Przecież strzelili gola ze stałego fragmentu, przecież to dopiero pierwsza kolejka, przecież grali z wyjątkowo leniwym Tottenhamem. A jednak wystarczyło kilka dotknięć piłki przez Jamesa Rodrigueza i ambitna postawa reszty drużyny, by projekt firmowany przez Carlo Ancelottiego znów nabrał rumieńców.
MICHAŁ ZACHODNY
Łączy Nas Piłka
Szybkie i trafne decyzje. Przyspieszające, dokładne podania. Głowa w górze, pewność w prowadzeniu piłki, przydatność w pressingu, poruszanie się między liniami… James Rodriguez debiut w Premier League i w Evertonie rozegrał tak, jakby liderem ofensywy był już kolejny sezon. Przede wszystkim też tak, jakby był w rytmie meczowym, bez niepowodzeń z ostatnich lat. Może to jednak ta chęć udowodnienia własnej jakości, gdy z kręgu klubów najwyższej klasy europejskiej wypadł na poziom środka tabeli ligi angielskiej. Trafił jednak do klubu, którego ambicje są podobne: udowodnić, że przeciętność ostatnich lat w kontekście wartości i osiągnięć wraz z obecnym sezonem dobiegła końca.
Nie był on jedynym debiutantem w Evertonie. Jeszcze bardziej imponujące statystyki na nowym White Hart Lane wyrobił Allan, który zabezpieczał ataki swojego zespołu w pierwszym występie. Większość kontaktów z piłką zaliczył na własnej połowie, lecz nawet nie to było najważniejsze. Wygrał też ponad dwie trzecie z 22 pojedynków i miał dziewięć prób odbiorów – to wciąż początek, ale 29-letni Brazylijczyk zaoferował stabilizację w środku pola, której tak często Evertonowi brakowało.
– Potrzebowaliśmy takiego występu, by podnieść pewność siebie przed tym sezonem, na przyszłość. Piłkarze też tego potrzebowali: pokazać co potrafią. Nie było łatwo przygotować się na start nowego sezonu, zakontraktowani zawodnicy trenowali z nami tylko tydzień. To dopiero pierwszy mecz, ale pokazaliśmy, że możemy rywalizować z najlepszymi z tym składem. To zresztą nasz cel – mówił Carlo Ancelotti po zwycięstwie w Londynie.
Dwa miesiące potrafią zrobić sporą różnice. Na początku lipca Everton też grał na wyjeździe z Tottenhamem. Nie było to wielkie widowisko, raczej zostanie zapamiętane przez to, że w przerwie meczu Hugo Lloris i Hueng-Min Son pokłócili się i niemal pobili schodząc do szatni. Michael Keane strzelił gola samobójczego, a ustawienie 1-4-4-2 nie pozwalało rozwinąć skrzydeł ani indywidualnościom, ani zespołowi. Wkrótce z tego rozwiązania Ancelotti zrezygnował, choć z ostatnich sześciu meczów poprzedniego sezonu Everton wygrał tylko jeden. Nawet utrzymywana seria spotkań bez porażki na Goodison Park została przerwana na samym finiszu sezonu, gdy spadające z ligi Bournemouth pokonało zespół prowadzony przez Włocha 3:1.
Warto przypomnieć, że wówczas kolejny raz w krótkim odstępie czasu Ancelotti skrytykował ambicje swoich podopiecznych. – Wróćcie z wakacji z większą motywacją – miał powiedzieć w szatni po zakończeniu sezonu na dwunastym miejscu w tabeli. Bliżej było Evertonowi do strefy spadkowej (15 punktów przewagi nad Bournemouth), niż ostatniego miejsca gwarantującego grę w Lidze Mistrzów (17 punktów straty do Chelsea). Zespół kończył rozgrywki z mocno ujemnym bilansem bramkowym (12 goli na minusie), choć rok wcześniej był na plusie (o 8 trafień). Mimo wydatków transferowych, mimo zmiany szkoleniowca na znacznie bardziej utytułowanego na europejskim poziomie, był to kolejny sezon oddalania się od czołówki.
To już trzy lata odkąd Everton występował w europejskich pucharach i już wtedy wyglądał tam jak ciało obce. Z Atalantą przegrał 1:5 i 0:3, z Olympique Lyon – 1:2 i 0:3. Jedyne punkty piłkarze z Liverpoolu zdobyli z Apollonem. To i tak osiągnięcie, że w kolejnych latach odpowiednio ósmy, ósmy i dwunasty zespół był w stanie kupować piłkarzy Barcelony czy Realu Madryt. Wydał też prawie 40 milionów euro na Richarlisona, 50 milionów na Gylfiego Sigurdssona, ogromne kwoty na Jordana Pickforda, Michaela Keane’a i Davy’ego Klaassena. Dokupienie Moise Keana i Aleksa Iwobiego można było potraktować jako wybory rozkapryszonego dzieciaka.
Zresztą właściciel Farhad Moshiri mógłby za takiego uchodzić. Ancelotti jest już piątym trenerem prowadzącym sponsorowany przez niego zespół, który będzie próbował sprawić, że wyniki dorównają ambicjom. Jak to jednak bywa w przypadku sporych możliwości finansowych i małej wyobraźni, środki prowadzące do celu niekoniecznie Evertonowi pomagały. Przecież wystarczy spojrzeć na nazwiska ostatnich szkoleniowców, by… nic nie zrozumieć. Ronalda Koemana zastąpił Sam Allardyce, którego stanowisko przejął Marco Silva. Holenderska, w teorii widowiskowa, myśl szkoleniowa zderzyła się z brytyjskim pragmatyzmem, przebita została portugalskim temperamentem (i, zdaje się, niczym innym), by wreszcie nastał typowo włoski spokój. Względny spokój.
Ancelottiemu w zasadzie nie można tej pracy zazdrościć, jeśli już, to jego wybór dziwił. Został potraktowany jako wykonanie kilku kroków wstecz, zwłaszcza wobec reputacji, którą pracując w czołowych klubach angielskich, hiszpańskich i włoskich sobie wyrobił. Everton do tego towarzystwa po prostu nie pasuje, a jeśli już – wyłącznie nadrabia swój wizerunek wydatkami, nawet jeśli nieszczególnie trafionymi.
Więc tak jak zimą 2019 roku podpis złożony przez Ancelottiego pod kontraktem z Evertonem można było potraktować jako chęć nadrobienia kolejnej części dystansu do europejskiej klasy wyższej, tak podobnie należy patrzeć na transfer Jamesa. Klub chwalił się, że ściąga nie tylko wybitnego technika i zdobywcę Złotego Buta na mistrzostwach świata w 2014 roku, ale też ósmego najpopularniejszego sportowca w mediach społecznościowych. Na stronie Evertonu wyliczono, że wyprzedzał w tej klasyfikacji nawet Garetha Bale’a, że wysiłkiem klubu kampania marketingowa związana z Kolumbijczykiem dotarła do ponad 400 milionów ludzi na całym świecie. Wizerunek Rodrigueza w niebieskiej koszulce mogli zobaczyć przechodnie na Manhattanie w Nowym Jorku, plażowicze w Miami, rodacy pomocnika w Bogocie. A przecież nawet w Anglii tego lata nie można uznać, by był to jeden z czołowych pięciu transferów, w obliczu powrotu Bale’a, przyjścia Thiago Alcantary i wybryków Chelsea należałoby myśleć raczej o pozycji w czołowej dziesiątce.
Transfery Allana i Rodrigueza mają sens, bo menedżer zna piłkarzy. To zdecydowanie ułatwi wprowadzenie ich do składu, co już pokazał mecz z Tottenhamem. Z jednej strony można uznać, że to londyńczycy zaprezentowali się słabo – słowa Jose Mourinho o leniwym pressingu odbiły się w angielskich mediach większym echem niż zachwyty Ancelottiego nad Rodriguezem – ale z drugiej to Everton sprawił więcej problemów, niż gospodarze się tego spodziewali. System 1-4-3-3 z bardzo mobilnymi, swobodnie traktującymi swoje boiskowe pozycje skrzydłowymi mógł zaskoczyć Tottenham, choć na przestrzeni całego sezonu może okazać się to nie takie skuteczne.
Na razie Ancelotti może cieszyć się, że Moshiri wspiera swojego szkoleniowca tak, jak robił to w przypadku Marco Silvy. Poprzednik Włocha otrzymał piłkarzy wartych ponad 200 milionów funtów, teraz te kwoty już dobijają do połowy, nawet zakładając, że informacja o zerowej wartości transferu Rodrigueza z Realu Madryt jest prawdziwa. Może okazać się przecież, że kilkadziesiąt milionów i tak wypłynęło już do agentów, lub wypłynie w premiach za kolejne osiągnięcia.
Reputacja w futbolu kosztuje, nawet jeśli jest stworzona z pozorów. Nie umknęło uwadze obserwatorów to z jaką ekscytacją w 2018 roku witano na Goodison Park Silvę, choć ani w Watfordzie, ani wcześniej w Hull City nie wygrywał częściej niż co trzeciego spotkania. Ancelotti oczywiście przebija znacznie młodszego kolegę po fachu swoim dorobkiem, lecz nie wolno zapomnieć, że ostatnie trofeum zdobył w 2017 roku z Bayernem Monachium. W Neapolu jego zespół zwyciężał tylko nieco częściej niż w co drugim meczu, w Liverpoolu na razie bilans jest poniżej 45%, a bramkowy – na zero.
Dlatego na Goodison Park nie panuje atmosfera zachwytu, lecz ostrożnego optymizmu i wyczekiwania, czy Ancelottiemu uda się odwrócić losy z ostatnich lat. To wyważenie nastrojów jest zresztą i nauczką, i umiejętnością Włocha, który przecież częściowo na tym opiera swój warsztat: na wprowadzeniu normalności, rozluźnieniu tego, co napięte i wypośrodkowaniu tego, co trzeba. Jeden z jego poprzedników, Allardyce, miał w zwyczaju narzekać po zwolnieniu, że nie wie, czego ten Everton w zasadzie chce, że lepsze jest tam wrogiem dobrego. Z kolei Silva sprawił, że przekonanie o tym, że Everton „musi” czegoś dokonać stało się mocniejsze i bardziej dominujące od „może”.
Może na Goodison Park działa się obecnie nieco łatwiej, gdy już cień sąsiadów przykrył ich klub całkowicie, wyobrażenia o szybkim nawiązaniu rywalizacji odłożył na dalszą przyszłość i zdjął przynajmniej tę część presji. Presji, która wraca przy derbach Liverpoolu, lecz nie musi przecież tkwić w głowach piłkarzy dzień w dzień. Zaplanowane na 17 października derby Merseyside przypadną w dziesiątą rocznicę ostatniego zwycięstwa Evertonu nad rywalami z czerwonej części miasta. Wówczas menedżerem był David Moyes, gole strzelali Tim Cahill i Mikel Arteta, a sezon niebiescy zakończyli ledwie cztery punkty za plecami Liverpoolu. Jedynym wciąż grającym w Evertonie piłkarzem, który pamięta tamte wydarzenia jest Seamus Coleman, boczny obrońca. Warto dodać, że takiej serii bez wygranej w bezpośredniej rywalizacji jeszcze w 126-letniej historii klub z Goodison Park nie miał, wcześniejsze najdłuższe trwały do ośmiu lat.
To będzie znakomity test dla Evertonu, bo zwycięstwo z Tottenhamem, świetne debiuty Rodrigueza i Allana naprawdę niewiele znaczą w kontekście całego sezonu. Jednak już widać, że nastroje są odmienne od tych, które towarzyszyły piłkarzom i trenerowi na zakończenie poprzednich rozgrywek. Dominic Calvert-Lewis mówił, że zamiarem było pokazanie siły. – Ale to tylko coś na czym będziemy budować, nie pozycja do odlotu. Pracowaliśmy bardzo ciężko, wygrywaliśmy pojedynki, kreowaliśmy szanse… Sam patrząc na jakość w składzie nie mogłem się doczekać tego meczu. Trafili do nas zawodnicy z poziomu Ligi Mistrzów i to jest miejsce, do którego chcemy aspirować – mówił napastnik Evertonu.
Trzeba jednak przyznać, że dla Ancelottiego większym wyzwaniem w tym sezonie nie będzie wkomponowanie Rodrigueza czy Allana w realia Premier League, ale sprawienie, że reszta piłkarzy regularnie będzie do nich doskakiwać. Można każdej formacji wytknąć, że dotychczas nie miało to miejsca, choć jakości nie brakowało. Zaczynając od puszczającego zbyt wiele strzałów do obrony Jordana Pickforda, zbyt często przysypiający w kryciu duet stoperów Keane – Mina, niestabilny dotychczas środek pola… Nawet taki klasowy piłkarz jak Sigurdsson – z Salford w Pucharze Ligi strzelił swojego setnego gola na Wyspach – miewał mecze tak przeciętne, że nie przystawały do jego reputacji i możliwości. Nie mówiąc o nadziejach i oczekiwaniach fanów…
Podejście Calverta-Lewisa jest ambitne, ale też pokazujące, jak bardzo rozwinął się szeroko rozumiany środek tabeli Premier League. Niegdyś były to zespoły do regularnego nabijania punktów, lub przejawiające swoje ambicje tym, że po prostu spokojnie się utrzymały i w dwóch meczach na sezon pomachały szabelką z większymi rywalami. Everton był właśnie takim klubem w ostatnich latach, choć wydawał pieniądze na wyższym poziomie. Teraz ma trenera z Ligi Mistrzów, piłkarzy z Ligi Mistrzów i marzenia o Lidze Mistrzów. Bogatemu nikt nie zabroni.
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (NR 38/2020)
Media: Liverpool chce gwiazdę Sportingu! W kontrakcie jest klauzula
The Reds widzieliby u siebie Francisco Trincao ze Sporingu Lizbona. Były gracz Barcelony ma w kontrakcie klauzulę, która będzie obowiązywać od letniego okienka transferowego.
Z hukiem spadli z Premier League. To może być ich nowy trener
Burnley nie ma już nawet matematycznych szans na utrzymanie się w Premier League. Do końca sezonu zespół poprowadzi Michael Jackson, który tymczasowo przejął schedę po Scottcie Parkerze. Tymczasem media wskazały menedżera mogącego od przyszłego sezonu na stałe przejąć stery w ekipie The Clarets.