Pierwsze połowy meczów z Łotwą i Macedonią mogą stanowić idealną ilustracją klasycznego dylematu: być czy mieć. W czwartek w poczynaniach orłów nie pojawiło się nic interesującego poza dwiema bramkami, z całą pewnością nie byliśmy zespołem grającym atrakcyjny futbol. Natomiast mieliśmy wynik. W niedzielę zaś postawa podopiecznych Jerzego Brzęczka w pierwszych trzech kwadransach musiała się podobać.
Rezerwowi zapewnili Polsce wygraną nad Macedonią Północną (fot. Piotr Kucza / 400mm.pl)
Duet cofniętych pomocników był i blisko napastnika – kiedy zachodziła taka potrzeba, i blisko obrońców – gdy do ataku przechodzili rywale. Jacek Góralski, notabene, wydaje się stanowić idealną parę dla Grzegorza Krychowiaka, bo pozwala mu poszaleć w ataku. Piotr Zieliński dobrze się odnajdował między nimi oboma, a Robertem Lewandowskim i trafił w poprzeczkę, zaś Lewy równie mało odczuwał brak partnera w ataku jak w meczu przeciwko Łotwie. Boczni obrońcy funkcjonowali tak, jak w zawodowym futbolu winni funkcjonować, zwłaszcza Bartosz Bereszyński udowadniał, że prawa – prawa! – strona defensywy winna należeć bezwzględnie do niego. Dobrze wychodził nam wysoki i średni pressing. Jednym słowem – byliśmy przyzwoitym europejskim zespołem klasy średniej. Co jednak z tego, skoro nie potrafiliśmy strzelić gola?
W przerwie więc tęskniliśmy na stadionie i przed telewizorami za przerwą sprzed trzech dni, gdzie mogliśmy sobie na luziku pomarudzić, z dużą dozą kpiny nawet, na grę biało-czerwonych, a w koszyku były dwa gole i trzy punkty. Uświadomiliśmy sobie, jakim komfortem jest możliwość narzekania na styl. Chętnie zamienilibyśmy dobrą grę z pierwszej połowy starcia z Macedończykami na trochę gorszą, choć może nie tę „łotewską”, byle tylko coś wpadło do sieci.
Na szczęście po przerwie dostaliśmy i jedno, i drugie. Ale nie od razu. Na początku drugiej połowy byliśmy fajni jeszcze bardziej niż w pierwszej. Szybkie akcje na jeden kontakt, dryblingi – Kamila Grosickiego oczywiście, strzał w słupek Sebastiana Szymańskiego: wszystko to cieszyło oczy, tylko u góry ekranu ciągle widniał popularny klozet. Sporo Polakom wychodziło, ale tylko do pola karnego przeciwnika. Rywale nie byli w stanie stworzyć sobie sytuacji bramkowej, ale wciąż mieli remis. I tak oto może i zostalibyśmy z tym dobrym wrażeniem jak wiadomo kto z wiadomo czym, gdyby nie złota rączka, czy raczej złoty nosek Jerzego Brzęczka, który wpuścił na boisko Przemysława Frankowskiego, a ten od razu zdobył swoją pierwszą bramkę w zespole narodowym. A potem inny rezerwowy – Arkadiusz Milik poprawił z dystansu na 2:0.
Wysokie zwycięstwo z Łotwą po tak kiepskiej grze, jaką pokazaliśmy w czwartek, to chleb na dziś i głód na jutro. Nawet zaś remis z Macedonią – a przecież wygraliśmy bezdyskusyjnie – w stylu zaprezentowanym w niedzielę to byłaby nadzieja na lepszą przyszłość. Dziś wieczorem nie tylko więc wywalczyliśmy awans do finałów ME 2020, ale zrobiliśmy istotny krok w stronę ćwierćfinału tej imprezy, bo nie ma co ukrywać, że powtórzenie wyniku zespołu Adama Nawałki z 2016 roku musi być celem stawianym przez Brzęczkiem i jego ludźmi. Mecz Macedonią może być swego rodzaju szewskim prawidłem regulującym występy Polaków w kolejnych spotkaniach o stawkę. Gdy nadejdą ciężkie terminy, selekcjoner będzie mógł powiedzieć: panowie, przypomnijcie sobie Macedonię, zagrajcie to samo! I oby działało.