Cudem nie spadli z A-klasy. Żyją w pięknym miejscu kochanym przez turystów, ale właściwie nie mają nawet swojego boiska. Sto tysięcy złotych musi starczyć na cały rok. Transferów nie robią, a przynajmniej nie takie, jakie zna świat futbolu. Kilka lat temu „sprzedali” jednego zawodnika – za puszkę farby. Oto Orły Kazimierz.
(fot. Robert Neumann/Reuters/Forum)
Jest środek lata, lodziarnia Miętowe pod Górą Trzech Krzyży – przychodzą wszyscy lub prawie wszyscy ważni dla klubu ludzie. Sami tak o sobie mówią – oczywiście z przymrużeniem oka. Mają dystans do siebie i tego co robią, choć chcieliby robić jak najlepiej. Są zatem Marcin Miturski – prezes zarządu, Bartosz Nogas – wiceprezes, Tomasz Włodek – jak sam się tytułuje: po prostu działacz, oraz Dominik Fiuk – kierownik I drużyny i przewodniczący komisji rewizyjnej. No i specjalista od statystyk, a tych Orłom zazdroszczą w całym województwie. – Kolega ze swoim zacięciem znalazłby pracę w NBA – śmieje się trójka pozostałych.
Pieniądze nie lubią ciszy
Wszyscy młodzi, najstarszy prezes, ksywka: „Baniak”. Być może od dobrej gry tzw. baniakiem, na pewno nie od Bogusława. Cała czwórka z przeszłością zawodniczą. Tak jest lepiej, bo pomaga poczuć specyfikę roboty.
O historii rozmawiać nie zamierzamy, bo po prawdzie nie ma za bardzo o czym. Klub jest młody, powstał w latach 90., nikt go postarzać nie zamierza. Ludzie związani ze środowiskiem szczycą się wręcz tym, że Orły mają tak skromny rodowód, sztucznie go więc nie wydłużają. W 1992 zawiązał się Piast Kazimierz, który grał w lidze prowadzonej przez zrzeszenie LZS. Zespół zaczął przygodę od B-klasy. Dwa lata później funkcjonował już jako Orły. Nawiązanie nazewnicze do Orłów Kazimierza Górskiego od początku było oczywiste – dowcipne, trafne, sympatyczne. Zresztą to w Kazimierzu rozegrane zostały dwa słynne mecze z drużyną oldbojów Trenera Tysiąclecia. Na pierwszy przyszło 1600 osób. Wtedy o piłkarzach z „Kazika” było stosunkowo najgłośniej. Jesienią 1998 powstał oficjalnie KKS Orły Kazimierz. Założycieli było szesnastu, w skład komitetu założycielskiego weszli panowie Ignacy Mieczysław Włodek, Robert Sulkiewicz i Apolinary Żuk.
Sportowe apogeum przypadło na ligę okręgową, więc również jakby nie ma za bardzo czym się chwalić. Kiedy zabrakło Trenera Tysiąclecia i gier z jego byłymi podopiecznymi, a szum medialny opadł, klub zaczął funkcjonować jak każdy inny na podobnym poziomie. W zupełnej ciszy, lecz niekoniecznie w zgodzie z powiedzeniem, że pieniądze lubią ciszę. Dziś są w A-klasie, a i tak są tam cudem, bo sportowo byli już jedną nogą szczebel niżej; uratowały ich regulaminowe niuanse i szczęśliwy zbieg okoliczności.
Turyści tak, ale nie piłkarscy
Klub jak klub. Mały, biedny, na tyle jednak ciekawy, jak miejsce, w którym funkcjonuje. To przecież turystyczna mekka. Przyciąga nie tylko szkolne wycieczki i szukających spokoju emerytów, lecz również lepszą klientelę z Lublina i Warszawy. Ludzi, którzy w miejscowych hotelach, pensjonatach i restauracjach, zostawiają sporo gotówki. Nie zostawiają jej jednak w klubowej kasie. Mecze A-klasy nikogo nie obchodzą, poza tym nikt przy zdrowych zmysłach szukając miejscowych atrakcji, nie pofatyguje się na stadion. Tym bardziej że na dobrą sprawę takowego w Kazimierzu nie ma. Jest kilka kilometrów za miasteczkiem – w Bochotnicy.
– To, co widać na ulicach, na rynku i w restauracjach nie ma nic wspólnego z naszym piłkarskim życiem – mówi prezes. – Utrzymujemy się z miejskich dotacji i ministerialnego programu „Klub”. Mamy dwie dotacje: jedną na około 35 tysięcy złotych rocznie, drugą w wysokości 30 tysięcy. Skąd wziąć resztę? Obecna ekipa, tak to nazwę, dopiero przejęła zarządzanie. Jakieś środki pochodzą z dwóch banerów stojących przy wjeździe na stadionowy parking, to nie są jednak duże pieniądze. Wciąż szukamy i namawiamy chętnych, by zainteresowali się losem klubu. Bo stracić wszystko jest łatwo, trudniej potem coś odbudować z niczego.
(fot. Dominik Fiuk/Orły Kazimierz)
– W przypadku dotacji trzeba pamiętać o jednym: żeby dostać powiedzmy 35 tysięcy, około 20 trzeba zapewnić sobie na własną rękę, co nie jest takie proste, zwłaszcza gdy nie ma się nic – uzupełnia Nogas.
Wspomniane dwie reklamy – Fabryki Cukierków „Pszczółka” z Lublina oraz Stacji Narciarskiej Kazimierz – przynoszą dochód symboliczny, choć w warunkach w jakich funkcjonuje klub, nie do pogardzenia. Kilka tysięcy złotych, ale bardziej dwa-trzy niż osiem-dziewięć. O szczegółach się jednak głośno nie mówi, bo może nie każdy miejscowy reklamodawca życzyłby sobie ujawniać kwoty jakimi wspiera klub.
– Kiedyś było lepiej, szczodrzej – zapewnia Włodek. – Klub skupiał więcej podmiotów gotowych go wspomagać, lecz były to czasy gry w okręgówce, czyli moment świetności Orłów. Ostro walczyliśmy wtedy o czwartą ligę, skończyło się wicemistrzostwem okręgówki. Ale to naprawdę było dawno temu, całe lata świetlne. Dziś mamy inną rzeczywistość. Myślę, że może 10 procent klubów na naszym poziomie przetrwałoby perturbacje, z którymi my musieliśmy się mierzyć. Odziedziczyliśmy przecież długi, które pojawiły się za poprzednich zarządców. One wciąż istnieją. Nie możemy ich spłacać z dotacji, które otrzymujemy. Musimy na to znaleźć własne środki. W tej sytuacji pewnie wiele podmiotów same by się rozwiązały. My tak nie chcieliśmy.
Krzesełko z nazwiskiem
Włodek to syn Włodka – Ignacego, dla przyjaciół: Mietka. Wieloletniego prezesa Orłów, człowieka oddanego klubowi. Na początku roku, Miturski, jeszcze w randze ledwie członka zarządu, na Walnym Zebraniu Sprawozdawczo-Wyborczym, które odbyło się w świetlicy Ochotniczej Straży Pożarnej w Bochotnicy, wyszedł z inicjatywą przyznania Włodkowi seniorowi tytułu honorowego prezesa Orłów. Wcześniej nikt tego zaszczytu nie dostąpił. Włodek był napastnikiem klubu z Kazimierza, jeszcze nim ten oficjalnie przyjął nazwę Orły. Potem kierownikiem drużyny, wieloletnim wiceprezesem, kilkukrotnie wybierany prezesem, przede wszystkim jednak jest współzałożycielem klubu. W każdym razie idea przeszła właściwie bez sprzeciwu, a po zebraniu rozdzielono funkcje wśród członków zarządu – prezesem został sam Miturski i teraz to on wraz ze współpracownikami głowi się co zrobić z klubem.
Roczny budżet Orłów to około 100 tysięcy złotych. To środki, które muszą wystarczyć nie tylko na działalność I drużyny, ale również czterech grup młodzieżowych. Wszyscy ćwiczą w Bochotnicy, tam są dwa boiska. Szans na przeprowadzkę do Kazimierza nie ma żadnych. Usytuowanie geograficzne i geomorfologiczne miejscowości sprawia, że ciężko zbudować tu obiekty z prawdziwego zdarzenia. Gmina również nie ma terenów, które mogłaby przeznaczyć na ten cel. W Kazimierzu jest co prawda boisko, ale dla oldbojów. Położone za wałem wiślanym, na terenie zalewowym. Za wynajem placu w Bochotnicy klub nie płaci. Boisko dzierżawi nieodpłatnie od Wspólnoty Gruntowej Wsi Bochotnica, zaś budynki klubowe (jakkolwiek by to nie brzmiało w przypadku kontenerów) czy też mówiąc precyzyjniej działkę pod nimi – od miasta. Też nieodpłatnie, kosztem jest jednak utrzymanie obiektu, o co muszą Orły zadbać same.
Teoretycznie jest niby szansa przy okazji meczu coś zarobić – sprzedać symboliczne wejściówki, kiełbasę z bułką i oranżadą. Ale klub nie prowadzi sprzedaży biletów. Kiedyś były symboliczne cegiełki (można było „rzucić co łaska” w zamian za czterostronicowy magazyn kibica „Orły do Boju”), rezerwacja krzesełek na mecze z nazwiskiem rezerwującego (najpierw chętny wykupował abonament na krzesełko, potem przywiercano do siedziska tabliczkę z jego nazwiskiem), teraz nie. Nie ma to wielkiego sensu. W latach wspomnianej świetności frekwencja była znakomita, dochodziła do pięciuset widzów, co przy trzech tysiącach mieszkańców miasta musiało budzić respekt. Dziś na obiekcie pojawia się setka, ostatnio w porywach 150. – Zysk z dnia meczowego jest zerowy, a nawet jesteśmy na minusie, bo trzeba jeszcze sędziów opłacić – kwituje prezes.
Miturski to wieloletni obrońca Orłów. Wziął się za prezesowanie, podczas gdy na co dzień zajmuje się pracą zawodową, konkretnie wspieraniem leczenia stomatologicznego z wykorzystaniem implantów. Zresztą każdy z „ważnych ludzi” ma jakieś zajęcie. Na przykład Nogas produkuje i sprzedaje lody. Inni działacze oraz – co istotne – sami piłkarze, z futbolu również się nie utrzymują. Nogasowi karierę przerwała kontuzja. Miturski do tamtego roku jeszcze grał w Orłach. Kariery jednak definitywnie nie zakończył. Deklaruje, że wciąż będzie grał, tyle że w II drużynie, a taka występować będzie w B-klasie.
(fot. Dominik Fiuk/Orły Kazimierz)
– To też ewenement w historii klubu, ponieważ zgromadziliśmy aż sześć zespołów, nigdy tyle nie mieliśmy – wylicza specjalista od statystyk, Fiuk. Sztuką było zebrać tylu dzieciaków do zespołów Orłów, skoro cała gmina liczy niespełna sześć tysięcy głów. W dodatku nieopodal są Puławy mocno drenujące okoliczny narybek. Tamże siedzibę ma mocna Wisła oraz prywatne akademie. Wystarczy kilka „transferów” do Puław i już każdy mniejszy klub, bo nie dotyczy to tylko Orłów, musi klecić od nowa. To jednak naturalna praktyka, tak jest wszędzie. Większy ośrodek zawsze będzie kusił większymi możliwościami. Na szczęście Kazimierz broni się przed zakusami Lublina – to już za daleko. Stolica województwa jest z kolei konkurencyjna dla Puław. Każdy zatem ma swojego potwora, który go zjada, a Kazimierz jest na końcu tego łańcucha i właściwie nie ma już kogo podjadać.
Nogas: – Znamienny jest przypadek jednego z okolicznych klubów, mniejsza o nazwę. Tam niedawno cała drużyna z jednego rocznika, i to wraz z trenerem, przeszła do Wisły, więc w prosty sposób ubył im jeden zespół.
Daj pan puszkę
W A-klasie pieniędzy się nie zarabia. Zawodnicy uczą się, studiują, pracują, a na boisku pojawiają się hobbystycznie. – Zwyczajnie nie mamy środków na wypłaty – wyjawia prezes.
Czasem ciężko skompletować kadrę meczową. Śluby, wesela, praca zawodowa, różne historie potrafią stanąć na przeszkodzie, by udać się na mecz. Jeśli ktoś pracuje w restauracji w Kazimierzu, to weekend jest dla niego czasem wytężonej pracy i nie zawsze jest dostępny do gry. Są też zajęcia ważniejsze od kopania piłki; w zespole jest na przykład strażak, jest również górnik z Bogdanki.
– Albo wykluczenia, w zeszłym sezonie mieliśmy aż 17 czerwonych kartek – precyzuje Fiuk.
Na mecze drużyna jeździ busem. Odległości są niewielkie, z reguły kilkanaście kilometrów, ale zdarza się i ponad 50. Gdzieniegdzie gospodarze patrzą na ekipę niebiesko-żółtych jak na gości z lepszego świata.
Włodek: – No bo wy jesteście z Kazimierza, to jesteście bogaci. Takie panuje przeświadczenie. Kiedyś, w tych świetnych czasach, faktycznie bywało różnie, właśnie bogaciej. Były zwroty za treningi, premie meczowe. Pamiętam klubowy rekord transferowy, którego bohaterem był Karol Jaruzel z Opolanina. Rok 2002, około 12 tysięcy złotych. To były kosmiczne pieniądze. Teraz jeśli płacimy, to ekwiwalenty za wyszkolenie. Czasem zdarzy się, że jakieś symboliczne dziesięć piłek trzeba kupić kontrahentowi. Raz wystarczyło, że dali nam za zawodnika puszkę farby, którą zresztą pomalowaliśmy elewację szatni po awansie do okręgówki. A ogólnie to odbywa się wszystko na zasadzie, że ktoś kogoś namówi, ktoś ma kolegę z innej miejscowości, etc…
Natomiast trenerzy mogą liczyć na normalnie płacone pensje. Mają je zapewnione, ponieważ klub starając się o dotacje miejskie musi we wniosku uwzględnić wynagrodzenia dla kadry szkoleniowej. Co ciekawe, kilku trenerów z mniejszymi lub większymi nazwiskami przewinęło się przez klub – choćby Jacek Magnuszewski, Krzysztof Rześny czy Mirosław Banaszek.
Pasja jak u Gibsona
Burmistrz Kazimierza Dolnego kłód pod nogi nie rzuca, patrzy przychylnym okiem na działalność piłkarzy. Ale znów – co z tego, skoro gmina Kazimierz jest podobno gminą zadłużoną. Odbudowa szkoły po wybuchu gazu pochłonęła duże środki, ponoć ponad 30 milionów. Tymczasem nie ma choćby Orlika, nie ma basenu.
Stadion w Bochotnicy też ma swoje problemy i do najelegantszych na wschodniej flance kraju nie należy, choć 20 lat temu był w awangardzie, tyle że gdzie indziej poszli mocno do przodu. Murawa to co prawda oczko w głowie gospodarza obiektu i coś czym warto się chwalić, ale dalej już lepiej nie zaglądać. To ma się powoli zmieniać. Na razie kompleks klubowych budynków stanowi segment kontenerów. – W tym roku zaczęliśmy już remont tej części, z której korzystają dzieciaki. Staramy się, by gmina sfinansowała powstanie zaplecza nie tylko dla klubu, ale całej społeczności – mówi Miturski. Panowie śmieją się, że wyszli już z trzeciego świata i awansowali do drugiego, w porywach może to być nawet już półtora.
Na obiekcie w miejsce starego powstaje nowe ogrodzenie. Ideą jest powiększenie ekspozycji reklamowej. Niech swój baner powiesi każdy chętny miejscowy przedsiębiorca – sklepikarz, rzeźnik, ktokolwiek. Za stówkę lub dwie miesięcznie – choćby tyle.
Prócz pieniędzy, bo to oczywiste, największym problemem Orłów są ludzie. Ci najważniejsi, czyli do grania. Namówić ich jest jednak ciężko. Trochę inaczej niż w futbolu w wydaniu reprezentacyjnym, niemal każdy klub z niższych klas ma na przykład problem z bramkarzem. Nie ma chętnych do bronienia. Bramkarz (każdy, nie mówiąc o tym, że dobry) musi więc kosztować. – Na pewno więcej niż dwie puszki farby – śmiech jest zaraźliwy.
W Kazimierzu „nikt nie mieszka”, bo tu nie ma co robić. Wyjeżdżają do szkół i do pracy. Tylko kilku zawodników z kadr juniorskich pochodzi z miasta. A mimo to w tym akurat sezonie kadra może być imponująca. Na pierwszy trening z naborem w formie otwartego meczu przyszło kilkadziesiąt osób. Ewentualny spadek z A-klasy nie równałby się końcu Orłów. To nie był i nie jest warunek ich istnienia. Gdyby jednak powinęła się noga, byłby to cios wizerunkowy i zahamowanie rozwoju młodych zawodników, którzy będą za chwilę wkraczać do dorosłego futbolu. Ale czarnych scenariuszy tutaj nikt nie pisze, z optymizmem patrzy się do przodu. Ludzie, którzy w Kazimierzu zajmują się futbolem muszą być optymistami. Poza tym są uzależnieni od piłki. To pasjonaci. – Inna sprawa, że czasem wygląda to jak pasja u Mela Gibsona – mówią z przekąsem…
Gorąco po meczu w Płocku! Prezes pojawił się w szatni
Nafciarze w bardzo słabym stylu przegrali z Arką Gdynia 0:3. To była zarazem piąta porażka z rzędu Wisły, która sprawiła, że po meczu w szatni było nerwowo.
W związku z wydarzeniami z udziałem Goncalo Feio i jego uderzeniu przez polityka, prezes klubu wraz z dyrektorem sportowym zabiorą jutro głos na konferencji prasowej.
Co się dzieje z Wisłą Płock? Arka w końcu wygrywa na wyjeździe [WIDEO]
W starciu beniaminków górą był mistrz 1. Ligi. Żółto-Niebiescy pokonali Nafciarzy 2:0 po trafieniach Dawida Kocyły oraz Vladislavsa Gutkovskisa i wydostali się ze strefy spadkowej.
Nafciarze w końcu się przełamią? Wisła Płock – Arka Gdynia [LIVE]
Starciem beniaminków zamkniemy 24. kolejkę PKO BP Ekstraklasy. Drużyna Mariusza Misiury powalczy o przerwanie serii porażek, a Arka chce wreszcie wygrać w tym sezonie mecz wyjazdowy.