To był dobry wieczór z PKO BP Ekstraklasą. Piłkarze Miedzi i Lecha stworzyli kibicom naprawdę niezłe widowisko. Ostatecznie oba zespoły podzieliły się punktami.
Jako pierwsi na prowadzenie dość nieoczekiwanie wyszli gospodarze. Już w 16. minucie radość miejscowym kibicom dał Luciano Narsingh, który po podaniu Maxiego Domingueza otworzył wynik spotkania. Lech wyrównał jeszcze przed przerwą. W 37. minucie swojego pierwszego gola w lidze w tym sezonie strzelił Filip Marchwiński.
Po przerwie do ataku ruszyła drużyna mistrza Polski. W jednej z akcji na przebój poszedł Michał Skóraś. Skrzydłowy Kolejorza wpadł w pole karne, podszedł blisko bramkarza i oddał strzał, ktory był zbyt słaby, żeby dolecieć do bramki. W tej sytuacji był jednak faulowany przez bramkarza Mateusza Abramowicza. Po kilku minutach oglądania powtórki na VAR-rze sędzia Danie Stefański wskazał na „wapno”, a 30-letniego golkipera ukarał żółtą kartką. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł Mikael Ishak. Szwed trafił do siatki gospodarzy, choć futbolówka musnęła rękawice Abramowicza.
Niecałe 10 minut później było już 2:2. Akcję indywidualną po prawej stronie boiska przeprowadził Giannis Masouras. Grek zbliżył się do bramki Lecha i oddał niezwykle mocny strzał, z którym nie poradził sobie Filip Bednarek. Piłka wpadła tuż przy bliższym słupku, pod poprzeczkę. Warto dodać, że przy tym trafieniu także asystował Dominguez.
Dla Miedzi to bardzo ważny punkt. Legniczanie nadal są w trudnej sytuacji, ale na horyzoncie pojawia się wizja wydostania się ze strefy spadkowej. Podopieczni Grzegorza Mokrego na razie prezentują się całkiem przyzwoicie i mogą sprawić niespodziankę. Lech natomiast na pewno będzie sobie pluł w brodę. Kolejorz mógł awansować na podium. Gdyby Lech wygrał, do drugiej Legii traciłby tylko trzy „oczka”. Teraz jednak to już tylko gdybanie…