Jose Mourinho twierdzi, że aby pokonać Manchester City, trzeba rozegrać perfekcyjny mecz. Evertonowi się nie udało. Znowu.
Mahrez zdobył gola, który przywrócił The Citizens prowadzenie. (fot. Reuters)
Gospodarze stanęli dziś przed szalenie trudnym zadaniem. Nie sprzyjała im ani teraźniejszość, ani przeszłość. Co do pierwszej, goście jawią się jako siła nie do poskromienia, są zdecydowanymi liderami stawki i wychodzili górą z 16 kolejnych meczów na wszystkich frontach. Co do drugiej, The Toffees wygrali tylko 3 z 41 starć z ekipami ze szczytu stawki. Nie zwyciężyli żadnego z minionych 12 takich spotkań.
Jak można się było spodziewać, Everton od samego początku skupił się na defensywie. Wychodziło mu to całkiem nieźle, w pierwszej połowie Manchester City nie stworzył sobie żadnej stuprocentowej sytuacji na zdobycie bramki. Mimo to, Jordan Pickford skapitulował. W 32. minucie, po uderzeniu Phila Fodena i odbiciu się piłki od nogi Seamusa Colemana.
Piłkarze Carlo Ancelottiego nie złożyli jednak broni. Odpowiedzieli już 5 minut później. Wspomniany wyżej Irlandczyk dośrodkował, Lucas Digne strzelił, a Richarlison dobił.
The Citizens nie zamierzali kończyć zwycięskiej passy. Druga połowa to znowu ich dominacja i dwa ciosy, które powaliły Everton. Oba oddane tuż sprzed linii pola karnego. Pierwszy, autorstwa Riyada Mahreza, w zasadzie nie do obrony. Drugi, za który odpowiadał Bernardo Silva, jak najbardziej do wyjęcia, lecz nie dla Pickforda. Piłka prześlizgnęła się po dłoni Anglika.
The Toffees znów nie dali rady liderowi. Ten ma już dziesięć punktów przewagi nad drugim Manchesterem City, a pytanie brzmi nie czy, a kiedy sięgnie po tytuł mistrzowski.
Z hukiem spadli z Premier League. To może być ich nowy trener
Burnley nie ma już nawet matematycznych szans na utrzymanie się w Premier League. Do końca sezonu zespół poprowadzi Michael Jackson, który tymczasowo przejął schedę po Scottcie Parkerze. Tymczasem media wskazały menedżera mogącego od przyszłego sezonu na stałe przejąć stery w ekipie The Clarets.