– Każdy chciałby grać w Barcelonie. To świetny zespół, który ma znakomitych piłkarzy. Myślę jednak, że bym sobie tam poradził – przyznaje w obszernej rozmowie z PilkaNozna.pl Rafał Wolski, młoda gwiazda warszawskiej Legii, która znalazła się ostatnio na celowniku zachodnich klubów.
– Moja miłość do piłki nożnej narodziła się gdy miałem 6-7 lat. Razem z bratem i mamą chodziliśmy wówczas na mecze w rodzinnym Głowaczowie, by oglądać występy taty. To właśnie on zaraził mnie pasją futbolu. Założył klub Jastrząb Głowaczów, był w nim trenerem i to pod jego okiem stawiałem pierwsze kroki z piłką – wspomina w rozmowie z PilkaNozna.pl Wolski.
– Kroki, które z czasem doprowadziły pana do Warszawy. – Tak, ale to była daleka droga. W tak małej miejscowości jak Głowaczów trudno skompletować dwudziestoosobową kadrę, która byłaby w stanie rywalizować z Legią czy Polonią jak równy z równym. Mieliśmy raptem 5-6 dobrych piłkarzy, którzy może nie imponowali warunkami fizycznymi, ale byli dobrzy technicznie. Często uczestniczyliśmy więc w turniejach halowych, na których radziliśmy sobie całkiem dobrze. Niewiele gorzej spisywaliśmy się na dużych boiskach. W rozgrywkach mazowieckich mierzyliśmy się między innymi z Legią, której wpadłem w oko strzelając jej gola.
– Legia była jedynym klubem, który się panem interesował? – Były propozycje z Radomia, pytała o mnie też Korona Kielce czy SMS Łódź, ale te oferty mnie nie interesowały. Tata też długo nie chciał mi o nich powiedzieć, bo obawiał się, żeby za wcześnie nie zagotowało mi się w głowie. Trzymał mnie więc przy sobie, wspólnie trenowaliśmy, czasem też uczestniczyłem w zajęciach z seniorami, które także były prowadzone przez niego.
– Pamięta pan pierwszą wizytę na Łazienkowskiej? – Zaproszenie na testy w Legii otrzymałem wspólnie z moim bratem Pawłem, który obecnie jest graczem zespołu Młodej Ekstraklasy. Przyjechaliśmy do Warszawy i chyba wypadliśmy dobrze, ponieważ zaproponowano nam kolejny przyjazd, tym razem na testy szybkościowe i medyczne. Wtedy jednak zrezygnowaliśmy uznając, że nie jest to najlepszy moment na tak odważny krok. Wiedzieliśmy, że gdybyśmy się zdecydowali, to przyszłoby nam realizować z piłkarzami, którzy regularnie występowali w kadrach Mazowsza i w Legii byli już zadomowieni. Najbardziej obawialiśmy się tego, czy i jak często dostawalibyśmy szanse.
– Co musiało się więc stać, że przyszła wiara w umiejętności? – Był to okres, kiedy kończyłem gimnazjum i trzeba było podjąć męską decyzję. Potrzebowałem klubu, w którym mógłbym dalej się rozwijać i padło na Legię. Zaczynałem w drużynie rocznika 92. Mieliśmy wówczas silny zespół, czego dowodem jest nasze wicemistrzostwo Polski oraz to, że w pierwszej drużynie jest obecnie kilku zawodników z tamtej ekipy.
– Pamięta pan premierowy trening z pierwszą drużyną? – Zaprosił mnie trener Stefan Białas, ale muszę przyznać, że niemiło wspominam to wydarzenie. Na pierwszych zajęciach doznałem poważnej kontuzji – skręciłem staw skokowy, miałem zerwane wiązadła w kostce i pękła mi torebka stawowa. Leczyłem się prawie pół roku i wciąż odczuwam skutki uboczne, bo od czasu do czasu pobolewa mnie noga.
– Czy tak pechowy początek nie sprawił, że powróciła niepewność, która wcześniej opóźniła pański transfer do Legii? – Nie załamałem się, starałem się koncentrować na rehabilitacji i mam tego efekty. Jestem osobą radosną, cieszę się tego, że gram i bawię się piłką.
– Po wyleczeniu urazów z czasem przyszła pora na kolejne podeście do pierwszej drużyny… – Zadzwonił do mnie Jacek Magiera i poinformował, że trener Maciej Skorża chciałby mi się przyjrzeć na obozie w Grodzisku. Po dwóch tygodniach zgrupowania usłyszałem, że mam wrócić jeszcze do zespołu Młodej Ekstraklasy, że będą mi się przyglądać, a dobrą grą mogę zapracować na kolejne szanse.
– Szanse wreszcie nadeszły. Jak wyglądały pan pierwsze wizyty w szatni? – Siedzieliśmy grzecznie z boku – ja, Dominik Furman, Michał Efir, Maciej Górski i chyba Piotr Wasikowski. W zespole był już Michał Kucharczyk, Ariel Borysiuk… Tworzyliśmy zgraną grupę, która trzymała się razem. Aklimatyzacja w drużynie przebiegła bardzo sprawnie, co było zasługą również starszych graczy: Tomka Kiełbowicza, Dicksona Choto, Ivicy Vrdoljaka i Miroslava Radovicia.
– Czy jako młody zawodnik wchodzący do drużyny, przechodził pan jakiś chrzest? – Nie, ale i tak na brak wrażeń narzekać nie mogłem. Artur Jędrzejczyk jest jedną z osób, która lubi sprawiać nam psikusy. Pewnego razu Artur wspólnie z Marcinem Komorowskim, korzystając z tego, że Michał Kucharczyk wcześniej wyszedł na trening, schowali mu szafkę, której zdziwiony szukał potem cały dzień. Śmiesznie było to też, gdy „Komor” i Kuba Rzeźniczak przykleili do podłogi klapki Artura. Klej mocno trzymał, dlatego klapki zostały tam na dłużej.
– Obecnie jest pan ważnym elementem ekipy Macieja Skorży, a dobra gra i efektowne trafienia sprawiły, że zrobiło się o panu głośno. Zdążył się pan poczuć gwiazdą? – Cieszę się, że ktoś docenia moją pracę, ale staram się dystansować od tego, co mówi się i pisze na mój temat. Szum wokół mnie tak naprawdę zaczął się po bramce zdobytej w meczu z Lechią Gdańsk. Wiem, że każdy mój kolejny udany występ sprawia, że oczekiwania wobec mojej osoby rosną, dlatego w przypadku słabszego meczu muszę liczyć się z krytyką. Niektórzy mogą nagle stwierdzić, że mi odbiło, ale mogę zapewnić, że mam osoby, które dbają o to, aby woda sodowa nie uderzyła mi do głowy.
– Czy indywidualne sukcesy w Legii wpłynęły jakoś na pana życie prywatne? – Tata twierdzi, że w Głowaczowie zrobiło się o mnie głośno. Ludzie zaczęli się interesować piłką nożną, wielu z nich ogląda mecze Legii, inni zaczepiają tatę i pytają o to, jak sobie radzę. Gdy przyjeżdżam w rodzinne strony nie mam problemów by z kimś porozmawiać. Miłe jest to, że mogę komuś sprawić radość. W Warszawie natomiast nie jestem aż tak rozpoznawalny. Po mieście poruszam się swobodnie i chcę by tak zostało jak najdłużej.
– Fanki nie uprzykrzają panu życia? – Dziewczynę już mam, poznałem ją jeszcze zanim zrobiło się o mnie głośno. W kwietniu minie rok jak jesteśmy razem i jest nam razem dobrze.
– A czy równie dobrze jak z dziewczyną radzi pan sobie z edukacją? – Studiuję wychowanie fizyczne w Pruszkowie, no i niestety łatwo nie jest, bo praktycznie nie ma mnie w szkole. Staram się dogadywać z nauczycielami – z jednymi radzę sobie lepiej, z innymi gorzej, ale generalnie ze wszystkimi potrafię dojść do porozumienia.
– A w klubie z kim ma pan najlepszy kontakt? – Na pewno z młodymi piłkarzami – Michałem Żyro, Dominikiem Furmanem. Sporo czasu spędzam też z Januszem Golem i Arturem Jędrzejczykiem. Zdarza się nam pograć w kręgle lub bilard, czasem lubimy też pójść do kina i obejrzeć dobry film.
– Włoskie kino też pan lubi? Zainteresowanie panem wyraziła ponoć AS Roma, a przedstawiciele kolejnych europejskich klubów mają obserwować pana podczas derbów stolicy… – Nie zaprzątam sobie tym głowy. Koncentruję się na najbliższych spotkaniach, najpierw z Polonią, potem z GKS Bełchatów.
– W Legii wiecznie chyba pan grać nie będzie. Gdzie zatem najchętniej kontynuowałby pan karierę? – Każdy chciałby grać w Barcelonie. To świetny zespół, który ma znakomitych piłkarzy. Myślę jednak, że bym sobie tam poradził. Hiszpania, Niemcy, Włochy to kierunki, które obrałbym najchętniej.
– A popularna ostatnio wśród legionistów liga rosyjska? – Marcin ma już swoje lata. Myślę, że decydując się na ten transfer, kierował się przede wszystkim dobrem rodziny. Maciek mógł jeszcze poczekać, to dobry piłkarz, który z powodzeniem mógłby grać w lepszym, zachodnim klubie. To jednak jego wybór, ja na przeprowadzkę do Rosji, Grecji i Turcji raczej bym się nie zdecydował.
– Łatwiej o ciekawy transfer może być po nieuchronnie zbliżającym się Euro 2012. Sprawdza pan czasem powołania selekcjonera Franciszka Smudy? – Nie odświeżam codziennie stron internetowych, by przekonać się, czy znalazłem się wśród powołanych czy też nie. Grając w podstawowym składzie Legii na odpowiednim poziomie można jednak oczekiwać, że szansa występu w biało-czerwonej koszulce w końcu nadejdzie. Póki co, chcę prezentować się z jak najlepszej strony, a to czy zagram w reprezentacji Polski na Euro 2012 czy dopiero po, to drugorzędna sprawa.
– Kolejną okazje do zaprezentowania swoich umiejętności będzie miał pan już w piątek podczas derbowego spotkania z Polonią… – Lubię mecze o wysoką stawkę. Wszyscy w Legii wiemy, że wygrywając najbliższe spotkanie przybliżymy się do upragnionego mistrzostwa Polski. Natomiast Polonia w przypadku porażki, praktycznie straci szanse na tytuł. Jedno jest pewne – to będzie mecz walki i na nią się nastawiamy.
„Spędziliśmy ze sobą więcej lat, niż żyjąc oddzielnie”. Poznajcie Jesusa Imaza i jego żonę Marię [WYWIAD]
Jesus Imaz od lat jest gwiazdą nie tylko Jagiellonii Białystok, ale całej Ekstraklasy. Sam Hiszpan uważa, że dobrą formę zawdzięcza żonie! No to sprawdźmy, ile w tym prawdy.