Właściwie już nie w dniach, ale wręcz godzinach można odliczać czas do rozpoczęcia Euro 2024. A już dwa dni po inauguracji w Monachium, na boisko Volksparkstadionu wyjdą podopieczni Michała Probierza. Każdy z nas w redakcji ma jakieś oczekiwania w stosunku do biało-czerwonych, choć – bądźmy szczerzy – nie są one wygórowane.
Kto nie wierzy, niech zerknie na felieton Leszka Orłowskiego, choć gdyby się dobrze zastanowić, to wcale nie jest to do końca dobry przykład, skoro redaktor LeO życzyłby sobie, żebyśmy – nawet odpadając – zdobyli jakieś osiem bramek w turnieju, ale pokazali wesołe, przyjemne piłkarskie oblicze.
Jesteśmy z Leszkiem z jakby innej szkoły. Dla mnie też liczą się emocje, ale inaczej postrzegam dobrą zabawę. Jeśli tłuką nas inni, nawet sami coś tam przy okazji od nas inkasując, to jakoś mnie to nie bawi.
Jeśli komuś nie podobał się mecz z Meksykiem w Katarze, to trudno, ale osobiście nie miałbym nic przeciwko temu, gdybyśmy przeciw Holendrom zagrali tak samo i z takim samym rezultatem wyjechali z Hamburga.
W jednym się z Leszkiem zgadzamy. Zapewne nasze pierwsze, mocne i żywe wspomnienie mistrzostw Europy sięga 1984 roku. Może on będzie przekonywał, że ma pamięć lepszą, natomiast moja pamięć, ucznia wczesnej podstawówki, głębiej niż do francuskiego czempionatu nie jest w stanie się cofnąć. Właściwie to nawet nie brakowało mi wówczas na turnieju Polaków.
Nie roztrząsałem faktu, że trzecia drużyna MŚ odpadła w kwalifikacjach. Skoro na Euro nigdy nas nie było, to widocznie tak być musi. Wolałem podziwiać potężną siłę i dynamikę Prebena Elkjaera, kontemplować cudowne dryblingi Fernando Chalany, zastanawiać się czemu Niemcy przyjechali bez swoich dwóch największych wirtuozów drugiej linii – Bernda Schustera i Hansiego Muellera, a przede wszystkim jak to możliwe, że można tak cudnie grać w piłkę jak Michel Platini.
Generalnie piękne to były czasy, dzielone między telewizyjne transmisje i grę w kapsle. Ale nie te wyścigowe, na piachu, które zna każdy, ale rozstawiane na dywanie w dużym pokoju imitującym boisko, z dwiema brameczkami i małą, twardą piłką, z koszulkami w tychże kapslach – odrysowanymi od monety, wyciętymi z papieru, pokolorowanymi w odpowiednie barwy i podpisanymi nazwiskami – w sam raz gotowymi na przyjęcie w domu kolegów z własnymi blaszanymi zespołami.
Tymi kapslami „zaraził” mnie Wojtek Stecyna, szkolny kompan, nawiasem mówiąc – pierwszy trener Michała Kucharczyka. Tylko jedna poznana przeze mnie osoba w latach późniejszych, nie wywodząca się z mojej dawnej szkoły, znała tę grę. Konkretnie był to Tomek Lipiński.
To wtedy zaczynałem kupować „Piłkę Nożną”. Do dziś pamiętam relacje z turnieju podpisane: „Roman Hurkowski z Parc des Princes”. Ponad dwadzieścia lat później sam pojechałem na swoje pierwsze Euro jako wysłannik redakcji. W 2008 roku nadzieje na udany występ Polaków były nieporównywalnie większe niż teraz. Okazały się przeszacowane. Wielka Chorwacja zrodziła się na tym turnieju, Niemcy to Niemcy, a Austriacy byli gospodarzami. Pozostał sportowy niesmak i smak szampana, którym pod szatniami, oszalali ze szczęścia po finałowym triumfie David Villa z Danielem Guizą, polewali dziennikarzy.
FOT WŁODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl
Kolejny turniej widziany na żywo to oczywiście Euro 2012 i potężny kac, z którego ciężko było się otrząsnąć. Drużyna Franciszka Smudy okazała się wielkim rozczarowaniem, choć eksplozję Narodowego po bramce Jakuba Błaszczykowskiego z Rosją trudno zapomnieć. Euro 2012 to także wizyta na Ukrainie. To choćby Lwów i – wstyd przyznać – dwa autografy wydębione od Cristiano Ronaldo, co o mały włos nie zakończyło się usunięciem z mixed zony przez oficjela UEFA.
Potem Francja, rok 2016, 32 lata po tym jak zaczytywałem się w korespondencjach Romana i możliwość obcowania na co dzień, w La Baule, z zespołem, który dostarczał wspaniałych wzruszeń. Z drużyną, która o włos była od półfinału, a może i finału, w co z dzisiejszej perspektywy trudno uwierzyć. Teraz zaś czas na wyprawę do Niemiec. Bez większych oczekiwań, ale wciąż z takim trochę dziecięcym podnieceniem.
Co znajdziecie w najnowszym numerze „Piłki Nożnej”?
Jak zawsze najciekawsze materiały zapowiada Zbigniew Mucha. Tym razem m.in. fenomen Barcelony oraz niezwykła historia ostatniego meczu reprezentacji NRD. Do tego wywiady, polska i zagraniczna piłka oraz dużo więcej. Obejrzyjcie zapowiedź wydania i zajrzyjcie do najnowszego numeru!
Było to kilkanaście lat temu, wydaje mi się, że w dniu meczu Lecha Poznań z fińskim FC Honka. Byłem młodziutki, wychodząc z redakcji spytałem obecnych, gdzie będą wieczorem oglądać mecz eliminacji Ligi Europejskiej. Wiedziałem, że pozostali redaktorzy nie interesują się piłką, ale byłem wówczas jeszcze przekonany, że cały kraj, nawet nie-kibice, że wszyscy Polacy oglądają takie mecze. To chyba tego dnia dowiedziałem się, że obok siebie istnieją dwa oddzielne światy.
Sankcyjny mur wokół sportowej Moskwy kruszeje coraz bardziej. Kolejnym przełomem był niedawny start reprezentacji Rosji we włoskich igrzyskach paraolimpijskich. Rosjanie wystartowali tam pod swoją flagą, ze swoim hymnem, a końcowe podium wyglądało jak nowa Jałta: Chiny, Stany Zjednoczone i Rosja.
Hiszpania świętuje awans do finału MŚ i zachwyca się swoją reprezentacją
– Tak miało być. Zaczęliśmy w Atlancie, a skończymy w Nowy Jorku. Jest już blisko. Idziemy po to! – krzyczał w szatni po zwycięstwie nad Francją najlepszy na boisku Dani Olmo. Słowa te oddają nastrój euforii w zespole Luisa de la Fuente oraz w całym kraju – wszyscy Hiszpanie zgadzają się z gwiazdą zespołu: po czymś takim, jak obalenie Francji, nie można przegrać finału, ktokolwiek byłby rywalem.
RL 2028, czyli co transfer Lewandowskiego oznacza dla reprezentacji Polski
Nie interesuje mnie, czy Robert Lewandowski zarobi w Chicago 10, 20 czy 50 milionów dolarów. Nie interesuje mnie, czy zbuduje swoją markę na amerykańskim rynku. Interesuje mnie tylko jedno – co przenosiny do Fire oznaczać będą dla reprezentacji Polski?