na ogół atut własnego boiska po prostu zanika.
I właśnie ten aspekt zwiększa szanse „Los Verdiblancos”, którzy ostatnimi czasy przejawiają niemałe trudności w grze na cudzym terenie. Aby odnaleźć ich ostatnie ligowe zwycięstwo w delegacji, należy cofnąć się w czasie do 30 listopada minionego roku. Wówczas ekipa dowodzona przez Rubiego ograła 2:1 na Wyspach Balearskich tamtejszą Majorkę. Ponadto na ich korzyść przemawia również fakt, że adwersarze zza miedzy na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan prezentują się nader przeciętnie. Jeśli wziąć pod uwagę wyłącznie mecze wyjazdowe, „Sevillistas” plasują się na odległej, bo dopiero dwunastej lokacie.
To nie jedyne zmartwienie trapiące Julena Lopeteguiego. Z urazem mięśnia odwodzącego boryka się Lucas Ocampos i wiele wskazuje na to, że nie zdąży się wykurować. Atakujący rodem z Argentyny jest niekwestionowanym liderem formacji ofensywnej. Dość powiedzieć, że zanotował najwięcej trafień (10) w bieżącym sezonie Primera División spośród wszystkich graczy sewilczyków. Jego absencja będzie niewątpliwie bolesna. Niezależnie jednak od tego, czy Ocampos finalnie pojawi się na murawie, czy nie, to właśnie Lopetegui i jego wybrańcy przystępują do zbliżającego się starcia w roli faworyta. W pięciu ostatnich rywalizacjach obydwu drużyn rozegranych w czerwono-białej części Sewilli gospodarze okazali się lepsi aż czterokrotnie.
Ale to nie jedyne derbowe starcie 28. kolejki La Liga. Chodzi oczywiście o „derbi valenciano”, a więc konfrontację piłkarzy Valencii i Levante. Jeszcze nigdy w historii, a mieli ku temu siedemnaście okazji, „Los Granotes” nie byli w stanie pokonać miejscowych rywali na ich stadionie. I wydaje się, że niechlubna passa będzie trwać nadal, ponieważ Estadio Mestalla jest w obecnej kampanii twierdzą nie do zdobycia dla nikogo. „Nietoperze” skompletowali we własnym domu dotychczas trzydzieści punktów. Lepszym rezultatem może pod tym względem chwalić się tylko FC Barcelona i Real Madryt.
A skoro główni pretendenci do zdobycia końcowego trofeum zostali wywołani do tablicy, nie sposób nie wspomnieć o nich w choćby paru słowach. „Duma Katalonii” nie zamierza opuszczać fotelu lidera. Aby tak się stało, aktualni mistrzowie Hiszpanii muszą pokonać beniaminka z Majorki. O zwycięstwo raczej nie będą musieli się przesadnie wysilać, bowiem „Los Bermellones” konsekwentnie od jedenastu lat po ostatnim gwizdku sędziego nie schodzili z boiska z tarczą. Majorkaninie z pewnością upatrywali zwiększenia swoich szans w nieobecności Leo Messiego, który zmaga się z przykurczem mięśnia czworogłowego w prawej nodze, ale jak zaznaczył sam Lluis Puig, fizjoterapeuta pracujący dla „Blaugrany”, sześciokrotny zdobywca Złotej Piłki powinien być w pełni gotowy do gry.
Drepczący im po piętach „Królewscy” z kolei na głównym stadionie w swoim ośrodku treningowym podejmie Eibar. Dlaczego akurat tam? Ano dlatego, że Estadio Santiago Bernabeu przechodzi gruntowną modernizację. Istotną rolę odegrały także przesłanki ekonomiczne. Tymczasowe przenosiny do podmadryckiego Valdebebas bez dwóch zdań umożliwiają redukcję kosztów związanych z organizacją spotkań. Kameralne otoczenie nie powinno jednak wpłynąć znacząco na dyspozycję podopiecznych Zinedine’a Zidane’a, którzy w starciu z walczącymi o utrzymanie Baskami są niekwestionowanymi faworytami, ale – co trzeba podkreślić – w okresie bezpośrednio poprzedzającym pandemiczną przerwę wykazywali problemy w rywalizacjach z drużynami z dolnych stref klasyfikacji.