Gdziekolwiek trafi, staje się filarem, bo takim mianem można określić
zawodnika zaliczającego w klubie ponad sto występów. W węgierskiej
PuskasAkademii właśnie rozpoczął piąty sezon. I to w bardzo dobrym stylu.
Jak dotąd nie miałem powodów, żeby często zmieniać kluby. W każdym zespole, u różnych trenerów, występowałem regularnie – podkreśla Golla. – Stabilność korzystnie wpływa na karierę. A jeśli zawodnik gra dużo, jest szczęśliwy.
Wyjeżdżając na Węgry, brał pan pod uwagę, że ten etap może potrwać aż tak długo?
Kiedy przenosiłem się ze Śląska, klub proponował umowę dwa plus jeden. Ostatecznie podpisaliśmy dwuletni kontrakt, tak jak chciałem. Plan zakładał prolongatę współpracy, co nastąpiło w styczniu 2024 roku. Przedłużona umowa wygasała po sezonie 2025-26. Klub był ze mnie zadowolony, mi jest tutaj dobrze, więc ponownie doszliśmy do porozumienia. Cieszymy się, że zostaliśmy i wszystko jest w porządku. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że wciąż będę w tym miejscu. Raczej zakładałem, że wrócę po czterech latach. Tyle że nie czułem konieczności powrotu do Polski. Nie widziałem w tym sensu, skoro wszystko mi odpowiada, a sprawy w klubie są poukładane.
Obrał pan kierunek niestandardowy dla piłkarzy opuszczających Ekstraklasę. Czym w 2022 roku przekonała pana opcja węgierska?
Decydująca okazała się determinacja klubu. Chcieli mnie pozyskać już wcześniej, jednak wtedy urodził się nasz syn. Uznaliśmy z żoną, że w tych okolicznościach zostajemy we Wrocławiu. Przedłużyłem wówczas kontrakt. Po dwóch latach Węgrzy zgłosili się ponownie. Wykonałem kilka telefonów, dowiedziałem się więcej o Puskas Akademii i stwierdziłem, że zmiana otoczenia będzie dobrym pomysłem. Postawa klubu była imponująca, zwłaszcza że miałem za sobą długą przerwę spowodowaną kontuzją – po podpisaniu nowej umowy ze Śląskiem zerwałem więzadła krzyżowe.
Druga zagraniczna próba okazuje się łatwiejsza?
Przypadła na inny etap kariery. Kiedy 11 lat temu jechałem do Holandii, myślałem o spróbowaniu sił w super lidze, a w dalszej perspektywie może trafieniu gdzieś wyżej. Z kolei opuszczając Polskę po raz drugi, byłem już doświadczonym, 30-letnim, gotowym do grania zawodnikiem. Prawie od początku występuję regularnie, czuję się bardzo dobrze. Nie mam powodów do narzekań.
Eredivisie ma opinię ligi promującej napastników. A jakie są rozgrywki na Węgrzech?
Liga jest podobna do polskiej, lecz – w mojej ocenie – minimalnie słabsza pod względem jakości zawodników. Różnica dotyczy także intensywności. Śledzę Ekstraklasę i z tego, co widzę, znacznie się rozwinęła od czasu mojego wyjazdu. Z zewnątrz liga wygląda bardzo dobrze. Inna kwestia to otoczenie rozgrywek. Brakuje mi na Węgrzech atmosfery meczu, dużej publiczności. Mocne zaplecze kibicowskie charakteryzuje tylko Ferencvaros oraz Ujpest. Reszta klubów ma w tym zakresie problem. Przyjeżdżając na pozostałe stadiony, nie czuć, że za chwilę coś się będzie działo. Trudno mówić o atmosferze, kiedy na trybunach są dwa tysiące osób.
Czy z punktu widzenia obrońcy liga węgierska jest pod jakimś względem szczególnie wymagająca?
Występują tu napastnicy o zróżnicowanych profilach. Natomiast zazwyczaj są to wysokie, silne dziewiątki. W związku z tym nie brakuje dośrodkowań w pole karne. Sporo jest też walki fizycznej, ale przyzwyczaiłem się do niej w Ekstraklasie. Inaczej było w Holandii – tamtejsze rozgrywki stanowią dla defensywnego zawodnika potężne wyzwanie, obrońca nie ma łatwego życia ze skrzydłowymi i napastnikami, dla których Eredivisie przeważnie jest tylko przystankiem.
Dwumecz wicemistrzów: Ferencvarosu i Górnika Zabrze, można uznać za pewien wyznacznik, jeśli chodzi o porównanie lig?
Kiedy pojawiłem się na Węgrzech, Ferencvaros był bardzo mocny. Obecnie dysponuje słabszą kadrą niż parę lat temu. W pucharach mają pełną dowolność, ale w lidze muszą kombinować: od poprzedniego sezonu obowiązuje wymóg posiadania w wyjściowym składzie pięciu Węgrów, w tym jednego młodzieżowca. A to głównie obcokrajowcy stanowili o sile Ferencvarosu. Uważam, że Górnik był lepszy, zwłaszcza w rewanżu. Polska drużyna zasłużyła na awans.
Czy w pańskim klubie wiele jest odniesień – nie tylko poprzez nazwę – do postaci legendarnego Ferenca Puskasa?
Można je spotkać niemal na każdym kroku. Puskas jest upamiętniony na wszelkie sposoby. Zarówno w budynku klubowym, w ogromnej siłowni, jak i w hotelu znajdującym się przy stadionie właściwie wszystko jest tytułowane jego nazwiskiem.
Czy będąc w środku, odczuwa się, że Puskas Akademia to projekt nadal budowany, wciąż tworzący swoją tożsamość?
Klub powstał w 2005 roku, ponadto jest zlokalizowany w Felcsut, wsi znajdującej się 40 kilometrów od Budapesztu. To może stanowić kłopot pod względem budowania bazy kibiców. Natomiast dla rozwijania talentów to znakomite miejsce. Młodzież jest poza wielkim miastem, koncentruje się wyłącznie na futbolu. A przede wszystkim pracuje w fantastycznych warunkach. W ośrodku każdy element jest zorganizowany, masz na wyciągnięcie ręki dosłownie wszystko: od boisk po przestrzeń do regeneracji. Poznałem kilka klubów i nigdzie nie widziałem bazy treningowej na tak wysokim poziomie. Nawet w Holandii takich nie było. Kapitalne zaplecze ma służyć przygotowywaniu wychowanków do wyzwań w profesjonalnej piłce. Zaczynają pojawiać się pierwsze efekty: na przykład bramkarz Armin Pecsi podpisał kontrakt w Liverpoolu. Podejrzewam, że wkrótce na dużą europejską scenę będą przebijać się kolejne talenty.
Jak specyficzny, małomiasteczkowy klimat wpływa na codzienność piłkarzy?
Kiedy zaprosiłem znajomych, mówili, że czuli się, jakby jechali na mecz Termaliki Nieciecza. Gigantyczny ośrodek ze stadionem jest centralnym punktem miejscowości. Młodzi zawodnicy, wychowankowie akademii, spędzają na terenie bazy treningowej całą dobę. Węgrzy są podzieleni między Budapesztem a Szekesfehervar, z kolei wszyscy zagraniczni piłkarze wybierają stolicę. Żyje nam się bardzo dobrze, to super miasto, w którym czujemy się komfortowo. Mieszkamy na obrzeżach, nie pchaliśmy się do centrum, ale możemy tam dotrzeć w 15 minut. Szukałem takiej lokalizacji, aby można było bez trudu dostać się na autostradę. Dzięki temu droga do klubu zajmuje mi pół godziny.
W wolnym czasie bywa pan w centralnej części Budapesztu czy już wszystko zostało tam zwiedzone?
Z atrakcji turystycznych nic nie zostało nam do zobaczenia. Nawet odwiedzający nas goście zdążyli już wszystko obejrzeć. A kiedy wybierzemy się z rodziną na miasto, zawsze gdzieś usłyszymy język polski. Sporo rodaków mieszka również w Budapeszcie na stałe.
Jeżeli chodzi o rozpoznawalność piłkarzy, Węgry da się zestawić z Polską?
Bez porównania. Na początku byłem totalnie anonimowy. Ostatnio zauważyłem, że po czterech latach występów w lidze niektórzy rozpoznają mnie na ulicy. Problem z wyjściem do miasta prawdopodobnie mają zawodnicy Ferencvarosu czy Ujpestu.
Co, oprócz szkolenia młodzieży, składa się na filozofię Puskas Akademii?
Celem sportowym zawsze są europejskie puchary. W poprzednim sezonie nie udało się do nich zakwalifikować, mam nadzieję, że w obecnym będzie inaczej. Niedawno doszło do zmiany trenera. Zsolt Hornyak pracował bardzo długo, osiągając pozytywne rezultaty, natomiast przed sezonem klub podjął decyzję o powierzeniu zespołu w ręce Levente Babo. Szkoleniowiec wszedł do szatni ze świeżym pomysłem na grę, wniósł nową motywację. Wszyscy są zadowoleni, współpraca ze sztabem przebiega wzorowo. Dobrze ruszyliśmy, nasz dorobek na starcie rozgrywek jest niezły. Twardo stąpamy po ziemi i pracujemy dalej.
Należy pana postrzegać jako jednego z liderów zespołu?
Wypracowałem sobie mocną pozycję w klubie, czuję się szanowany. Gram w każdym spotkaniu, jestem jednym z najstarszych piłkarzy. Mamy w kadrze sporo doświadczenia, zarówno w gronie obcokrajowców, jak i Węgrów, wśród których są reprezentanci kraju. Jednocześnie następuje systematyczne wprowadzanie młodzieży. Aktualna drużyna jest mocna, a przy tym odpowiednio zbalansowana.
Droga do obecnego statusu nie była łatwa. Wspomnienie pierwszych miesięcy w klubie sprawia, że satysfakcja jest jeszcze większa?
Po dwóch tygodniach okresu przygotowawczego doznałem kontuzji. Znalazłem się w trudnym położeniu: przychodzi nowy zawodnik, są wobec niego konkretne oczekiwania, a tu nagle uraz i człowieka nie ma. Ze strony klubu mogły pojawić się wątpliwości, bo nie wyglądało to dobrze. Zmagania trwały bardzo długo, leczenie rozciągało się w czasie, straciłem pół roku. Na szczęście w końcu uporałem się z problemami zdrowotnymi. Wskoczyłem do składu mniej więcej w połowie sezonu i tak już zostałem. Z dzisiejszej perspektywy szczególnie cieszy fakt, że klub mi zaufał i dał szansę. Cały czas staram się za to odwdzięczać.
Mecz przeciwko Fiorentinie, z golem na wagę remisu 3:3, to najbardziej pamiętny z dotychczasowych występów w Puskas Akademii?
Przygodę w eliminacjach Ligi Konferencji 2024-25 zaczęliśmy nietypowo, gdyż… awansem bez gry. Wylosowaliśmy ukraińskie Dnipro, które nie przystąpiło do rozgrywek, ponieważ klub zbankrutował. Następnie przeszliśmy Ararat-Armenia. Została nam ostatnia runda przed fazą ligową, do której wejście stanowiłoby gigantyczny sukces. Lecąc do Włoch, byliśmy skazywani na porażkę. Tymczasem po kwadransie spotkania we Florencji prowadziliśmy 2:0. Co jest? – pytaliśmy samych siebie. W ogóle nie czuliśmy się słabsi od Fiorentiny. Skończyło się wynikiem 3:3, remis padł także w rewanżu. W dogrywce przeciwnicy grali w osłabieniu po czerwonych kartkach, jednak zastosowali włoską defensywę i dotrwali do karnych. Wiele kosztował mnie ten dwumecz, po odpadnięciu w takich okolicznościach dochodziłem do siebie przez trzy dni.
Polskie trio znów nie zawiodło! FC Porto rozbiło Benfikę w hicie
Polskie trio w FC Porto znów ma powody do zadowolenia. Smoki pokonały Benfikę 3:1 w hicie portugalskiej ligi i po siedmiu kolejkach nadal mają komplet punktów.
Lewandowski o sprzeczce z De Paulem. „Nie pozwolę na brak szacunku wobec swojej ojczyzny”
Podczas niedawnego spotkania pomiędzy Chicago Fire a Interem Miami Rodrigo de Paul wdał się w sprzeczkę z Robertem Lewandowskim, co uchwyciły kamery. W rozmowie z portalem "WP Sportowe Fakty" kapitan reprezentacji Polski zdradził kulisy tego zajścia.