Latem Jarosław Jach zdecydował się po raz trzeci wrócić do Polski. Teraz już na stałe, bo na zasadzie transferu definitywnego do Zagłębia Lubin. Dzisiaj zajmuje się nie tylko grą w piłkę, ale także rozwijaniem swoich biznesów.
(fot. Piotr Kucza/400mm)
Co się zmieniło w Zagłębiu w trakcie zimy?
Mamy nowego trenera, który wlał w nas sporo świeżej energii – odpowiada Jach. – Na pewno inaczej trenujemy niż za poprzedniego szkoleniowca. W zasadzie nigdy nie trenowałem w taki sposób jak obecnie. Trener Waldemar Fornalik stawia na dużą liczbę gier, praktycznie w ogóle nie trenujemy ze sztangami, a siłę wypracowujemy na ciężarze własnego ciała. Dla mnie to jest nowość.
Jak będziesz wspominał Piotra Stokowca?
Mnie zaskoczył na plus przez ostatnie pół roku. Kiedyś go znałem z innej perspektywy, byłem młodzieżowcem. Dzisiaj jestem jednym z bardziej doświadczonych piłkarzy w szatni, więc nasze relacje były zupełnie inne. Trener nam pomagał, zawsze stał za drużyną, często brał na klatę nasze porażki, co odciążało zespół.
Zmiana była potrzebna?
Jako zawodnicy nie oczekiwaliśmy zmiany trenera, na pewno nie graliśmy przeciwko niemu. Rozstanie było w smutnej atmosferze, nikt się z tego nie cieszył, nawet zawodnicy, którzy mniej grali. Czy zmiana była potrzebna? To nie są nasze decyzje, ale my jako drużyna wiedzieliśmy, że to nie jest do końca jego wina.
Co sobie pomyślałeś, kiedy trener tłumaczył się przed kibicami i powiedział to słynne zdanie o wyjazdach do Niepołomic?
To wyszło bardzo niefortunnie. Trener chciał przekazać zupełnie coś innego, atmosfera była gorąca i wyszło słabo. Padła nazwa miejscowości, której drużyna była akurat w dobrym momencie na zapleczu, my byliśmy w dramatycznym i lawina ruszyła. Trenerowi chodziło o to, że przyszedł do Zagłębia zimą, włożył mnóstwo pracy w utrzymanie w Ekstraklasie i ten sukces przypisał sobie oraz całej drużynie. Chciał tym przyćmić ostatnie niepowodzenia, ale trzeba przyznać uczciwie, że nie był to dobry moment na wypowiadanie takich słów. Stojąc za plecami trenera, nie myślałem, że wyjdzie z tego taka afera. Trochę to zdanie zostało wyciągnięte z kontekstu i jako pojedyncza wypowiedź ma zły wydźwięk. Gdybyśmy jednak posłuchali kilkadziesiąt sekund wcześniej i kilkadziesiąt później, to już pewnie nie byłoby to tak odbierane.
Jestem świeżo po serialu „Piłkarze na podsłuchu” i mam wrażenie, że jesteś jednym z najbardziej wygadanych piłkarzy w lidze.
Lubię rozmawiać, to prawda. Czasami sam do siebie, często z kolegami czy rywalami. Taki już jestem i tego nie zmienię. Co do serialu, to super pomysł, ponieważ kibice mogli zobaczyć tak naprawdę jak to wszystko wygląda od kulis. Za wiele momentów jest mi wstyd, gdyż powiedziałem sporo głupich rzeczy. Taka jest jednak rzeczywistość. Wystarczy spojrzeć na sytuację z Lukasem Podolskim – jemu też się po jednym z odcinków mocno oberwało. Polska nie jest wyjątkiem pod tym względem, na całym świecie są podobne „dialogi”. Nie zgadzam się jednak z takimi komentarzami, że piłkarze to idioci, bo przeklinają, dogryzają sobie i tak dalej. To jest walka 22 mężczyzn na boisku, emocje, zaczepki i niezależnie czy grasz w Ekstraklasie czy lidze okręgowej, to tak się zachowujesz. Dla mnie to jest normalne, że padają przekleństwa i niecenzuralne słowa, choć z pewnością zdarzają się wyjątki. Piłkarz na boisku i piłkarz w życiu prywatnym może być zupełnie innym człowiekiem.
Ty lubisz sobie dogryzać z rywalami na boisku?
Bardzo często to stosuję, szczególnie z rywalami, których mam obok siebie, czyli przeważnie napastnikami. Uważam, że to dekoncentruje przeciwnika, podnosi ciśnienie. Staram się uzyskać przewagę psychologiczną.
Szerokim echem ze wspomnianego serialu odbiła się sytuacja, kiedy jeden z kibiców mocno cię obrażał, a po chwili poprosił o twoją koszulkę.
Zagraliśmy słaby mecz, kibice byli wściekli i leciały w naszym kierunku mocne słowa. Facet poprosił o koszulkę dla dzieciaka, więc jeśli mogłem mu sprawić małą przyjemność, to tak postąpiłem. Nie miałem pozycji, by cokolwiek powiedzieć i się z nim kłócić. Przegraliśmy 0:3 z Lechią, więc trzeba było schować głowę.
W ostatnim czasie coraz więcej mówi się o sytuacjach, że osoby, które proszą o koszulki na meczach, później czerpią z nich zysk, sprzedając na różnych portalach.
Raz mi się zdarzyła taka sytuacja. Napisał do mnie młody chłopak z prośbą o koszulkę. Zanim mu ją wysłałem to trwało kilka miesięcy, ale był cierpliwy i przyszedł moment, kiedy mogłem mu podarować. Wysłałem mu koszulkę, a na drugi dzień dostałem informację od jakiegoś innego chłopaka, że moja koszulka właśnie jest sprzedawana za kilka stówek w internecie. Takie sytuacje powodują, że tracisz zaufanie do ludzi. Myślałem, że sprawiam komuś radość, a tak naprawdę dałem mu trochę pieniędzy…
W tym roku skończysz 29 lat, trochę w piłce już przeżyłeś i kiedy oglądasz się za siebie, to jesteś dumny z tego, co osiągnąłeś?
Wyciągnąłem trochę z tej piłki: coś zwiedziłem, gdzieś pograłem, sporo przeżyłem. Nie zaliczyłem może legendarnych występów, nie byłem filarem zagranicznej drużyny w topowej lidze, ale dużo się dowiedziałem i zobaczyłem. Przy okazji zarobiłem sporo pieniędzy…
…które zainwestowałeś.
Wspólnie z kolegą otworzyliśmy wypożyczalnię samochodów we Wrocławiu. Do tego mam kilka mieszkań, które wynajmuję i powoli wchodzę na rynek deweloperski. Kończymy pierwszy projekt, który niedługo będziemy sprzedawać. Dopinamy formalności związane z następną inwestycją, więc kolejne budowy są kwestią czasu. Generalnie mam taki plan, aby balans pieniędzy piłkarskich w stosunku do tych niepiłkarskich przeważał na korzyść tych drugich. Nie oczekuję tego, że w piłce będę zarabiał grube miliony, choć nie wykluczam tego, że jeszcze kiedyś uda się gdzieś wyjechać.
Kontrakt życia w Azji?
W grę wchodzi tylko Europa. Do Arabii Saudyjskiej mogłem trafić w poprzednim roku, gdzie zarabiałbym miliony rocznie, ale to kompletnie nie mój klimat. Chciałem być blisko Polski, blisko rodziny. Może jeszcze mi się kiedyś odmieni, ale na dzisiaj nie ma szans na egzotyczne kierunki.
A jest szansa na grę do końca kariery w Zagłębiu?
Życie potrafi zaskakiwać, sprawia niespodzianki, więc jest za wcześnie na takie deklaracje. Jestem w Lubinie, kupiłem tutaj mieszkanie, mam jeszcze kontrakt, który mogę przedłużyć, ale wiem, że to zależy od mojej formy. Zdaję sobie sprawę, że działacze Zagłębia nie do końca mogą być zadowoleni z tego, co prezentowałem jesienią. Sam zresztą nie jestem z siebie zadowolony, oczekuję od siebie zdecydowanie więcej. Inna sprawa, że każdy spadek formy wiązał się z jakimiś urazami. Na przykład w meczu z Lechią dostałem w głowę, ale ona nie ucierpiała. Oberwały za to żebra, kiedy upadałem i praktycznie do końca rundy grałem na środkach przeciwbólowych. Na szczęście po zimowej przerwie wszystko się zagoiło i nie odczuwam dolegliwości. W meczu z Rakowem zgłosiłem trenerowi, że już nie dam rady biegać i brać udziału w pojedynkach z napastnikami, bo tak mnie wszystko bolało. Stwierdziłem, że jestem bezużyteczny na boisku i mogę tylko coś popsuć.
Odejdźmy na chwilę od piłki. Możesz opowiedzieć o swojej wypożyczalni aut?
To są samochody do jazdy miejskiej. Obecnie posiadamy w ofercie już ponad 20 aut, które wynajmujemy na taksówki, ubery, bolty. Zdecydowaną większością naszych klientów są kierowcy z Ukrainy, którzy przyjeżdżają do Polski w poszukiwaniu pracy.
Jak to się w ogóle zaczęło?
Wspólnie z kolegą zajęliśmy się sprowadzaniem samochodów z Niemiec i Szwajcarii, czasami Włoch. Reperowaliśmy, odnawialiśmy i często sami nimi jeździliśmy. Zdecydowana większość to takie normalne auta do jazdy, choć kiedyś trafiło się jakieś Subaru czy Audi z wyższej półki. Kolega zaczął się tym zajmować na studiach. Zarabiał na jednym samochodzie kilka tysięcy i w ten sposób żył, czyli sprowadzał zepsuty, naprawiał i sprzedawał z zyskiem. W końcu doszliśmy do wniosku, że wejdziemy w spółkę i otworzymy biznes. Był taki moment, że nie dało się sprzedać sprowadzonych aut, więc kolega stwierdził, że może trzeba je wynająć. Zaczęliśmy od trzech samochodów, później było pięć i przyszła pandemia. Wtedy poważnie zastanawialiśmy się, czy tego nie zamknąć, bo ruch był słaby. Wszystko ruszyło po kilku miesiącach ze zdwojoną siłą. Zadzwonił do nas Ukrainiec, który szukał w Polsce pracy dla swoich rodaków. Dogadaliśmy się, oni zaczęli brać od nas auta i w ten sposób utrzymywali się w naszym kraju.
Samochody to twoja pasja?
Pasja, która narodziła się dość niedawno, bodaj cztery lata temu. Do 25. roku życia jeździłem Fordem Mondeo z rocznika 2010. Dopiero, kiedy kolega wpadł na pomysł sprowadzania samochodów z zagranicy, to złapałem zajawkę. Obecnie mam pięć swoich aut – jednym jeżdżą rodzice, jeden wynajmuję Gruzinom z Zagłębia, jednym jeździ moja dziewczyna, jednym ja, a jeden stoi we Wrocławiu w domu. Lubię zmieniać samochody co najmniej raz na rok.
Wróćmy do spraw piłkarskich. Czy Jarosław Jach to niespełniony talent polskiej piłki?
Ludzie ode mnie dużo oczekiwali. Rozegrałem dwa spotkania w reprezentacji Polski, w obu wypadłem nieźle i na tej podstawie wydano wiele opinii. Generalnie moja kariera piłkarska wygląda tak, że gram dwa mecze dobre, a później dwa słabe. Nie mam pojęcia, z czego to wynika, po prostu brakuje stabilizacji. Trenerzy twierdzą, że jest to brak koncentracji, ale ja do każdego meczu przygotowuję się tak samo. Kiedy wcześniej rozmawialiśmy o tym, czy lubię dużo mówić: jeśli drużyna wygrywa, to wszyscy mówią, że jest to potrzebne i jest w porządku. Kiedy natomiast przegrywamy, to pojawiają się jakieś dziwne pretensje i uwagi pod moim adresem, a ja mam taki styl bycia. Wynik nie może tego determinować… Wracając do pytania, sezon, po którym odszedłem z Zagłębia nie był w moim wykonaniu wybitny, chyba nawet jeden z gorszych.
To skąd transfer do Crystal Palace?
No właśnie po tych dwóch meczach w reprezentacji! Z takimi umiejętnościami, które posiadam, dostać się do Premier League to była duża sztuka. Taki złoty strzał. Dużo się mówi, że angielskie kluby prześwietlają zawodnika pod każdym kątem zanim go sprowadzą. W moim przypadku mam wrażenie, że zadecydowały tylko te dwa spotkania w kadrze. Na pewno miałem dobre parametry fizyczne, nieźle grałem w powietrzu, radziłem sobie z wyprowadzeniem piłki, więc uznali, że mam na tyle duży potencjał, iż można mnie „obrobić”. Może powinienem wybrać jakiś klub pośredni przed Premier League? Jeśli to byłoby lepsze dla mojego rozwoju, to wtedy możemy mówić, że jestem zmarnowanym talentem. Ale jeśli wszystko potoczyłoby się tak samo, to trzeba byłoby powiedzieć, że wycisnąłem z kariery maksimum.
Czym się różni angielska szatnia od polskiej?
Luzem. Nie ma takiej napinki przed meczami. W Polsce często jest tak, że w szatni zagrzewamy się do walki, nawet muzyka na dzień meczowy jest inna – rap albo mocne klubowe kawałki. W Anglii leci z głośników to samo w ciągu tygodnia jak i w dniu meczu. Zostały mi pewne nawyki stamtąd, które w Polsce są podważane i deprecjonowane przez trenerów. Oczywiście, trzeba się było do tego dostosować, ale są takie sprawy, na które Anglicy nie zwracają w ogóle uwagi, a w Polsce są uznawane za niedozwolone.
Co poczułeś, kiedy był pierwszy kontakt z Anglii?
Byłem nastawiony na transfer i chciałem wyjechać z Polski. Pojawiały się różne zapytania, oferty, ale ja byłem na tak. Ludzie odebrali to w niewłaściwy sposób, że Lubin mi się nie podoba i chcę się jak najszybciej spakować. Ja jako młody chłopak miałem marzenia. Zdawałem sobie sprawę, że wyjeżdżam do silnego klubu, w którym będę najsłabszy, ale po roku czy dwóch zrobię taki progres, że im dorównam. W Zagłębiu obrałem zresztą podobną taktykę. Kiedy trafiłem do drużyny rezerw, odstawałem od każdego, ale z czasem nadrobiłem braki.
Historia twojego pierwszego transferu do Zagłębia była ponoć zabawna.
Byłem zawodnikiem Lechii Dzierżoniów, który dostał angaż w Zagłębiu. Pojechał z drużyną rezerw na obóz, na którym miało być kilku piłkarzy testowanych. Sprawy tak się potoczyły, że większość z nich nie dojechała. Do tego doszły kontuzje i brakowało ludzi na obozie. No i wtedy trener bramkarzy polecił mnie sztabowi szkoleniowemu. Dla mnie to była wygrana w totolotka, bo nikt mnie przecież nie obserwował. Wszystko wyszło kompletnie z przypadku.
Pamiętasz drogę na obóz?
To też niezła historia. Dostałem telefon jednego dnia, że na drugi dzień mam się stawić na obozie w Jarocinie. Moi rodzice nie mogli mnie zawieźć osobiście z Dzierżoniowa na miejsce, więc dowieźli mnie tylko do Wrocławia na pociąg nocny do Poznania, gdzie była przesiadka i dopiero dojechałem do Jarocina. Ze stacji kolejowej przeszedłem się spacerkiem kilka kilometrów, ponieważ jakoś nie dogadałem się z kierownikiem w sprawie dojazdu. Zostałem na testach, zaprezentowałem się nieźle i dostałem propozycję tygodniowych treningów w Lubinie. Wtedy dostałem półroczny kontrakt z opcją przedłużenia na rok.
Kolejnym wielkim wydarzeniem było powołanie do pierwszej reprezentacji Polski. Pamiętasz?
Doskonale. Kilku stoperów było kontuzjowanych i niespodziewanie w trakcie treningów trener Adam Nawałka zaczął mnie wystawiać w pierwszym składzie. Myślałem jednak, że dzień przed meczem to się zmieni, byłem na to przygotowany. A tu niespodzianka. Sztab mnie chwalił właśnie za wprowadzanie piłki ze strefy obronnej. Mecz z Urugwajem był słaby. Nie zagrałem wybitnie, wręcz średnio, ale na tle tego spotkania po prostu się wyróżniałem. W Ekstraklasie byłby to mecz w poniedziałek o 18. Z Meksykiem było już lepiej, zagrałem też w miarę i wybuchła dyskusja, że mogę pojechać na mundial. Później był transfer do Anglii…
…i zamknąłeś sobie drogę na mundial.
Gdybym grał w klubie, to pewnie bym pojechał. Rozmawiałem z trenerem Nawałką przed transferem i powiedział mi wprost, że muszę zbierać minuty, bo jeśli nie będę grał, to szanse na wyjazd będą minimalne. Wydaje mi się, że takim optymalnym rozwiązaniem na tamten czas byłoby kupno z półrocznym wypożyczeniem do Zagłębia. Może wtedy, gdybym poleciał do Anglii jako uczestnik mundialu, to moja pozycja byłaby silniejsza? Dzisiaj to już tylko gdybanie.
Pogoń Szczecin dopina transfer. Milion euro na stole za napastnika FC Noah
Pogoń Szczecin jest o krok od sfinalizowania głośnego transferu. Do zespołu Portowców ma dołączyć Nardin Mulahusejnović, skuteczny napastnik FC Noah, który imponuje formą w Lidze Konferencji Europy.
Bruk-Bet domagał się karnego w meczu z Rakowem. Jest oficjalne stanowisko Kolegium Sędziów
Raków Częstochowa pokonał Bruk-Bet Termalikę 1:0 po trafieniu Iviego Lopeza, ale więcej niż o wyniku mówi się o kontrowersji w polu karnym gospodarzy. Kolegium Sędziów odniosło się do sytuacji, w której goście domagali się rzutu karnego za zagranie ręką.