Jeśli odejście latem z Realu Madryt jego największej gwiazdy wywarło jakiś wpływ na grę zespołu, jest to skutek pozytywny. Trudno o inny wniosek z trzech pierwszych meczów ligowych Los Blancos. Dlaczego zamiast straty wystąpił zysk?
Gareth Bale i Karim Benzema odżyli po odejściu CR7.
Kwestia jest arcyciekawa. Pokazuje, że czasami, zamiast kupować zawodnika za 100 lub więcej milionów euro, lepiej kogoś drogo sprzedać, bo efekt może być ten sam.
LIGA MISTRZÓW – TAK, MISTRZOSTWO – NIE
Uchwyćmy najpierw zjawisko liczbowo. Real przed rokiem zaczął ligowy sezon od pięciu punktów i sześciu strzelonych goli w trzech meczach, teraz ma dziewięć oczek i dziesięć trafień. Wprawdzie CR7 nie grał wówczas przez pierwsze cztery serie z powodu dyskwalifikacji, ale gdy wrócił, nie zrobiło się od razu lepiej: Real przegrał w piątej kolejce u siebie z Betisem. A rozkręcił się tak naprawdę dopiero, gdy Cristiano złapał strzelecką formę, co stało się… 21 stycznia, w meczu 20 kolejki. Do tego momentu strzelił cztery gole, od niego zaś – 22. Real na półmetku sezonu miał 35 punktów i był czwarty, zaś na mecie zameldował się na trzecim miejscu i z dorobkiem 76 oczek. W pierwszych 19 kolejkach uskładał raptem 35 goli, a w drugich – 59. Te liczby jasno pokazują, jak bardzo Real był uzależniony nie tyle od samej obecności Cristiano na boisku, ile od jego wysokiej formy. Można powiedzieć, że do połowy stycznia, nim Portugalczyk ją złapał, zespół jechał na jałowym biegu: wszyscy pracowali na gwiazdora, który nie był w stanie zerwać owoców tej pracy. A kiedy go nie było, czekali biernie, aż wróci, nie próbując przejąć jego roli.
Fajnie jest wygrywać trzy razy z rzędu Ligę Mistrzów, ale bardzo niefajnie przegrywać w listopadzie zmagania o mistrzostwo kraju. Przed rokiem tak się właśnie stało, gdy po 12 kolejkach Barca miała przewagę 10 punktów nad Realem, tylko niepoprawni entuzjaści wierzyli, że to się jeszcze da odrobić; w lidze hiszpańskiej jest to jednak w zasadzie niemożliwe. Florentino Perez nie wyobrażał sobie, by znów tak się miało stać. A istniało duże prawdopodobieństwo, że Cristiano po mundialu ponownie będzie długo rozgrzewał motor. Jemu od dawna już zależy na wielkiej formie w kwietniu, maju i czerwcu (jeśli odbywają się finały wielkiej imprezy), bo to wtedy zdobywa się Złotą Piłkę, nie zaś we wrześniu i październiku – kiedy dla odmiany dobrze jest błyszczeć, jeśli chce się wygrać wiosną ligę. Z pewnością także taką logiką kierował się Perez, podejmując decyzję o zbyciu CR7 chętnemu nań mistrzowi Włoch.
W barwach Juve, gwoli uzupełnienia tego wywodu, Cristiano w pierwszych trzech meczach gola nie strzelił ani nie zaliczył asysty. Stara Dama wygrała wszystkie te konfrontacje, ale strzeliła w nich siedem goli, podczas gdy przed rokiem – dziesięć. Pokonywała kolejnych rywali jakby wbrew obecności na boisku Portugalczyka, ignorując go w wielu akcjach, grając w dziesiątkę (opisaliśmy szczegółowo zagadnienie w poprzednim numerze „PN”). Choć CR grał dobrze, to jednak bez błysku.
ATAK NAPĘDZANY WIATREM
Wracajmy do Realu. Gdy tylko Portugalczyk odszedł z zespołu, zmieniło się nastawienie pozostałych piłkarzy. Zostali zwolnieni z niezadekretowanego nigdzie, ale jednak ewidentnie istniejącego obowiązku podawania niemal w każdej sytuacji piłki Portugalczykowi. Znana to historia z wielu firm: dobry, utalentowany szef koncentruje w swoim ręku prawo podejmowania wszelkich decyzji, odcina od niego współpracowników, sekuje też ich dobre pomysły. Wszyscy mają go dosyć, a gdy odchodzi, nagle dotychczasowi podwładni eksplodują wręcz kreatywnością, a suma ich wen jest większa niż największe z natchnień wcześniejszego szefa.
To właśnie dzieje się dziś w Realu. Zagadnienie najmocniej dotyczy oczywiście napastników, którzy na boisku przebywali najbliżej Cristiano, więc najbardziej znajdowali się pod jego wpływem. Dziś hiszpańska prasa pisze, że tercet BBA jest lepszy od tercetu BBC.
Gareth Bale przejął rolę lidera zespołu, piłkarza, do którego podaje się futbolówkę, gdy nie idzie, gdy jest trudno. Nie waha się wtedy przedsięwziąć indywidualnego natarcia, oddać strzału z dystansu. Cristiano też się oczywiście nie wahał. Różnica jest taka, że Portugalczyk, gdy raz czy drugi udało mu się rozwiązać problem zespołu, życzył sobie, by podawano wyłącznie mu również wtedy, gdy drużynie idzie dobrze. Bale takich ambicji nie zgłasza, może napatrzył się na tyrana i nie chce iść jego drogą? Ponadto akurat teraz zaczęło mu (kibicu Realu: odpukaj w tym momencie w niemalowane) dopisywać zdrowie. Ostatniej ze swoich 19 kontuzji (z czego 16 mięśniowych), jakie przytrafiły mu się w Realu, nabawił się we wrześniu 2017 roku, a odkąd w grudniu wrócił na boisko, już na nic się nie skarży.
Karim Benzema także wyraźnie odżył. Przez lata pisano, że jest służącym Cristiano, jego Sancho Pansą. Zapomniano, że to środkowy napastnik, który umie nie tylko odciągać koledze rywali z drogi, ale także samemu strzelać gole. Proces ten zaszedł tak daleko, że w materiale w „PN” sprzed dwóch tygodni nie uwzględniliśmy go w gronie dziesięciu kandydatów do tytułu króla strzelców sezonu 2018-19, co dziś wydaje się śmieszne, po tym jak Francuz zaliczył dublety w dwóch kolejnych spotkaniach i lideruje wraz z Leo Messim tabeli snajperów. Marco Asensio zyskał na odejściu CR najwięcej, bo po prostu dostał po nim miejsce w składzie, ale też nacierpiał się, grając u jego boku najmniej. Dziś robi na boisku po prostu swoje.
Gra tria BBA jest skuteczna i zabójcza dla rywali, ponieważ dotychczas nie spotykali się oni z tego typu formacją. Wszyscy jej członkowie nieustannie zmieniają pozycje, przypisanie któregokolwiek do lewego, prawego skrzydła albo środka jest zabiegiem czysto formalnym. Zajmują całą szerokość boiska, a każdy umie wygrać pojedynek przy linii bocznej i za chwilę już oddawać strzał z końcowej linii pola karnego. Albo sami przerzucają nieustannie piłkę z jednej flanki na drugą, albo wykorzystują do tego pomocników. Dodatkowo często zdarza się, że wszyscy naraz stoją na linii ostatniego obrońcy, czekając na prostopadłe podanie. Nie wiadomo, jak ich kryć, którego i gdzie podwajać. BBA stanowią nieokiełznany żywioł, maszynę tym groźniejszą, że pozbawioną ośrodka decyzyjnego. Każdy z nich, grając, improwizuje na własną rękę, ale też podczas każdego natarcia zezuje, gdzie są partnerzy, by ochoczo podać któremuś piłkę, jeśli tylko ów będzie na lepszej pozycji. No i wszyscy strzelają gole.
Oczywiście, nie może być tak, że po odejściu tak wybitnego zawodnika jak Cristiano zespół w niczym nie jest słabszy bez niego, niż był z nim. Styl gry obecnej formacji ataku Realu: szeroki, z rozmachem, sprawia, że w zespole brakuje dziesiątki, piłkarza najchętniej ustawiającego się w okolicy łuku pola karnego. Żaden z trójki pomocników, nawet jeśli jednym z nich jest Isco, nie może tam się stale znajdować, bo wszyscy muszą być gdzie indziej. W efekcie Real de facto nie umie dojść środkiem boiska z piłką na 20 metr przed bramkę rywala, by tam rozegrać piłkę na jeden kontakt i wyrobić sobie pozycję strzelecką, co z Cristiano było niemal firmową akcją. Kiedyś z pewnością tej alternatywy zabraknie zespołowi w jakimś ważnym meczu…
Julen Lopetegui podkreśla zresztą na każdym kroku, że w żadnym wypadku jego praca nad zainstalowaniem w drużynie nowego stylu gry nie została zakończona. – Przed nami naprawdę jeszcze mnóstwo roboty – powiedział przed spotkaniem trzeciej kolejki. Apeluje do piłkarzy zwłaszcza o pełną solidarność w grze. Zdaje sobie sprawę, że, jak to w życiu bywa, po usunięciu tyrana przez pewien czas wszyscy dotychczas przez niego gnębieni pracują jeszcze razem, ale z biegiem czasu nieuchronnie pojawią się między nimi rozbieżności interesów, każdy spróbuje pociągnąć wózek w swoją stronę. Wie, że właśnie teraz ma ten krótki, magiczny czas pełnej jedności w zespole i musi go wykorzystać na zbudowanie solidnej konstrukcji, która wytrzyma potem wszystkie nieuchronne zachwiania nadbudowy.
ZERWANE MOSTY
Cristiano z wozu, koniom lżej. To – na pewno. Oczywiście żaden z zawodników nie wypowiedział się krytycznie o byłej gwieździe po jej odejściu, Perez nie życzy sobie w klubie żadnych słownych przepychanek, Cristiano nie znosił właśnie za niekontrolowane wybuchy, kiedy po jakimś meczu coś sugerował a propos gry partnerów bądź mówił, że nie jest szczęśliwy. Teraz tego nie ma prawa być.
I nie ma, co nie znaczy, że nie dzieje się nic. Inteligentni ludzie umieją wyrazić to, co chcą, nie tylko waląc bezpośrednio z mostu.
Bardzo wiele o stosunku zawodników Realu do Cristiano mówi ich zachowanie w związku z wyborami najlepszych piłkarzy poprzedniej edycji Champions League. Przypomnijmy: CR został tylko uznany za najlepszego napastnika, a bardzo liczył na tytuł najlepszego piłkarza, który przypadł tym razem Luce Modriciowi. Chorwat został też najlepszym pomocnikiem, Sergio Ramos – obrońcą, a Keylor Navas – bramkarzem. Cristiano w ogóle nie pofatygował się na galę do Monaco, co byli koledzy potraktowali tak, jakby się na nich wypiął, choć wcale ich to nie zdziwiło. W dodatku członkowie obecnej świty CR dali głos.
– To śmieszne, że nie został wybrany na najlepszego piłkarza – powiedział agent Jorge Mendes.
– Można wybrać, kogo się chce, ale to Cristiano strzelił 15 goli, więc zasłużył na miano MVP – wypalił trener Juve Massimiliano Allegri.
No cóż, w Realu też każdy kolejny szkoleniowiec albo kadził w ten sposób swojemu asowi, albo miał u niego przechlapane…
– Nie wierzę, żeby Cristiano nie ucieszył się z tego, że Modrić został zwycięzcą – powiedział Sergio Ramos, co spowodowało wybuch śmiechu u słuchaczy. Kapitan zaraz jednak dodał: – A teraz, Luka, po Złotą Piłkę, która ci się należy… To już musiało mocno zaboleć Cristiano. Podobnie jak narzekania madryckiej prasy i zawodników, że gol Bale’a z finału Ligi Mistrzów nie rywalizował nawet z chileną Cristiano z meczu z Juventusem o miano gola sezonu. Mosty między Turynem a Madrytem zostały spalone.
Madryckie gazety donoszą, że piłkarze Realu bardzo ucieszyli się z triumfu Modricia. Wszyscy życzyli zwycięstwa jemu, a nie Cristiano. A tak w ogóle, to byłej gwiazdy brakuje w szatni ponoć tylko jednemu zawodnikowi, a jest nim Marcelo, który mieszkał z CR w pokoju, siadał obok niego w samolocie itp. Wszyscy inni autentycznie się z odejścia asa uradowali. Prasa włoska od pewnego czasu pisze, że zimą Juventus zaproponuje Realowi zamianę lewych obrońców: Alex Sandro za Marcelo.
MIESIĄC PRAWDY
Wrzesień to dla Realu w ostatnich latach kiepski miesiąc. W sezonie 2017-18 w czterech meczach zdobył siedem punktów, w 2016-17 – osiem. Tym razem istnieje przekonanie, że na takie coś nie można sobie pozwolić, że trzeba wygrać wszystkie spotkania (Athletic i Sevilla na wyjeździe, Espanyol i Atletico w domu), bo inaczej Barcelona znów odjedzie. Nie można wykluczyć, że tak mogłoby się stać, bo Katalończycy mają słabszy zestaw rywali w obecnym miesiącu (Sociedad i Leganes na wyjeździe, Girona i Athletic w domu). Tak więc dla Lopeteguiego i jego pozbawionego Cristiano zespołu nadchodzi czas prawdy… Ciekawe swoją drogą, jak były selekcjoner reprezentacji Hiszpanii ogarnie pierwszą przerwę na mecze reprezentacji w Realu. Z jego zespołu wyjechało przecież aż 13 zawodników.
Na razie Real wydaje się silniejszy bez Cristiano. Gra inaczej: więcej jest posiadania piłki (78 procent z meczu z Getafe to wynik lepszy niż jakikolwiek osiągnięty za kadencji Zinedine’a Zidane’a), wyżej odbiera piłkę rywalom (bo wszyscy napastnicy solidarnie o to walczą), znakomitą formę osiągnął Toni Kroos (100 procent celnych podań na połowie rywala w tymże starciu z Getafe!). Ale przecież niedawno sam Leo Messi powiedział, że jego zdaniem Real jest „mniej dobry” bez CR i prędzej czy później to się jeszcze okaże. – W tej sytuacji wzrastają akcje Juve jako kandydata do triumfu w Lidze Mistrzów. Ten transfer w ogóle bardzo mnie zaskoczył, nie spodziewałem się, że Cristiano odejdzie kiedykolwiek z Realu – oświadczył as Barcy.
Właśnie. Jeszcze raz wraca ten wątek. Barcelona w tym sezonie myśli przede wszystkim o Lidze Mistrzów, natomiast Real – jednak o mistrzostwie Hiszpanii. Gdyby było inaczej, Cristiano by zapewne nie odszedł.
Kuriozalna czerwona kartka w La Liga. Co zrobił bramkarz?! [WIDEO]
Czegoś takiego dawno nie widzieliśmy. Bramkarz Osasuny kompletnie stracił kontrolę i zagrał piłkę bardzo daleko od własnego pola karnego. Sergio Herrera otrzymał czerwoną kartkę.