Ojciec awansu na Euro jest jeden. I nie jest to Lewy!
„Reprezentacja znalazła się w punkcie, w którym zarówno do wielkości jak i śmieszności ma tylko jeden krok” – napisał na Twitterze kibic polskiej kadry przed meczem z Irlandią, cytowany przez Michała Kołodziejczyka. Na szczęście w niedzielny wieczór ekipa Nawałki ruszyła w odpowiednim kierunku.
Niedzielny mecz to kolejny dowód na to, że na największy pomnik po tych eliminacjach nie zasłużył wcale Robert Lewandowski, a Adam Nawałka. Jasne, Lewy nastrzelał aż miło, ale przecież już w przeszłości mieliśmy go w narodowym zespole, efektywność gubił jednak między nieporadnością poprzednich selekcjonerów, którzy nie potrafili wykorzystać jego potencjału i kolegami z drużyny, albo odstających poziomem, albo źle ustawionych i sfokusowanych na inne zadania na boisku. Dopiero Nawałka sprawił, że ten zespół zaczął zdobywać gole, a jego główną strzelbą stał się właśnie as Bayernu Monachium.
Zresztą zasług selekcjonera jest na pęczki. Zaufanie Arkadiuszowi Milikowi i brak bojaźni przed grą dwoma napastnikami, wymyślenie dla tej kadry Krzysztofa Mączyńskiego, który rósł przez całe eliminacje, a zapewne gdyby nie Nawałka, sam nie odważyłby się o kadrze nawet pomyśleć. Wymieniać można dalej: wypracowanie schematów przy stałych fragmentach, które przynoszą skutek w kluczowych momentach (mecze z Gruzją, dzisiejsza Irlandia), sama odwaga przy stawianiu na konkretne ustawienia i wykonawców zadań. Schemat z trzema środkowymi, bardziej zorientowanymi na bronienie pomocnikami całkiem nieźle sprawdził się (mimo porażki) już w Niemczech, a współpraca Krychowiaka, Mączyńskiego i Linettego wyglądała w niedzielę imponująco! Polska kadra stała się jakaś, barwna, ma jaja – choćby dwie poprzednie były bezwonne i bezbarwne.
Selekcjonera czekają teraz jeszcze cięższe czasy, bo jeśli ta kadra ma pojechać na Euro i w końcu ugrać tam coś więcej, niż premie za odpadnięcie po fazie grupowej, musi nastąpić w niej kilka zmian. Pamiętajmy bowiem, że to były dziwne eliminacje, ba, ogólnie dziwnych było kilkanaście poprzednich miesięcy. Kończymy ten czas okopani stwierdzeniami, że nasza drużyna narodowa zrobiła duży postęp, jej gra często cieszyła oko i nawet w konfrontacjach z rywalami o wiele silniejszymi – patrz: Niemcy – prezentowaliśmy się godnie.
W całej tej euforii towarzyszącej awansowi musimy jednak pamiętać, że na przestrzeni całych eliminacji na wyjeździe potrafiliśmy ogrywać tylko tych najsłabszych przeciwników, gdy przychodziło do potyczek z ekipami dysponującymi porównywalnymi siłami do nas, męczyliśmy się okrutnie (w Irlandii) lub dziękowaliśmy losowi za jego uśmiech w ostatniej sekundzie (w Szkocji). W całych eliminacjach wygraliśmy tylko dwa mecze z solidnymi rywalami, a graliśmy ich sześć. W tak zwanym międzyczasie zaliczyliśmy na dodatek remisy w towarzyskich gierkach ze Szwajcarami i Grekami. We wszystkich wspomnianych meczach, może poza tym w Dublinie, graliśmy bardzo dobrze bądź dobrze, a jednak wynik nie zawsze był satysfakcjonujący. To trzeba naprawić przede wszystkim.
Jak? Ja nie wiem, ale na ławce trenerskiej mamy człowieka, który wie to na pewno. Dlatego o zbliżających się mistrzostwach Europy myślę tylko pozytywnie!