Prawdziwą huśtawkę nastrojów przeżyli w czwartek kibice Legii Warszawa. Stołeczna ekipa po emocjonującym spotkaniu wygrała 3:2 z Hapoelem Tel-Awiw. Zwycięstwo w ostatnich sekundach zapewnił Miroslav Radović. Biorąc pod uwagę wyniki spotkań z pierwszej kolejki czwartkowy mecz był bardzo ważny zarówno dla Legii Warszawa, jak i Hapoelu Tel-Awiw. Obydwa zespoły w pierwszej serii spotkań przegrały.
Na własnym terenie od początku meczu mogliśmy od Legii oczekiwać agresywnej oraz ofensywnej gry. Niestety nic z tego nie wyszło. Stołeczna ekipa od pierwszych minut wyraźnie ustępowała przyjezdnym. Efekt? Hapoel w 34. minucie wyszedł na prowadzenie. Toto Tamuz wykorzystał nieuwagę obrońców Legii i zdobył bramkę głową. Marcin Komorowski oraz Jakub Wawrzyniak nie pokryli gracza gości. Hapoel wyszedł zasłużenie na prowadzenie.
Na szczęście w drugiej połowie spotkania w grze Legii nastąpił wyraźny przełom. Gospodarze mieli przewagę, a to oczywiście od razu przełożyło się na efekt bramkowy. W 67. minucie gola strzelił Danijel Ljuboja. Gwiazdor Legii Warszawa wpisał się na listę strzelców uderzeniem głową po dośrodkowaniu z rzutu rożnego. Pięć minut później arbiter podyktował rzut karny dla gospodarzy po faulu naMiroslavie Radoviciu. Do futbolówki podszedł Komorowski i pewnym strzałem dał prowadzenie Legii.
Jednak Hapoel nie poddawał się. Goście przeprowadzali szybkie ataki, po jednym z nich zawodnik gości oddał strzał z około dwudziestu metrów. Dusan Kuciak sparował piłkę przed siebie, którą strzałem głową do siatki wpakował Lala. Ostatnie słowo należało do Legii. W 89. minucie w sytuacji sam na sam znalazł się Radović. Serb fantastycznie wykorzystał dogodną okazję i dał zwycięstwo polskiej ekipie.
W swoim drugim meczu grupowym w Lidze Europy Legia ostatecznie wywalczyła trzy punkty. W następnej kolejce podopieczni Macieja Skorży zmierzą się z Rapidem Bukareszt na wyjeździe.
W następnej edycji Ligi Europy udział weźmie drużyna z drugiej ligi portugalskiej. Podobne sytuacje zdarzają się bardzo rzadko, zwłaszcza współcześnie.
Emery po raz piąty, Cash po raz pierwszy! Cud w Stambule się nie zdarzył
Unai Emery prawdziwie jest specjalistą od wygrywania finałów Ligi Europy. Zrobił to już po raz piąty, a prowadzona przez niego Aston Villa, na oczach księcia Williama, po 44 latach znów wniosła europejski puchar. Dołożył do tego cegiełkę i Matty Cash, choć gwiazdą finału reprezentant Polski nie był.