Kiedy ostatnio rywal tak wodził Borussię Dortmund za nos i to na jej stadionie? Można przypominać sobie klęski BVB z Bayernem u siebie, czy słabsze mecze w Lidze Mistrzów w poprzednich sezonach. Można wspomnieć o niedawnym laniu na Wembley od Tottenhamu, ale w żadnym z tych meczów Borussia nie dała się rywalowi aż tak zdominować, jak w pierwszych 30 minutach meczu z Bayerem Leverkusen w ostatniej lutowej kolejce Bundesligi.
TOMASZ URBAN, KOMENTATOR ELEVEN
Nie pamiętam meczu, w którym BVB miałaby na własnym boisku 28% posiadania piłki. Jeśli przyjmiemy w przybliżeniu, że piłka w trakcie meczu jest w grze przez 2/3 ogólnego czasu, wyjdzie nam, że w ciągu pierwszych dwóch kwadransów podopieczni Luciena Favre’a cieszyli się z grania w piłkę przez jakieś 6 minut. A mówimy o drużynie, która obok Bayernu ma w lidze średnio najczęściej futbolówkę.
Koniec końców Bayer wykonał w tym meczu dwukrotnie więcej podań (727 do 360), oddał więcej strzałów (13 do 9), dwukrotnie częściej miał piłkę przy nodze (67% do 33%), a szanse bramkowe, jakie sobie w tym meczu wypracował, były groźniejsze niż te, stworzone przez Borussię (1,26 do 1,07 w expected goals wg statystyk understat.com), ale akurat w tej najważniejszej rubryce okazał się być gorszy. Przegrał mecz wbrew liczbom. Jak mawia Uli Hoeness – piłka nożna to nie geometria. I całe szczęście.
Księżniczka w dziurawych pończochach
– Wygraliśmy, choć cierpieliśmy – mówił po meczu trener Borussii Favre, a Zorc dodawał, że okres naporu Bayeru wcale nie wynikał z założeń taktycznych BVB, a właśnie z jego dobrej gry: – Grając w domu, zawsze chcemy dominować – przekonywał dyrektor sportowy Borussii. „Kicker” z kolei napisał w poniedziałkowej relacji, że w początkowym okresie meczu Bayer otarł się o perfekcję. Tylko się otarł, bo nie spuentował tego okresu zdobyciem bramki. Borussia była o wiele bardziej konkretna – przeprowadziła tylko dwie groźne akcje, ale wyszła na prowadzenie, a kiedy je straciła, niemal natychmiast dołożyła drugiego gola. Tyleż świadczy to o jej klasie, co jednak też i o słabościach ekipy prowadzonej przez Petera Bosza (na zdjęciu). Słabościach, które w Dortmundzie znają wręcz na wylot. Ekipy prowadzone przez Holendra są niczym piękne księżniczki w cudownych, balowych sukniach, pod którymi chowają jednak często dziurawe pończochy. Ale żeby je odkryć, trzeba być nielichym kozakiem. Ich ekstremalny pressing (w meczu z Borussią pozwalali rywalowi średnio na wymianę tylko 7 podań na własnej połowie w jednej akcji, a FSV Mainz tylko 5) ma na celu nie tylko szybki odbiór piłki i wyprowadzenie kontry, ale także trzymanie przeciwnika jak najdalej od własnej bramki. Także po to, by zatuszować niedostatki defensywne. Jeśli masz w składzie piłkarzy odpornych na pressing, którzy mimo mocnego nacisku ze strony rywala potrafią wyjść z piłką z własnego przedpola, to możesz Bayerowi zrobić krzywdę. Jeśli nie – pomódl się i licz na przychylność niebios.
O ile Borussia Bosza w wersji beta straciła powab po zaledwie 6 meczach, o tyle fani Bayeru mogą żywić uzasadnione nadzieje, że hossa ich drużyny potrwa nieco dłużej. Bo choć Bayer zna na boisku tylko jedną marszrutę, to jednak nie otwiera przeciwnikowi na oścież wrót do własnej bramki, jak to zwykła robić BVB przed rokiem. Po pierwsze, obrona nie gra aż tak ekstremalnie wysoko, a po drugie – kadra Bayeru znacznie lepiej przyjmuje filozofię Holendra. Choćby dlatego, że nie jest ona dla zawodników niczym nowym.
(…)
CAŁY TEKST MOŻNA ZNALEŹĆ W NOWYM (10/2019) NUMERZE TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”
Cudowna interwencja Polaka w Bundeslidze! Majstersztyk [WIDEO]
FSV Mainz wygrało 2:1 z RB Lipsk na wyjeździe, a pełne 90 minut dla zwycięzców rozegrał Kacper Potulski. Polak popisał się też kapitalnym wślizgiem w końcówce meczu.
Bayern zdecydował ws. Harry’ego Kane’a. Rozmowy już trwają
Włodarze Bayernu Monachium są niezwykle zadowoleni ze współpracy z Harry’m Kane’em. Jego aktualny kontrakt wygasa za półtora roku, ale Bawarczycy już teraz chcą zapewnić sobie usługi Anglika na kolejne lata.