Przypadek Luisa Figo, w 2000 roku porzucił Barcelonę i przyjął dobrze opłacaną służbę w Realu, znany jest na całym świecie. Ale Portugalczyk nie jest jedynym w dziejach Primera Division zawodnikiem, który zasłużył na miano zdrajcy.
Luis Figo to bohater jednej z największych zdrad w hiszpańskim futbolu.
Co uważane jest w Hiszpanii za wielką, futbolową zdradę? Przejście z Barcelony do Realu, bądź na odwrót, transfer z Atletico do Realu, z Betisu do Sevilli, z Realu Sociedad do Athletiku Bilbao oraz z Celty Vigo do Deportivo La Coruna bądź na odwrót. Inne transfery między zwaśnionymi, zazwyczaj sąsiadującymi ze sobą klubami mają wymiar li tylko lokalnych sensacji – jak na przykład dokonana latem 2019 roku zdrada pomocnika Levante – Jasona, który podpisał kontrakt z Valencią, więc pominiemy je tutaj.
Via Meksyk
Hugo Sanchez już jako dwudziestolatek miał dobre oferty z Europy, ale pragnął dokończyć studia stomatologiczne i nie chciał opuszczać ojczyzny. W 1980 roku bardzo mocno na jego transfer nastawał Arsenal, ale wtedy do gry weszło Atletico, które obiecało zawodnikowi transfer za rok, jeśli odmówi Anglikom, co też uczynił. Jednak w 1981 roku Los Colchoneros po raz pierwszy wystawili Meksykanina do wiatru, bo zdecydowali się zaledwie na wypożyczenie bramkostrzelnego napastnika. Ponadto gdy Sanchez nie potrafiąc odnaleźć się w taktyce opartej na kontratakach, rozczarował w swym pierwszym sezonie, grając tylko ogony, został postawiony przed wyborem: obniżka zarobków o połowę i wykupienie przez Atletico albo odesłanie do Meksyku. Zacisnął zęby i podpisał nowy kontrakt, jednocześnie wyrzucając klub znad Manzanares z serca. Odtąd był on dlań tylko pracodawcą. Kolejne trzy sezony okazały się dla niego znakomite. Po drugim z nich – 1983-84 – uzgodnił już warunki przejścia do Barcelony, ale jej nowy trener Terry Venables zrezygnował z niego, w zamian każąc sprowadzić Szkota Steve’a Archibalda. Rok później, latem 1985 roku, do zawodnika zgłosił się Real. Jednak oczywiście prezydent Atletico, Vicente Calderon, nie zamierzał sprzedawać idola kibiców do największego rywala. Sanchez zaś nie chciał stracić życiowej szansy tylko po to, by nie zdenerwować szefa klubu, który go dwa razy brzydko potraktował oraz jego kibiców. Wymyślił zatem obejście tej swoistej bariery nienawiści. Skontaktował się z prezydentem meksykańskiego klubu UNAM, Guillermo Aguilarem Alvarezem i zaproponował interes: Pumy kupują go z Atletico i zaraz sprzedają do Realu, oczywiście kasując swoją dolę. Tak też się stało: 4 lipca UNAM za 200 milionów peset pozyskał snajpera z Atletico, a 12 lipca sprzedał go za 250 milionów do Realu. 19 lipca na prezentację Sancheza przyszło na Santiago Bernabeu 50 tysięcy kibiców Los Merengues. Zemsta Sancheza na Atletico się dokonała.
Zbuntowany Anioł
Pierwszym wielkim zawodnikiem, który zdradził Barcelonę dla Realu był Bernd Schuster. Niemiec długo żył w stolicy Katalonii jak pączek w maśle, gdyż nawiązał osobiste relacje z prezydentem Josepem Luisem Nunezem. Wraz z żoną, sporo od niego starszą panią Gaby, byli częstymi gośćmi w jego rezydencji. Wydawało się, że spędzi na Camp Nou całą karierę.
7 maja 1986 roku na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan w Sewilli Barcelona rozgrywała finał Pucharu Mistrzów ze Steauą Bukareszt. Było 0:0, zbliżała się dogrywka. W 85 minucie trener Barcy, wspomniany Venables, zdjął z boiska Schustera. – Chciał zdobyć Puchar Mistrzów beze mnie, żeby mnie upokorzyć – opowiadał po latach Schuster. Niemiec spakował torbę, wyszedł ze stadionu, złapał taksówkę i kazał wieźć się do hotelu. – Przecież pan powinien być na boisku – miał powiedzieć kierowca.
Następnego dnia Nunez oświadczył Niemcowi, że nie zagra już nigdy w Barcelonie, ale też nie dostanie zgody na odejście. I w rozgrywkach 1986-87 zawodnik ani razu nie pojawił się na boisku, by jednak w kolejnych na nie wrócić – wybaczono mu. Kiedy wygasł jego kontrakt z Barcą, zamiast podpisać nowy, zaczął się procesować z szefem klubu o pieniądze. No i odszedł do Realu. Prezydent Ramon Mendoza ugiął się przed żądaniami trenera Leo Beenhakkera, ale szczęśliwy nie był, gdyż pamiętał, że po wygranym przez Barcelonę finale Pucharu Króla w 1983 roku Schuster obrażał Real. Mendoza podpisał z nim umowę, ale potem traktował jak powietrze.
Na Santiago Bernabeu Niemiec spędził zaledwie dwa lata, by przenieść się do Atletico, też w nietypowych okolicznościach. Po sezonie 1989-90 Los Blancos mieli udać się na tournee po Stanach Zjednoczonych, co nie spodobało się żonie Schustera. Pani Gaby wtargnęła do gabinetu prezydenta z żądaniem wydania jej paszportu męża, który „nigdzie nie pojedzie”. Oczywiście zlekceważono jej opór, Biały Anioł poleciał do USA, ale w klubie zapadła decyzja, iż należy się go pozbyć. Jednego dnia Bernd rozwiązał kontrakt z Realem, drugiego podpisał umowę z… Atletico.
Co ciekawe, Biały Anioł po kilku latach rozstał się z panią Gabi i związał ze sporo młodszą od siebie Eleną Blasco. Mają dwóch synów, ślub wzięli w 2012 roku.
Ryzykowna umowa
W Realu od wielu lat istniał zwyczaj, że każdy kandydat na prezydenta obiecywał kibicom transfer gwiazdy. Florentino Perez wymyślił w 2000 roku Luisa Figo, gdyż Portugalczyk uchodził za najlepszego piłkarza na świecie, a Flo chciał właśnie takich kupować. Oczywiście nie bez znaczenia było też to, że grał w Barcelonie i cieszył się wielką miłością jej fanów. W dodatku wymieniając jego nazwisko, Perez ustawiał się na kontrze do swego rywala, Lorenzo Sanza, który nazwał kiedyś Figo bardziej aktorem niż piłkarzem.
Operacja wykradzenia Barcelonie jej pieszczoszka wydawała się niewykonalna, ale wcale taka nie była. Figo nie był zadowolony z zarobków, a że w FCB też trwała kampania wyborcza, nie miał mu kto obiecać podwyżki. Perez był pewny swego: oświadczył, że jeśli zostanie wybrany i nie sprowadzi Figo, zapłaci roczne składki za wszystkich socios. Jednocześnie podpisał z zawodnikiem następującą umowę: Figo dostał 3,3 miliona euro za złożenie zobowiązania do przejścia do Realu, jeśli Florentino wygra wybory, ale gdyby w takiej sytuacji odmówił, musiałby zapłacić 30 milionów kary. Futbolista sądził, że Perez przegra, a on zarobi na czysto trzy bańki z hakiem. Tymczasem Florentino zwyciężył niewielką liczbą głosów.
Figo nie chciał w 2000 roku odchodzić z Barcelony. Walczył tylko o podwyżkę, której odchodzący prezydent Josep Luis Nunez nie zamierzał mu dawać. – Traktowałem ofertę z Realu tylko jako atut w negocjacjach z Nunezem – opowiadał po latach. Jednak groźba zapłacenia 30 milionów odszkodowania Perezowi oczywiście wywarła skutek. Gdy mimo niej zawodnik wciąż się wahał i niezdecydowany, co dalej robić, pojechał na wakacje, decyzję za niego podjął agent, Jose Veiga. Zadeklarował na Camp Nou, że jego klient zrywa negocjacje. Perez natychmiast, zanim władze przejął nowy prezydent Joan Gaspart, zapłacił 60 milionów euro i dopiął celu. Figo przerwał urlop i poleciał na prezentację w nowym klubie. – Największa kradzież w historii Barcelony stała się faktem – pisała na okładce „Marca”.
– Przejście do Madrytu było kluczowym momentem kariery. Przybywałem tam, by zdobywać kolejne tytuły, zwiększać swój prestiż. I zarabiać więcej. Ten transfer był docenieniem mojej klasy. Nigdy go nie żałowałem – powiedział po latach. Nie zrobił na nim wielkiego wrażenia ani rekord świata pod względem głośności gwizdów pobity na Camp Nou podczas jego pierwszej wizyty na tym stadionie w białej koszulce Realu w 2000 roku, ani kanonada z trybun podczas drugiej, w 2002, kiedy usiłowano go trafić takimi przedmiotami jak butelki po whisky czy głowa świni.
Nie wiadomo natomiast czy nie żałował Perez, tak czuły na punkcie honoru. W książce „Real Madryt. Królewska era Galactico” postawiłem tezę, że tak naprawdę pogardzał piłkarzem, który dla pieniędzy wyrzekł się klubu, gdzie go kochano. Wielki Flo nigdy więcej nie próbował nawet na poważnie ukraść innej gwiazdy Barcelonie. O tym, że Figo był dla niego nikim, świadczy sposób, w jaki Real się z nim pożegnał, ale to już temat na inną opowieść.
Niezadowoleni
W Barcelonie jako odpowiednik historii z Figo do dziś uważa się wykradzenie klubowi z Madrytu Luisa Enrique. Latem 1996 roku będący u szczytu powodzenia Asturyjczyk nie porozumiał się z Los Blancos w sprawie przedłużenia umowy, bo chciał zarabiać więcej, niż mu proponowano. Skorzystała z tego Barca, spełniając życzenia zawodnika. Oczywiście kibiców Realu śmieszy takie stawianie sprawy: gdzie bowiem Luisowi z Hiszpanii do Luisa z Portugalii?
Historia LE mogłaby się ewentualnie równać z przejściem z Barcelony do Realu Michaela Laudrupa. Duński gwiazdor wiele razy powtarzał, grając na Camp Nou, że na pewno nie wystąpi nigdy w innym hiszpańskim klubie. Jednak po tym, jak obwiniono go za nieudaną końcówkę sezonu 1993-94 (w którym wszakże Barca przy jego udziale rozbiła Real 5:0) zmienił zdanie. Nie przedłużył wygasającego kontraktu, pogodził się z koniecznością zapłaty klauzuli o odszkodowaniu w wysokości 200 milionów peset w wypadku podpisania umowy z innym hiszpańskim klubem i związał się z Realem. Na Santiago Bernabeu spędził dwa sezony, a w pierwszym przyczynił się do… triumfu 5:0 nad wielkim rywalem. Zatem w połowie lat 90. kto miał Laudrupa, miał władzę w El Clasico.
W Andaluzji
W Sewilli za największą zdradę w historii miasta uchodzi przejście w 1988 roku reprezentacyjnego obrońcy Diego Rodrigueza z Betisu do Sevilli po siedmiu latach gry dla verdiblancos. Tłumaczyć go może jedynie to, że pochodzi z Teneryfy, więc nie wyssał z mlekiem matki miłości do jednego, ani nienawiści do drugiego z sewilskich klubów. Niemniej gdy powiedział kolegom z Betisu, co planuje, ci go ostrzegali nawet przed bezpośrednim niebezpieczeństwem. – Wiedziałem, że dużo ryzykuję, zarówno jeśli chodzi o siebie, jak i o rodzinę. Ale ten krok był istotny ze względu na sportowy rozwój, a ja byłem profesjonalistą. Moja decyzja nie była motywowana powodami finansowymi. Gdyby zależało mi tylko na pieniądzach, poszedłbym do Atletico, które też mnie chciało. Chodziło o to, że chciałem zostać w mieście. Podjąłem decyzję ze świadomością jej konsekwencji, wiedząc, co będą do mnie czuli kibice Betisu – opowiadał po latach twórcom filmu o nim zrealizowanego w ramach cyklu „90 lat La Liga – najpiękniejsze historie” (kolejne odcinki emitowane są w soboty od godziny 14 w Canal+ Sport).
Wiadomość o decyzji kapitana Betisu została opublikowana przez „Diario de Sevilla” dzień po meczu z Las Palmas, w którym zwycięstwo zapewniło verdiblancos utrzymanie się w lidze. W mieście zawrzało, fani Betisu demonstrowali. Klub kibica jego imienia natychmiast zmienił patrona. Do dziś tamto wydarzenie stanowi dla nich wielką traumę, jednak zawodnik nie spotkał się nigdy z aktem fizycznej agresji. Mieszka do dziś w stolicy Andaluzji, w dodatku przyznaje się do cieplejszych uczuć żywionych do… Betisu. – Nigdy nie powiedziałem i nie powiem złego słowa o jego kibicach. Gdy Betis nie radził sobie zbyt dobrze, spadł nawet do drugiej ligi, na stadion przychodziło coraz więcej kibiców. Fani wspierają klub bezwarunkowo. To jest piękne. Natomiast jeśli Sevilla grała gorzej, natychmiast spadała frekwencja na trybunach. Wierniejsi są fani Betisu – utrzymuje.
W Galicji i w Kraju Basków
Równie słynną rywalizacją jak Gran Derbi są zmagania Celty i Deportivo. Na przestrzeni dziejów tylko 21 zawodników grało w obu klubach z Galicji. Do bezpośrednich transferów dochodziło bardzo rzadko – z obawy przed rozruchami. Najbardziej bolesna historia łączy się z przejściem w 2001 roku Gorana Djorovicia z Celty do Deportivo. Wcześniej chciał go pozyskać Arsenal, ale Goran odmówił, gdyż Kanonierzy nie chcieli razem z nim wziąć jego brata bliźniaka Zorana, który w piłkę grał o wiele słabiej. Serb od 1997 roku był filarem ekipy z Vigo, jednak uległ namowom agenta, byłego gracza Deportivo Miroslava Vujadinovicia i zgodził się, by klub z La Coruni, będący wówczas w europejskiej czołówce, zapłacił jego klauzulę odejścia. W nowym klubie zupełnie mu się nie powiodło, prześladowały go kontuzje.
Djorovicia do przenosin do Deportivo prócz agenta nakłonił też trener, który w Celcie wydobył z niego pełnię klasy, a w 2001 prowadził Depor, mianowicie Jabo Irureta. Tak naprawdę właśnie decyzja tego szkoleniowca o zmianie Vigo na La Corunę najmocniej rozgrzała fanów klubów z Galicji. Stało się to w 1998 roku, w dosyć ciekawych okolicznościach. Bask, który na początku lat 80. musiał zakończyć karierę z powodu kontuzji pachwiny, prowadził Celtę Vigo i szefowie byli z niego bardzo zadowoleni, zaproponowali przedłużenie umowy. Wtedy jednak prezydent Deportivo, słynny Augusto Cesar Lendoiro, położył na stolę wyższą pensję i Irureta po prostu zostawił dotychczasowy klub, co jego kibice potraktowali oczywiście jako straszliwą zdradę.
– Wcale nie było tak – mówił po latach trener w rozmowie z vavel.com. – Mimo udanego sezonu szefowie Celty zaproponowali mi tylko roczny kontrakt. Po dwudziestu latach nieobecności wprowadziłem ten klub do europejskich pucharów, więc spodziewałem się czegoś więcej. Tymczasem od Lendoiro dostałem do podpisania umowę dwuletnią. Wiedziałem, że będę mógł tam tworzyć całkiem nowy, autorski projekt.
W dzisiejszych, dosyć cywilizowanych, jeśli chodzi o hiszpański futbol, czasach, zawodnikowi, który zmieni klub w obrębie jakiejś klasycznej czy derbowej rywalizacji, nie grożą poważne konsekwencje. Przekonuje o tym przypadek Inigo Martineza, który 30 stycznia 2018 roku zdeponował w siedzibie La Liga klauzulę odejścia z Realu Sociedad wynoszącą 32 miliony euro, a następnego dnia podpisał kontrakt ze znienawidzonym w Donostii Athletikiem Bilbao. Kibice RSSS byli zniesmaczeni, wszak stopera i lidera zespołu łączył z ich klubem kontrakt obowiązujący do 2023 roku, na nim opierano budowę drużyny, kończyło się okno transferowe, a zawodnik w 2014 roku publicznie oświadczył, że przenigdy nie przejdzie do ekipy z Bilbao… Jak zapewniał piłkarz, na jego decyzji zaważyły tyleż kwestie finansowe, co sportowe. – Bardzo w ostatnich dniach cierpiałem. Wiedzą o tym moi najbliżsi. To nie była łatwa decyzja, ale w końcu poszedłem za głosem instynktu. Podjąłem decyzję najlepszą dla siebie – mówił podczas prezentacji.
Portal „El Espanol” nazwał wtedy Inigo Martineza następcą Figo, co pokazuje, jaki ciężar gatunkowy miała jego decyzja. Wcześniej zdarzało się, że Athletic porywał najzdolniejszych wychowanków ośrodka Zubieta (jak w 2005 roku Ibana Zubiaurre), lecz nigdy wcześniej nie sięgnął po postać tego formatu jak IM. Reakcją władz Sociedad na decyzję zawodnika była pewna akcja, która bardzo spodobała się kibicom. Otóż każdy z nich mógł do klubowego sklepu przynieść koszulkę z numerem i nazwiskiem Inigo Martineza, a w zamian dostać inną. Fani masowo korzystali z oferty.
Pewnym rodzajem zemsty była sprawa Mikela Oyarzabala, kolejnego znakomitego zawodnika Sociedad, na którego zagiął parol Athletic. Latem 2019 roku szefowie Lwów ogłosili, że są skłonni zapłacić klauzulę odejścia zawodnika w wysokości 60 milionów euro (dla Athletiku, dla pozostałych klubów wynosiła ona 50), a jemu samemu zaoferować prawdziwe królewskie warunki zatrudnienia: siedmioletni kontrakt i progresywne zarobki, zaczynające się od kwoty pięciu milionów netto za pierwszy sezon, podczas gdy w Sociedad miał zaledwie dwa i pół. Jednak podobnie jak przed dwoma laty, kiedy Athletik posunął się do tego, że rozpoczął sekretne rozmowy z ojcem zawodnika, by ten wpłynął na potomka, plan spalił na panewce. Sociedad bowiem też nie jest klubem ubogim i zdołał zaproponować Oyarzabalowi przedłużenie kontraktu na warunkach, które go zadowoliły. Młody skrzydłowy od tego czasu przy każdej okazji manifestuje przywiązanie do barw txuri-urdin oraz nie szczędzi uszczypliwości ekipie z Bilbao.