Anglicy mieli inny plan, ale koronawirus szybko ich zweryfikował (fot. Reuters)
Gabinet wspomnianego Johnsona we wczesnej fazie zagrożenia wpadł na pomysł, by w walce z koronawirusem obrać odmienną strategię od większość państw na świecie. Brytyjski premier i jego doradcy uznali, że lepszym rozwiązaniem będzie wpuszczenie zagrożenia do kraju i pozwolenie, by zaraziło się jak najwięcej ludzi. Spekulowano, że zaraza może dopaść nawet 80 procent społeczeństwa w wyniku czego śmierć poniesie nawet kilkaset tysięcy ludzi. – Muszę być szczery, wiele rodzin straci bliskich – przekonywał jeszcze do niedawna szef państwa.
Od jego słynnej przemowy minęło zaledwie kilka dni, by nastąpił nagły zwrot w podejściu do koronawirusa. Gdy okazało się, że zagrożenie jest naprawdę poważne, a narażanie życia i zdrowia Brytyjczyków to bardzo ryzykowna gra, Johnson zaczął działać, wprowadzając kolejne ograniczenia. Zgodnie z tymi najnowszymi wszyscy ludzie powinni pozostać w swoich domach, a wyjście na zewnątrz jest uzasadnione jedynie w kilku przypadkach – jak podróż do pracy czy udanie się po niezbędne zakupy.
Początkowe luźne podejście może się jednak okazać dla całej Anglii zabójcze i to dosłownie. Kilka dni zwłoki w podjęciu bardziej zdecydowanych działań przez rząd może nieść za sobą niepowetowane straty, ale to przecież nie o premiera i jego ministrów tu chodzi. Również bezmyślnie zareagowali sami mieszkańcy Londynu, Liverpoolu i innych angielskich miast.
Zanim bowiem w życie weszło prawo dotyczące zamknięciu pubów, restauracji i klubów, ludzie uznali, że warto wykorzystać ten ostatni wieczór wolności i tłumnie udali się do wspomnianych wcześniej lokali. Zdaniem Bartosza Białkowskiego, który na co dzień występuje w Millwall, a który obecnie przebywa zamknięty w domu i czeka na finał tej historii, brakuje momentami słów na to, by określić zachowanie niektórych ludzi.
– Jedno słowo, które mi przychodzi do głowy to „idioci” – powiedział podczas rozmowy z „Piłką Nożna”. – Ludzie wychodzili sobie masowo do tych pubów, by celebrować tego ostatniego drinka, to ostatnie piwo, a potem wrzucali to jak gdyby nigdy nic na serwisy społecznościowe. Głupota, po prostu nie można tego inaczej określić. Debilizm – dodał.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że w momencie, gdy w innych krajach wprowadzano kolejne ograniczenia, Anglicy zwlekali. Kiedy z kolei w niemal całej Europie podejmowano decyzje o zawieszaniu rozgrywek piłkarskich, w Anglii wciąż chcieli grać. W Premier League ostatnia kolejka miała zostać rozegrana zgodnie z planem i to przy pełnych trybunach i kto wie czy tak by się finalnie nie stało, gdyby nie wykrycie zakażenia wirusem u Mikela Artety, menedżera Arsenalu.
– Cały czas chodzą słuchy, że w Anglii chcą za wszelką cenę dograć ten sezon do końca – kontynuował Białkowski. – Także nasz dyrektor sportowy w Millwall wyraził nadzieję, że uda się wrócić na boisko, ale umówmy się, nie można stawiać tak sprawy. Nie za wszelką cenę. Zdrowie jest najważniejsze i wszystko inne w takiej sytuacji schodzi na dalszy plan. Jeżeli to wszystko będzie się rozwijać tak jak do tej pory, to ja tego kompletnie nie widzę – stwierdził doświadczony bramkarz.
Mleko się jednak rozlało. Chory Arteta, podobnie jak piłkarze Arsenalu, został objęty kwarantanną. Cztery osoby z Bournemouth, w tym
nasz Artur Boruc, zostały skierowane na domową izolację, a kolejne kluby zaczęły się zamykać i zalecały swoim zawodnikom pracę indywidualną. Początkowo uważano, że rozgrywki piłkarskie w Anglii zostaną wznowione na początku kwietnia, ale dzisiaj już wiemy, że nie ma szans na to, by piłkarze wrócili na boiska Premier League przed początkiem maja.
To jednak nie wszystko. Aktualnie zakłada się, że sezon mógłby zostać dograny do końca czerwca, ale nie wyklucza się również przedłużenia granicznej daty na koniec lipca, a nawet sierpnia. Trzeba jednak pamiętać, że są to warianty optymistyczne, bo nie można pozostawać głuchym na tych wszystkich, którzy wieszczą, że w tym roku możemy już zapomnieć o piłce.
W Anglii próbowali kroczyć swoją własną drogą i mimo wielu sygnałów ostrzegawczych, chcieli być mądrzejsi od innych. Czy tak samo będzie w przypadku futbolu? – Sytuacja niestety wygląda tragicznie. Ludzie cały czas wychodzą z domów. Tutaj, niedaleko Ipswich zbierają się na plaży, cały czas widzimy kolejki do fish & chips po jedzenie. Oczywiście to nie jest tak, że wszyscy się tak zachowują, ale sytuacja jest poważna. Tu przecież chodzi o nasze zdrowie i życie – zakończył.