Po losowaniu par półfinałowych pewne było to, że o triumf w Lidze Europy zagra zespół z Hiszpanii. W 1/2 finału Sevilla zmierzyła się z Valencią i dwumecz tych zespołów mógł się podobać.
Pierwsze starcie w hiszpańskiej parze zakończyło się bardzo dobrze dla Sevilli. Zespół ten na własnym terenie wygrał 2:0, co było solidną zaliczką przed starciem rewanżowym.
Jednak Valencia nie obawiała się drugiego spotkania. W końcu w poprzedniej rundzie ekipa z Walencji w dobrym stylu odrobiła stratę z pierwszego starcia z Bazyleą, kiedy to Hiszpanie przegrali aż 0:3.
Nietoperze od pierwszych minut czwartkowego meczu rzucili się na swoich rywali. W efekcie już po 25 minutach gospodarze prowadzili 2:0! W 14. minucie wynik meczu otworzył Sofiane Feghouli atomowym uderzeniem z kilku metrów. Drugą bramkę dla gospodarzy strzelił Jonas kapitalnym strzałem głową.
Prowadzenie 2:0 gospodarzy utrzymywało się przez dłuższy czas. Prawdopodobieństwo dogrywki było ogromne, ale w 70. minucie Jeremy Mathieu doskonale wykorzystał zamieszanie w polu karnym gości i strzelił trzeciego gola dla Valencii.
Gospodarze byli bardzo blisko awansu do wielkiego finału, ale defensywa Nietoperzy zaspała w doliczonym czasie gry. W efekcie Stephane M-Bia uderzeniem głową pokonał golkipera Valencii. Miejscowym zabrakło już czasu, aby strzelić kolejnego gola, a wygrana gospodarzy 3:1 dała awans Sevilli.
W następnej edycji Ligi Europy udział weźmie drużyna z drugiej ligi portugalskiej. Podobne sytuacje zdarzają się bardzo rzadko, zwłaszcza współcześnie.
Emery po raz piąty, Cash po raz pierwszy! Cud w Stambule się nie zdarzył
Unai Emery prawdziwie jest specjalistą od wygrywania finałów Ligi Europy. Zrobił to już po raz piąty, a prowadzona przez niego Aston Villa, na oczach księcia Williama, po 44 latach znów wniosła europejski puchar. Dołożył do tego cegiełkę i Matty Cash, choć gwiazdą finału reprezentant Polski nie był.