Czasami los lubi zakpić z wszystkich mędrców i wyznaczyć na bohatera zawodnika wielokrotnie skreślonego przez najtęższych fachowców. Marcos Llorente w meczu z Liverpoolem na Anfield dostał być może ostatnią szansę od Diego Simeone. A potem został zbawcą Atletico.
LESZEK ORŁOWSKI
30 stycznia zawodnik skończył 25 lat. Zabrzmiał więc dla niego ostatni dzwonek, by coś jeszcze w futbolu osiągnąć. Ten sezon był z gatunku teraz albo nigdy. Do 11 marca wydawało się, że „nigdy”. Teraz zaś jest „teraz”. Mało kto tak niecierpliwie czeka na wznowienie za Pirenejami rozgrywek, jak pomocnik Colchoneros.
Niejednokrotnie skreślony
Wychowanek Realu najpierw został skreślony przez Zinedine’a Zidane’a po raz pierwszy. W październiku 2015 roku otrzymał od niego dwie szanse w meczach ligowych, a w styczniu 2016 jeszcze jedną, lecz potem Francuz już definitywnie odesłał go do ekipy rezerw. Sezon 2016-17 spędził na wypożyczeniu w Deportivo Alaves i jest on jak na razie najlepszy w jego karierze. Potem wrócił do Realu, gdzie pod wodzą Santiago Solariego stał się bohaterem Klubowych Mistrzostw Świata, lecz wkrótce doznał kontuzji. Następnie wrócił Zidane i znów uznał go za zbędnego.
Wtedy na zawodnika wejrzał Diego Simeone i Atletico zapłaciło zań 40 milionów euro (30 plus 10 bonusów). Jednak Cholo w obecnych rozgrywkach stale miał do pomocnika mnóstwo pretensji. Regułą było, że gdy wystawiał go w wyjściowej jedenastce, to następnie zdejmował w przerwie. Na Anfield wpuścił go w 56 minucie za Diego Costę nie po to przecież, by strzelał jakieś gole, lecz by pomógł dotrwać do karnych. Tymczasem zawodnik spłatał mu figla. Teraz jego sytuacja w zespole musi ulec zmianie. Przy czym paradoksem jest to, że Llorente został kupiony jako następca sprzedanego do Manchesteru City defensywnego pomocnika Rodriego, zaś w mieście Beatlesów objawił się jako znakomity pomocnik ofensywny. Oba jego gole, jak również asysta przy trafieniu Moraty, to były akcje charakterystyczne właśnie dla mediapunta. Czyżby dopiero w wieku 25 lat zawodnik objawił swoje prawdziwe uzdolnienia?
Geny jak marzenie
Nie ma w hiszpańskim futbolu bardziej sportowej i ściślej związanej z Realem Madryt rodziny niż ta, z której pochodzi bohater tego tekstu (konkurować ewentualnie mogłaby rodzina Marcosa Alonso, dziś zawodnika Chelsea). Jego wujkiem ze strony mamy jest sam Paco Gento (1), jedna z największych klubowych legend Los Blancos, dziś honorowy prezydent. Warto pamiętać, że piłkę zawodowo kopali także bracia Paco – Julio (2, znany jako Gento II) i Antonio (3, Gento III), który przez rok występował w Realu. Dziadek, Ramon Grosso (4), był członkiem znakomitej drużyny Los Blancos z lat 60. znanej jako yeye. Ojciec, Paco Llorente (5), to z kolei świetny, choć przeważnie rezerwowy skrzydłowy teamu z lat 80., w którym brylowała Piątka Sępa, czyli Quinta del Buitre. Stryjek, Julio Llorente (6) też grał w Realu w futbol, a dwaj kolejni: Tonin Llorente (7) i Jose Luis Llorente (8) reprezentowali barwy królewskiego klubu w koszykówce. Dalszy kuzyn ojca Joe Llorente (9) też był basketballistą, a dziś kontynuują tradycję jego synowie Sergio (10) i Juan (11). Dyscyplinę tę uprawiała także, docierając nawet do reprezentacji Hiszpanii, mama Marcosa Gelu Moreno (12).
Wbrew ciągle powracającym przypuszczeniom, z całą tą familią w żaden sposób nie jest spokrewniony kolega klubowy Marcosa z Castillii, a dziś stoper Sociedad – Diego Llorente.
– Całe swoje życie podporządkowałem temu, by grać w Realu Madryt. Jednak odchodzę z tego klubu bez żalu do kogokolwiek i bez złości. Tak to po prostu bywa – powiedział Marcos w lipcu na pożegnanie. Odejście do klubu lokalnego rywala nie było dla niego niczym niewyobrażalnym, bo epizody w Atletico mieli też w swoich karierach dziadek Grosso i tata Paco. Tak więc mimo genetycznego madridismo, z pewnością w rodzinie tej nie żywiono żadnego resentymentu do klubu z Wanda Metropolitano. Natomiast pomocnik na pewno był rozczarowany. Skoro jako nastolatek usłyszał od Paco Gento, że gra lepiej w piłkę niż on w jego wieku i ma wystarczająco duży talent by zostać wielką gwiazdą futbolu, musiał sądzić, że na Santiago Bernabeu zrobi znaczącą karierę. Przecież tak, jak doradzał mu krewny, zawsze ciężko pracował i zachowywał skromność.
Kiedy nadejdzie „teraz”?
Zapewne Zidane’owi zabrakło po prostu cierpliwości do chłopaka. Marcos nie jest bowiem takim typem jak Casemiro, który od razu po wejściu do zespołu zaczął grać futbol dojrzały, wyrafinowany. Llorente natomiast przez wiele lat sprawiał na boisku wrażenie chaotycznego, niepoukładanego, mającego sto pomysłów na minutę. Dopiero w ostatnich tygodniach zaczął grać inaczej, jakby praca Cholo z nim przynosiła efekty. Mecz na Anfield pokazał, że proces kiełznania podstarzałego lecz wciąż narowistego źrebaka zakończył się sukcesem. „40 kilo zrobiło się znacznie lżejsze” – napisał „As” (kilo to w hiszpańskim slangu piłkarskim milion).
– Taka wycierpiana wiktoria smakuje najlepiej. Nasza zdolność do wytrzymywania bólu jest ogromna, sami jeszcze nie wiemy, jak bardzo. Przed nami teraz wielka praca do wykonania w lidze – mówił bohater zaraz po meczu na Anfield, nie wiedząc jeszcze, że „teraz” się trochę odwlecze. Niewątpliwie przed trzynastym sportowcem z rodu Gento-Grosso-Llorente-Moreno czas bardzo trudny. Po powrocie piłki na stadiony na pewno dostanie od trenera sporo minut, ale będzie musiał je wykorzystać. Gdyby bowiem miał znów pogrążyć się w miernocie, już chyba nigdy by się z niej nie wydobył.
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (NR 12/2020)