Budowanie kolejnego piłkarskiego pomnika Leo Messiemu za jego sportowego życia może bardziej zaszkodzić futbolowi, niż wydaje się to wielkiemu fanowi talentu Argentyńczyka, prezydentowi FIFA Seppowi Blatterowi.
Na początku byłem wielkim zwolennikiem połączenia konkursu międzynarodowej federacji piłki nożnej i „France Football” na najlepszego piłkarza roku na świecie. Wydawało się, że oprócz większego prestiżu znany francuski magazyn będzie gwarantem niemieszania polityki w wybory, ale po wypowiedzi Blattera z ubiegłego tygodnia, gdy kolejny raz Szwajcar rozpływał się nad umiejętnościami Messiego, klasyfikując go w prywatnym rankingu wyżej od Cristiano Ronaldo, trudno – patrząc z boku – wierzyć w obiektywizm jurorów.
Fakt, nawet zestawiając Leo z najlepszymi piłkarzami w historii, to zawodnik wybitny, jednak nazywanie już dziś obecnego futbolu epoką Messiego jest przesadą, a podchodzenie do niego bezkrytycznie – pułapką. Po przegranej 0:7 w dwumeczu z Bayernem Monachium w półfinale Ligi Mistrzów dominację Barcelony w światowej piłce klubowej należy uznać za zakończoną, a to wytrąca z ręki koronny argument największym obrońcom Argentyńczyka, bo ten z Albiceleste nie może pochwalić się żadnym sukcesem. Ale – jak uczy historia – to dalej może być za mało. W 2010 roku najważniejsza indywidualna nagroda piłkarska powinna powędrować do rąk Wesleya Sneijdera, lidera Interu Mediolan, z którym wygrał Serie A i zdobył Puchar Mistrzów, eliminując po drodze Barcę, i awansował do finału mundialu z reprezentacją Holandii. W głosowaniu pomocnik zajął dopiero czwarte miejsce. Srebro dla Andresa Iniesty i brąz dla Xaviego można było jeszcze usprawiedliwić Pucharem Świata dla Hiszpanii, ale zwycięstwo Messiego trudno tłumaczyć inaczej niż dobrym PR. Podobnie jak w ubiegłym roku. Jedynym trofeum LM10 były Puchar Króla i tytuł króla strzelców Primera Division, co porównywane z obroną mistrzostwa Europy i wygraniem ligi przez czołowe postacie Realu (jak Iker Casillas) było zwyczajnie śmieszne. Utrzymywanie teorii, że niezależnie od sukcesów tytuł najlepszego piłkarza i tak należy się Leo to dla światowej piłki samobój – podobne reguły nie panują w żadnej innej dyscyplinie sportu, dodatkowo wyhamowuje się rozwój najważniejszych turniejów piłkarskich, i klubowych, i reprezentacyjnych.
Światowy futbol jest prawdopodobnie w najlepszym dla siebie okresie w historii. Nigdy wcześniej z piłką nożną nie szły w parze tak duże pieniądze, najważniejsze rozgrywki są najchętniej oglądanymi wydarzeniami sportowymi na świecie, a zawodnicy prowadzą w klasyfikacjach najlepiej rozpoznawalnych wyczynowców. Liderowi potrzebna jest twarz będąca synonimem sukcesu i ta Messiego na pewno dała dyscyplinie wiele, jednak utrzymywanie jej na siłę, szczególnie kiedy – jak najbardziej słusznie – pierś po ordery wypinają inni, może przynieść więcej szkody niż pożytku. FIFA podkreśla na każdym kroku swoją niezależność, ale trudno bronić się, gdy z jednej strony wytaczane są działa podejrzeń korupcyjnych przy wyborze gospodarza mundialu w 2022 roku, a piłkarska rodzina – jak lubią określać swoje struktury prezydenci FIFA i UEFA – częściej kłóci się, niż zgadza. Lobbowanie za Messim tworzy coraz silniejszy krąg przeciwników. Sprawa jego porażki to dziś interes Francuzów chcących docenienia Francka Ribery’ego, Portugalczyków walczących o sukces Cristiano Ronaldo, Szwedów reklamujących Zlatana Ibrahimovicia czy Brazylijczyków zachwyconych Neymarem. Przy takiej koalicji, jeśli Blatter chciałby umierać za swojego ulubieńca, ukręciłby sam na siebie bicz przed przyszłorocznymi wyborami, w których, jak zapowiedział, zamierza wystartować i wygrać ostatnią kadencję przed odejściem na emeryturę.
W 2009 roku Messi wygrał, jeszcze oddzielne, plebiscyty „France Football” i FIFA, od trzech lat jest niepokonany w połączonym konkursie. Zdecydowanie przeszedł czas, żeby na ściany fanów futbolu trafili inni bohaterowie. Niektórzy, jak Franck Ribery, zasłużyli na to w 2013 roku w większym stopniu niż Argentyńczyk.
Michał CZECHOWICZ Piłka Nożna
Artykuł opublikowany także w najnowszym wydaniu tygodnika Piłka Nożna!
Drużyna Polaków upokorzona! Stade Rennes przegrało aż 0:4 [WIDEO]
Stade Rennais przegrało aż 0:4 z AS Monaco. W drużynie przegranych zagrali Przemysław Frankowski oraz Sebastian Szymański. Ten drugi zadebiutował w barwach francuskiej ekipy.