Bezzębni królowie Europy kontra żądni rewanżu Obywatele. (Dwu)mecz prawdy dla Alvaro Arbeloi i jego Realu Madryt
W Realu Madryt nie wystarczy „tylko” wygrywać. Nie mówiąc już o tym, co się dzieje, gdy zaczynasz przegrywać. Coraz dobitniej przekonuje się o tym Alvaro Arbeloa, który w styczniu przejął schedę po Xabim Alonso, ale misja nadania drużynie nowej tożsamości idzie mu jak po grudzie. I właśnie w takim momencie „sprawdzam” mówi mu nie kto inny jak Pep Guardiola.
Skończyły się czasy, gdy Real Madryt oglądało się dla przyjemności. Najlepszym tego dowodem są ostatnie ligowe mecze Królewskich. Porażki z Osasuną i Getafe oraz wyszarpane w samej końcówce zwycięstwo z Celtą wywoływały istne krwawienie oczu (na szczęście tylko metaforyczne). Bramka Fede Valverde na Estadio Balaidos, która rzutem na taśmę zapewniła jemu i jego kolegom trzy punkty, nieco uspokoiła sytuację po dwóch przegranych z rzędu, ale nie zmieniła ogólnego, bardzo mizernego obrazu drużyny.
Dość powiedzieć, że sam Alvaro Arbeloa na pomeczowej konferencji prasowej między wierszami podał w wątpliwość zaangażowanie niektórych ze swoich podopiecznych. Należy w tym miejscu podkreślić, że jak do tej pory Hiszpan uciekał się do momentami absurdalnej wręcz obrony zawodników i brania całej odpowiedzialności na siebie. Ale w obliczu licznych problemów kadrowych Arbeloa po prostu liczył na zdecydowanie więcej ze strony piłkarzy, którzy od dawna winni być uznawani za liderów. I przeżył zawód.
Jedną z niewielu rzeczy, za które 43-latek, mógł chwalić swoich graczy, była walka do końca. Coś, z czego jeszcze nie tak dawno Real przecież słynął. Arbeloi niejako udało się na nowo obudzić w drużynie tę wyjątkową moc, bo w 7 z 13 spotkań, w których zasiadał na ławce jako pierwszy trener, Los Blancos trafiali do siatki w 80. minucie lub później. Nie idzie to jednak w parze ze stylem gry wymaganym w Realu, który od dłuższego czasu cierpi na drastyczny zanik piłkarskiej tożsamości.
Do tego dochodzą kontuzje czy zawieszenia, które nie ułatwiają Arbeloi życia, choć ten medal ma dwie strony. Pierwszą jest odczuwalny brak takich postaci jak Kylian Mbappe czy Jude Bellingham, a drugą – możliwość dania szansy komuś takiemu jak 18-letni Thiago Pitarch, który na co dzień występuje w Castilli, ale w spotkaniach z Getafe i Celtą wychodził w pierwszym składzie. Szkoleniowiec Królewskich uważa go zresztą za pokoleniowy talent i jeśli wierzyć doniesieniom hiszpańskich mediów, to wcale nie traktuje go jako rozwiązanie tymczasowe, a poważnego kandydata do regularnych występów w wyjściowej jedenastce.
W takich okolicznościach Realowi Madryt przyjdzie zmierzyć się z Manchesterem City w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Po wyeliminowaniu Benfiki los skojarzył bowiem Madrytczyków z Obywatelami już po raz drugi w tym sezonie. Obie ekipy spotkały się już w fazie ligowej i wówczas na Santiago Bernabeu górą byli mistrzowie Anglii. Tamten pojedynek miał udzielić odpowiedzi na pytanie, dokąd zmierza Real pod wodzą Xabiego Alonso. I chęci nie można było zawodnikom w białych koszulkach odmówić, ale to nie wystarczyło, by wygrać i dać mocny argument, że projekt Baska ma przyszłość.
Starcia Królewskich z The Citizens stały się już zresztą swego rodzaju tradycją Champions League. Śmiało można mówić w tym przypadku o klasyku najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywek na świecie. To już piąty sezon z rzędu, gdy obie te drużyny stają ze sobą w szranki. W poprzednich czterech latach Real trzykrotnie przechodził dalej. City tylko raz wywalczyło awans, ale za to zrobiło to w sposób spektakularny, wygrywając w dwumeczu aż 5:1.
Tym razem aktualny wicelider Premier League też powinien podchodzić do rywalizacji z madryckim gigantem ze zdrową dozą pewności siebie. Obywatele mogą pochwalić się imponującą serią 11 meczów z rzędu bez porażki na wszystkich frontach. Ich ostatnim pogromcą jeszcze w fazie ligowej Ligi Mistrzów było norweskie Bodo/Glimt, czyli rewelacja trwającej edycji, która wyrzuciła za burtę Inter Mediolan. Guardiola rywala jednak nie lekceważy, o czym najlepiej świadczą jego wypowiedzi z przedmeczowej konferencji prasowej.
– Real, z którym graliśmy przeciwko Xabiemu Alonso, był inny. Mbappe wtedy nie grał, ale był Bellingham i byli inni zawodnicy. Teraz Real też ma braki, ale Real zawsze jest Realem. Wiecie, jaką mam o nim opinię. To są tylko pewne niuanse. Ostatecznie mimo wszystkich teorii, które Alvaro i ja możemy tworzyć, to na końcu wszystko zależy od piłkarzy – powiedział 55-letni szkoleniowiec.
Wspomniane przez niego braki mogą okazać się kluczowe. Kibiców Los Blancos z pewnością najbardziej martwi absencja Kyliana Mbappe, który od grudnia nie może uporać się ze skręceniem lewego kolana, a doskwiera mu to tak bardzo, że zdecydował się na podjęcie indywidualnych kroków i konsultację medyczną w Paryżu. Francuz za żadne skarby świata nie chce doprowadzić do pogłębienia urazu i ryzykowania swoim zdrowiem przed zbliżającymi się wielkimi krokami Mistrzostwami Świata w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku.
W meczowej kadrze brakuje także Edera Militao, Davida Alaby, Daniego Ceballosa, Jude’a Bellinghama, Alvaro Carrerasa oraz Rodrygo, który dopiero co przeszedł operację po zerwaniu więzadła krzyżowego przedniego oraz łąkotki bocznej w prawej nodze. W tej sytuacji oczy madridistas zwrócone będą na Viniciusa. Madrycki dziennik „AS” zaczął nawet pompowanie balonika, twierdząc, że na korytarzach ośrodka treningowego w Valdebebas można usłyszeć opinie sugerujące, że to właśnie Brazylijczyk musi poprowadzić Królewskich do zwycięstwa z Manchesterem City. A trzeba uczciwie przyznać, że Vini wie, jak to się robi, bo na 20 rozegranych przez niego dwumeczów w Champions League w 17 z nich trafiał do siatki lub notował asystę.
Wygląda na to, że przed Viniciusem mecz prawdy, który ma pokazać, czy rzeczywiście stać go na to, żeby mimo przeciwności losu, dźwigać drużynę na swoich barkach. I choć brzmi to dziwnie w kontekście zawodnika, który zdobywał bramki w finałach Ligi Mistrzów, to w Realu Madryt ciągle musisz udowadniać swoją wartość. Raz czy dwa to za mało. Dla Alvaro Arbeloi też będzie to mecz, a nawet dwumecz prawdy. W momencie, gdy środowisko powątpiewa w to, czy Królewscy z nim za sterami zdolni są do czegoś wielkiego, on stoi przed niepowtarzalną szansą uderzenia pięścią w stół i pokazania, że nawet maszyna Pepa Guardioli mu niestraszna.
Santiago Bernabeu gotowe będzie do tego, by ponieść swoich ulubieńców do wygranej, ale w razie potrzeby – nie omieszka wydać wyroku. A Arbeloa musi mieć świadomość, że ten spektakl składa się z dwóch aktów i pomyślne rozstrzygnięcie tylko jednego z nich może nie wystarczyć do końcowego sukcesu. Kurtyna w górę.
1 Komentarz
najstarszy
najnowszyoceniany
Wbudowane opinie
Zobacz wszystkie komentarze
Galaretki
11 marca, 2026 15:24
Ciekawe co zaprezentuja dziś te grajcary,jestem ciekaw czy czymś szczególnym popisze się jakiś grajcar.
Arsenal z awansem do półfinału. Rewanż całkowicie do zapomnienia
Arsenal awansuje do półfinału Ligi Mistrzów i może już skupić się na meczu z Atletico. Konfrontacja ze Sportingiem nie przyniosła zbyt wielu emocji i po mało ciekawym starciu Kanonierzy przystemplowali awans.
Ciekawe co zaprezentuja dziś te grajcary,jestem ciekaw czy czymś szczególnym popisze się jakiś grajcar.