Taki mecz drużynie Jana Urbana w końcu musiał się przytrafić. Wygrała wprawdzie z Maltą 3:2, ale chwalić jej specjalnie nie ma za co. Kto wie czy jednak wymęczone zwycięstwo na Ta’Qali nie przysporzy Janowi Urbanowi więcej wniosków niż pięć wcześniejszych dobrych spotkań reprezentacji pod jego wodzą.
Taksówkarz wiozący mnie do stolicy Malty – Valetty, był absolutnie przekonany, że Polacy pewnie pokonają jego reprezentację. Wśród licznie przybyłych na śródziemnomorską wyspę polskich kibiców również nie sposób byłoby znaleźć choć jednego, który to przewidywanie poddawałby w wątpliwość. Najmniej pewny wydawał się Jan Urban, który na przedmeczowej konferencji podkreślał, że to czego najbardziej by sobie życzył to koncentracji swojego zespołu na poziomie sprzed spotkania z Holandią, bo inaczej – choć byliśmy w jego opinii zdecydowanym faworytem – mogą być problemy. Jakby czuł pismo nosem.
Na Ta’Qali gra biało-czerwonych od początku wyglądała źle. Dość podobnie do tej jaką oglądaliśmy w pierwszej połowie meczu z Litwą w Kownie. Zostawialiśmy rywalom sporo miejsca, pozwalaliśmy się odwrócić, popełnialiśmy proste indywidualne błędy, nie potrafiliśmy złapać płynności w grze. Tyle, że na Litwie potrafiliśmy szybko objąć prowadzenie po bramce bezpośrednio z rogu Sebastiana Szymańskiego. Na Ta’Qali zajęło nam to ponad pół godziny, ale co gorsza błyskawicznie pozwoliliśmy gospodarzom się dogonić i wszystko zaczęło się od początku.
Podobnie jak na Litwie, na Malcie prowadzenie też zdobyliśmy po stałym fragmencie gry. Znów dał o sobie znać grzech główny polskiego futbolu – gra w ataku pozycyjnym. Bezradnie biliśmy w nim głową w mur, co w wykonaniu naszej reprezentacji nie jest żadną nowiną. Co gorsza, piłkarze, a już na pewno ich część, sprawiali wrażenie jakby faktycznie ciepły klimat wakacyjnej wyspy, po kosztującym bez wątpienia wiele wysiłku fizycznego ale też mentalnego meczu z Holandią, podziałał na nich rozprężająco. Szczególnie dotyczyło to Nicoli Zalewskiego, który po kontuzji wciąż daleki jest od swojej najwyższej dyspozycji. Na domiar złego złapał kartkę, która wykluczy go z meczu barażowego o ile FIFA się nie zlituje i nie anuluje napomnień po fazie grupowej. To że Zalewski po przerwie został w szatni i nie wyszedł na drugą połowę nie było żadnym przypadkiem. Marnie wyglądali też jednak obrońcy, szczególnie Przemysław Wiśniewski, który poruszał się jak słoń w składzie porcelany.
Po przerwie gra biało-czerwonych nieco się poprawiła. Zaczęliśmy stwarzać sytuacje, nawet je wykorzystywać, ale gdy w końcu wyszliśmy na prowadzenie 3:1 do akcji wkroczył VAR i z rozstrzygniętego zdawało się meczu znów mieliśmy remis. Trzeba Polakom jednak oddać, że potrafili nad tym niekorzystnym biegiem zdarzeń zapanować, ruszyli znów do przodu, wepchnęli zwycięską bramkę i zakończyli eliminacje wygraną. A ze przy okazji skutecznie ostudzili niektóre rozgrzane głowy, myślące po meczu z Holandią, że teraz to już nie będzie na nas mocnych, to może i lepiej. Przed selekcjonerem i jego sztabem jeszcze wiele przeszkód, co Urban regularnie podkreśla. Potrafimy oczywiście grać lepiej niż z Maltą, ale potrafimy też wciąż dużo gorzej niż z Holandią. I z tą wiedzą czekać będziemy na marcowe baraże. Chyba bardziej realistycznie oceniając sytuacje niż gdyby zimny prysznic na gorącej Malcie się polskiej reprezentacji nie przytrafił.
Wygraliśmy z Malta i to na tyle….