Graliśmy jak mistrzowie, byliśmy o krok od frajerstwa
Szkocka kadra zespół Adama Nawałki rozbić miała siłą pięści, o mały włos nie położyła nas na łopatki trafieniami wyjętymi wprost z salonu piękności. Reprezentacja Polski mogła w Glasgow przypieczętować awans do francuskiego Euro, na własne życzenie wpadła jednak w tarapaty przed ostatnim etapem eliminacyjnej gonitwy.
Pierwsza połowa, toczona pod dyktando polskiej kadry, mogła budzić wśród polskich kibiców dziką satysfakcję. Kultura gry, koncept i umiejętne wdrażanie go w boiskową rzeczywistość, na dodatek zaangażowanie i poświęcenie – wszystko to wgniatało miejscowych w idealnie przygotowaną murawę Hampden Park i dawało nam nadzieję na osiągnięcie w Glasgow wyniku dającego awans. Szybko strzelona bramka była popisem nie tylko Roberta Lewandowskiego, który potrafił zachować zimną krew. Ba, to nie była tylko zasługa Arkadiusza Milika, w tempo zagrywającego prostopadle do asa Bayernu. Chwilę wcześniej umiejętnie akcję rozprowadził Krzysztof Mączyński. Wybrał wariant trudniejszy, co nadało odpowiedniego tempa i doprowadziło do uciszenia trybun.
Później nie było wcale słabiej. Imponowaliśmy umiejętnością utrzymania się przy piłce, kreowania akcji pozycyjnych. W mediach społecznościowych pojawiły się nawet wpisy, że jeśli biało-czerwoni tak zaprezentują się podczas francuskiego czempionatu, o wynik będziemy mogli być spokojni. Bilety sami sobie wręczyliśmy jeszcze przed końcem pierwszej połowy.
Ale czy nie było podstaw do takiego zachowania? Nawet ci, którzy po meczach kadry zawsze dostawali po głowie, w Glasgow rozgrywali mecz życia. Trzeba selekcjonerowi oddać, że kto jak kto, ale akurat on zewnątrzsterowny nigdy nie był. Ba, na przestrzeni całych eliminacji do Euro 2016 można było odnieść wrażenie, że każdy kolejny mecz, w którym decydował się na rozwiązania personalne pod prąd opinii publicznej (patrz: stawianie na Krzysztofa Mączyńskiego) utwierdzał go w słuszności swoich decyzji. Jego były podopieczny w Zabrzu w kadrze zaliczał mecze różne – raz lepsze, raz gorsze – ale to, co pokazał w Glasgow, przeszło oczekiwania wszystkich. Odbierał, rozgrywał, imponował mobilnością. Maestro!
I wtedy nadeszła 45 minuta. To już chyba polska specjalność, że to właśnie drużyny znad Wisły tracą gole właśnie przed końcem pierwszej części gry. Szkot oddał strzał, jakiego już nigdy w życiu nie odda i do szatni na przerwę trzeba było schodzić z niesprawiedliwym remisem. To najgorsze, co mogło się nam przytrafić. Szkoci znani są z tego, że przed własną publicznością, jeśli poczują krew napoczętego rywala, nacierają na niego z furią. W drugiej części nie wyglądaliśmy już tak pewnie, cała koncepcja się zawaliła, zapanował chaos. Gol na 1:2, kto wie, czy nie piękniejszy od pierwszego, wprowadził jeszcze więcej nerwowości. Ale na kogo liczyć w momencie, gdy wszyscy załamali ręce, jak nie na Roberta Lewandowskiego? Kilka sekund przed ostatnim gwizdkiem to właśnie od poszedł na całość i wślizgiem wepchnął piłkę do siatki.
Fakt, że straciliśmy w Glasgow punkty, boli, bo mimo że w pierwszej połowie wypracowaliśmy sobie przewagę gigantyczną, nie potrafiliśmy dobić rywala. Klasowa drużyna zrobiła by to bez mrugnięcia okiem. Przed niedzielnym meczem z Irlandią sami sobie strzeliliśmy w kolano. Baraże wprawdzie mamy już pewne, ale w niedzielę zamiast podejść do meczu na luzie, trzeba będzie albo powiesić rywala, albo samemu zgodzić się na stryczek.