Wojtkowiak dla PN: Bundesliga? Za wysokie progi… Myślę o powrocie do Polski!
Grzegorz Wojtkowiak jest piłkarzem TSV 1860 Monachium od 2012 roku. Polak w drugoligowym zespole z Niemiec grał regularnie, dopiero niedawno utknął na ławce rezerwowych, a zdarza się nawet, że nie łapie się do meczowej kadry. W kuluarach mówi się, że jest to efekt nie tyle niezadowalającej formy zawodnika, co chęci ustawienia sobie Polaka przed kontraktowymi negocjacjami, które lada moment powinny się rozkręcić na dobre. Piłkarz do sprawy się jednak nie odnosi. Zdradza natomiast, że bardzo poważnie zastanawia się nad powrotem do Polski.
W MONACHIUM ROZMAWIAŁ PAWEŁ KAPUSTA fot. Paweł Kapusta
Rozmawialiśmy dokładnie przed pięcioma miesiącami. Mówił pan wówczas, że TSV ma ogromne ambicje i jedynym celem stawianym drużynie przed startem sezonu 2014-15 był awans. Na kilka chwil przed zakończeniem rundy jesiennej patrzę jednak w tabelę 2. Bundesligi i nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś tu chyba jednak nie gra. Jesteście prawie na dnie. Deklaracje z letniego okresu przygotowawczego okazały się słowami rzucanymi na wiatr – mówi zrezygnowany Wojtkowiak (na zdjęciu), z którym spotykamy się w centrum treningowym TSV w Monachium. – Co tu dużo gadać, słabo to wygląda, ale mówiąc szczerze, wcale się tak źle to wszystko nie zapowiadało. W letnim okresie przygotowawczym rozegraliśmy kilka naprawdę świetnych meczów. Na przykład w towarzyskich spotkaniach z Borussią Moenchengladbach czy Stoke City byliśmy zespołami lepszymi, więc przed ligą byliśmy bardzo pozytywnie nastawieni.
Słucham, niech pan opowiada. W pierwszej kolejce graliśmy na wyjeździe z FC Kaiserslautern. To był bardzo ważny mecz, wszystkim zależało, żeby mocno wejść w sezon, złapać odpowiedni rytm. Zaczęło się świetnie, do przerwy prowadziliśmy 2:0, na dodatek graliśmy w przewadze jednego zawodnika. Wystarczyło tylko zagrać mądrze, dowieźć ten wynik do końca. W drugiej połowie wszystko się jednak zawaliło i mecz skończył się wynikiem 2:3. Już od tego momentu, czyli od pierwszej kolejki ligowej, z drużyną zaczęło się dziać coś złego. Efekt był taki, że w pierwszych pięciu kolejkach zremisowaliśmy tylko dwa mecze, start był bardzo słaby, a nasza marna gra ciągnie się do dzisiaj. Sytuacja jest niewesoła.
W takim razie nic dziwnego, że z roboty po raptem siedmiu meczach ligowych wyleciał dobrze znany w Polsce Ricardo Moniz. Okres przygotowawczy był naprawdę świetny, nikt nie zgłaszał żadnych uwag. Ale niestety początek sezonu, jak już zresztą wspominałem, był w naszym wykonaniu daleki od ideału. Zdobyliśmy zaledwie kilka punktów, nie popisaliśmy się. Kierownictwo klubu zdecydowało się na zwolnienie Moniza, zespół przejął drugi trener, Markus von Ahlen, ale mimo tej zmiany wciąż gramy tak samo, czyli źle. Od trenera Moniza żadne większe zmiany w drużynie nie nastąpiły. Wszystko, co dzieje się teraz wokół drużyny, pozostało takie jak za kadencji poprzedniego szkoleniowca.
W czym tkwi największy problem? Były takie mecze, w których od samego początku dominowaliśmy i kontrolowaliśmy wydarzenia boiskowe. Mówię to z pełną świadomością, bo później nie raz i nie dwa analizowaliśmy nasze występy. Problem jednak w tym, że zawsze pojawiały się chwile dekoncentracji, w których traciliśmy niefartownie bramkę, a w konsekwencji przegrywaliśmy mecze. 2. Bundesliga jest na ten moment ligą bardzo wyrównaną, nie ma tu zespołu, który bardzo odstawałby od reszty. Każdy może wygrać z każdym, tabela jest bardzo spłaszczona. Wystarczy wygrać trzy mecze, a z dołu tabeli szybko przesuniemy się w środek stawki. Teraz nasz cel jest taki, żeby jak najwięcej punktów zgarnąć jeszcze przed przerwą świąteczną (dwa dni po przeprowadzeniu rozmowy zespół Wojtkowiaka przegrał jednak w Norymberdze 1:2 – przyp. red.).
Z Monizem dobrze się panu współpracowało? Na pewno mieliście wspólne, polskie tematy. Jeśli mam być w stu procentach szczery, z trenerem Monizem nie zdarzyło mi się ani razu rozmawiać ani o jego poprzedniej pracy w Lechii Gdańsk, ani o Polsce. Zresztą nie było aż tak dużo czasu na dobre poznanie się, bo przecież trener był tutaj tylko trzy miesiące. Wspominam go jednak dobrze, nie mogę powiedzieć o nim złego słowa.
Przedłuży pan kontrakt z TSV? Obecny powoli zmierza ku końcowi, a w ostatnim czasie dostaje pan bardzo mało szans od trenera. Kontrakt kończy mi się latem. Rozpoczęły się pierwsze rozmowy na temat przedłużenia tej umowy, ale żadne konkrety na razie się nie pojawiły. W TSV szybko się zaaklimatyzowałem, czuję się więc tutaj bardzo dobrze. Jeżeli pojawią się jednak ciekawe propozycje z innych klubów, wtedy będziemy rozmawiać. Dla mnie piłka jest bardzo ważna, bo to przecież mój zawód, ale przy podejmowaniu decyzji będę musiał patrzeć również na rodzinę. Mam córkę, która niedługo będzie musiała iść do szkoły, do tego półtoraroczne bliźniaki, więc nie wykluczam również, że jeśli pojawi się oferta z Polski, poważnie się nad nią zastanowię. Nie wykluczam także wyjazdu do innego kraju. W tym momencie najważniejsze dla mnie jest jednak to, jak wyglądam w treningu.
Bundesliga to dla pana zbyt wysokie progi? Myślę, że na tę chwilę za wysokie.
Mówiąc o ewentualnym powrocie do polskiej ligi, ma pan już jakieś konkretne kluby na myśli? Umówmy się, jako wciąż aktualny reprezentant Polski, wracający do Polski z Niemiec, będzie pan na pewno miał swoje wymagania. A to zapewne ograniczy możliwości przeprowadzki do trzech, maksymalnie czterech miast… W tym momencie myślę o trzech konkretnych klubach w Polsce. Wiadomo jednak, że obowiązuje mnie teraz umowa z TSV, więc nikt oprócz mojego aktualnego pracodawcy nie ma prawa złożyć mi oferty. Pojawiły się natomiast pierwsze sygnały o zainteresowaniu kontrahentów z kraju. Do tematu będę mógł wrócić w nowym roku, wówczas wiele się wyjaśni. A teraz i tak nie mogę nic zrobić.
Jako zawodnik przez wiele lat związany ze środowiskiem poznańskiej piłki bierze pan pod uwagę możliwość negocjacji i ewentualnie podpisanie kontraktu z Legią Warszawa? W Lechu spędziłem bardzo fajne lata, nikt mi ich już nie zabierze. Przy Bułgarskiej zostawiłem dużo zdrowia. Życie sportowca jest jednak takie, że wszystkie opcje trzeba brać pod uwagę. Zresztą odchodząc z Poznania, rozmawiałem z właścicielami klubu i uzgodniliśmy, że jeśli pojawi się opcja mojego powrotu do ekstraklasy, oczywiście będziemy na ten temat rozmawiać. Jeśli więc rzeczywiście uznam, że chcę wrócić do Polski, Lech również się o tym dowie.
Gdzie czuł się pan większą gwiazdą: w Poznaniu czy w Monachium? Kluby pod tym względem można jakoś porównać? Sytuacja w Poznaniu jest zupełnie inna, bo tam wszyscy żyją Lechem. Gdziekolwiek się w Poznaniu wyjdzie, jest się od razu rozpoznanym, w Poznaniu wszyscy są kibicami Lecha. W Monachium, wychodząc na miasto, można przejść niezauważonym. Zdarzają się osoby, które proszą o wspólne zdjęcie, ale na pewno w Poznaniu skala tego zjawiska jest o wiele większa.
Pytam, bo przed spotkaniem z panem miałem okazję obserwować wyjazd piłkarzy Bayernu Monachium z ich centrum treningowego do hotelu na krótkie zgrupowanie przed meczem z Bayerem Leverkusen. To, co się tam działo, przeszło moje wyobrażenie: dziesiątki kibiców wykrzykiwało nazwiska kolejnych piłkarzy, na widok Guardioli podniósł się raban. O waszym klubie można co najwyżej powiedzieć, że to uboższy brat Bayernu… To wielka firma, korporacja, a my jesteśmy klubem rodzinnym. Nie jest tak, że na nasze treningi albo w godzinach wyjazdów na mecze kibice nie przychodzą w ogóle. Przychodzą, klub zresztą publikuje na stronie internetowej dokładne godziny tych wydarzeń, żeby kibice mieli okazję spotkać się z nami. Ale oczywiście liczba fanów jest z Bayernem nieporównywalna, atmosfera panująca w klubie i wokół klubu jest jednak doskonała. Kibice TSV mają ten klub we krwi, żyją nim.
Wychodzi więc na to, że największą gwiazdą mógł się pan w ostatnim czasie poczuć, przyjeżdżając na zgrupowania w reprezentacji Polski. To, co działo się ostatnio wokół kadry, też można nazwać szaleństwem. Przede wszystkim wyjdźmy od tego, że u nas w klubie nikt nie ma statusu gwiazdy, wszyscy jesteśmy na jednym poziomie. Natomiast jeśli chodzi o sytuację kadry, nie da się nie zauważyć, że atmosfera wokół kadry w ostatnich kilku miesiącach bardzo się zmieniła, oczywiście na lepsze. Grając w reprezentacji albo po prostu będąc powoływanym na zgrupowania, zawodnik może się czuć doceniony, tym bardziej jeśli za plecami czuć wielkie wsparcie kibiców. Na kadrę zawsze jeździ się z przekonaniem, że robi się coś fajnego, ale ostatnio to uczucie jest jeszcze mocniejsze.
Przypomina pan sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej wokół kadry była tak pozytywna atmosfera? Jeśli chodzi o samą atmosferę na meczach, to nie mam wątpliwości, że nasi kibice zawsze stawali na wysokości zadania. Cała otoczka wokół kadry oraz to, co się o reprezentacji pisze, ma prostą przyczynę: w końcu zaczęliśmy dobrze grać, osiągać dobre wyniki. Zaczęliśmy udowadniać, że ten zespół stać na osiągnie bardzo dobrych rezultatów. Pniemy się o kolejne pozycje w rankingu, zdobywamy kolejne punkty w eliminacjach, więc w przyszłość patrzę nastawiony bardzo pozytywnie.
Po powrocie do klubu ze zgrupowania, podczas którego udało nam się ograć Niemców, jakie były pierwsze reakcje kolegów z drużyny? Było zdziwienie, wszyscy zastanawiali się, jak to w ogóle było możliwe, że Polska mogła wygrać z Niemcami, mistrzami świata. Ale wiele gratulacji nie usłyszałem, wiadomo, jaki jest naród niemiecki. Oni ten mecz nazwali wpadką, ale gdy prześledzi się występy niemieckiej kadry na początku eliminacji, widzi się, że tych wpadek było trochę więcej.
Jaka jest w ogóle pana sytuacja w kadrze? Był pan w niej próbowany i na prawej, i na lewej stronie obrony. Jak przedstawił to panu selekcjoner? Dla mnie najważniejszy jest sam fakt bycia w kręgu zainteresowania selekcjonera i w ogóle obecność w szerokiej kadrze. To, że gram i na lewej, i prawej stronie obrony, to nic nowego, przecież jest tak od dobrych kilku lat. Przyjęło się już, że w moim przypadku trenerzy mają wybór. Odkąd trener Adam Nawałka rozpoczął pracę z kadrą, w każdej rozmowie daje mi do zrozumienia, że cały czas bierze mnie pod uwagę i na dwójkę, i na piątkę, czyli na boki obrony.
Po ostatnich meczach kadry można było dojść do wniosku, że pana pozycja w drużynie nie jest zbyt mocna. Nie dość, że na prawej obronie Nawałka ma do dyspozycji Łukasza Piszczka i Pawła Olkowskiego, to na lewej obronie świetnie zaczął się prezentować Artur Jędrzejczyk. Tyle tylko, że doznał bardzo poważnego urazu, przez co pana akcje znów wzrosły. Jak czuje się pan, balansując na granicy obecności w tym zespole? Życzę każdemu zawodnikowi, żeby omijały ich kontuzje, bo wiem po sobie, jak piłkarz cierpi, gdy nie może trenować z resztą drużyny. Taka jest jednak piłka. Każdy piłkarz w swojej karierze miał chociaż krótki epizod, gdy musiał walczyć o miejsce w składzie albo w kadrze, gdy musiał umacniać swoją pozycję. Każdy z nas chciałby grać, ze mną nie jest inaczej, ale nie zajmuję sobie głowy takimi sprawami, nie rozmyślam na ten temat.
Z selekcjonerem Nawałką często pan rozmawia? Jak wygląda kontakt ze sztabem kadry? Zdarza się, że selekcjoner do mnie dzwoni, pyta, co słychać. To naturalne, że trener chce mieć informacje z pierwszej ręki. Zdarza się także, że ktoś ze sztabu przylatuje na moje mecze. Trener Nawałka dokładnie monitoruje występy wszystkich piłkarzy.
Powrót po zimowej przerwie i pierwszy mecz eliminacyjny w nowym roku będą kluczowe w kontekście walki o awans do Euro 2016? To na pewno będzie bardzo ważny mecz, ale później czekać nas będzie jeszcze kilka innych, bardzo trudnych spotkań. Będziemy musieli zagrać przecież na wyjeździe nie tylko z Irlandią, ale także Szkocją czy Niemcami.
Kumpluje się pan z Robertem Lewandowskim? Macie przecież okazję widywać się częściej przez to, że mieszkacie w jednym mieście. Zresztą znacie się jeszcze z czasów wspólnej gry w Lechu. Oczywiście! Jeśli tylko czas na to pozwala i mamy wolną chwilę, dzwonimy do siebie i spotykamy z rodzinami na kolacji. Roberta znam już od dłuższego czasu i mogę śmiało powiedzieć, że mimo wskoczenia na najwyższą półkę piłkarską – bo to przecież gwiazda ze ścisłego topu – został naprawdę normalnym człowiekiem, takim, jakim był jeszcze w Poznaniu. Gdy się z nim znasz i spotykasz na kolacji, rozmawiasz z nim o najróżniejszych sprawach, nie czujesz, że jest to ten wielki Robert Lewandowski, ta gwiazda Bayernu i jeden z najlepszych zawodników na świecie.
Monachium to dobre miejsce do życia? Żyję już tutaj jakiś czas, zdążyłem poznać miasto i okolice. Miasto jest piękne, na dodatek daje wiele możliwości spędzania wolnego czasu. Najpopularniejszym i chyba ogólnie najbardziej znanym miejscem w Monachium jest Ogród Angielski, potężny park w centrum miasta z rzeczkami i strumyczkami. Gdy pogoda dopisuje, zawsze są tam tysiące ludzi. Jeśli ktoś jeszcze tutaj nie był, polecam wszystkim zwiedzenie Monachium. Poza tym wystarczy spędzić godzinę w trasie i jest się już w górach, co dla fanów zimowych sportów ma tutaj duże znaczenie.
Nie żal będzie opuszczać tego miejsca i wracać do polskiej ligi? Przede wszystkim żadne decyzje jeszcze nie zapadły. Będę je jednak podejmował, mając na uwadze zarówno kwestie piłkarskie, jak i rodzinne. Wszystko powinno się już niedługo wyjaśnić.
Cały wywiad do przeczytania także w najnowszym numerze tygodnika „Piłka Nożna”
Kacper Potulski to jeden z młodych Polaków wzbudzających w ostatnim czasie największe emocje. 18-latek przebojem wdarł się do pierwszej drużyny Mainz, zbierając dobre recenzje.