Wisła Kraków przegrała mecz. Co więcej, nie strzeliła w tym meczu choćby gola. Te dwie statystyki wymagają szczególnego podkreślenia, bo to sytuacja, na przestrzeni bieżącego sezonu, bezprecedensowa. Przypomnijmy, mówimy o drużynie, która dopiero co zaliczyła bezbłędny start w postaci sześciu zwycięstw z rzędu, notując przy tym imponującą średnią ponad 4,5 goli strzelonych na mecz.
Miedź, która jako pierwsza w tym sezonie znalazła sposób na Białą Gwiazdę, nie tylko przerwała jej zwycięski marsz w kierunku Ekstraklasy, ale jednocześnie obnażyła jej wszystkie największe słabości. To zwycięstwo bynajmniej nie było efektem szczęścia bądź przypadku, lecz było w pełni zasłużonym następstwem planu nakreślonego przez Janusza Niedźwiedzia i jego do bólu skrupulatnej realizacji przez jego podopiecznych.
Miedź taktycznie rozpracowała Wisłę. Gospodarze zdawali sobie sprawę, że otwarta wymiana ciosów z wiślakami może skończyć się dla nich podzieleniem losu poprzedników, więc przezornie zamknęli się za podwójną gardą, wyczekując swoich szans w szybkich kontratakach, z czego dwa z nich zakończyły się powodzeniem.
Sposób na Wisłę
Dobrze zorganizowani i zdyscyplinowani, ustawieni w niskiej obronie legniczanie agresywnie doskakiwali do krakowian, gdy ci tylko znaleźli się w posiadaniu piłki na połowie Miedzi. Podopieczni Jopa, którzy byli w ostatnich tygodniach chwaleni za wyjątkowo szeroki wachlarz rozwiązań w ofensywie, tym razem nie potrafili w żaden sposób przedostać się przez miedziane zasieki przed bramką. Atak zespołowy? Duszony w zarodku. Skrzydła? Podcięte. Rodado? Schowany w piwnicy.
Niedźwiedź i spółka pozwolili sobie na tylko jeden moment nieuwagi. W 7. minucie Kuziemka szarpnął na prawym skrzydle i oddał groźny strzał, a do dobitki dopadł Rodado. Na szczęście dla Miedzi strzegący dostępu do bramki Wrąbel stanął na wysokości zadania i dwukrotnie uchronił swoich kolegów z drużyny przed szybką stratą gola.
I to był jeden z kluczy do zwycięstwa Miedzi. We wszystkich poprzednich sześciu meczach, Wisła obejmowała prowadzenie lub strzelała gola w pierwszym lub najpóźniej drugim kwadransie. Wiślacy, co prawda, również przeważali przez pierwsze około pół godziny rywalizacji, jednak w Legnicy nie byli w stanie udokumentować swojej wyższości w postaci zdobyczy bramkowej.
– Trzeba zamknąć Rodado w piwnicy – mówił pół żartem, pół serio trener Niedźwiedź o sposobie na powstrzymanie hiszpańskiego goleadora.
Rodado, który w tym sezonie strzelił 10 bramek w sześciu meczach, w Legnicy był odcięty od podań swoich kolegów przez natychmiastowe podwajanie krycia, gdy tylko znalazł się w posiadaniu piłki. Efekt? Przez 90 minut oddał tylko jeden strzał, w dodatku po dobitce. Sam jednak nie wypracował sobie żadnej pozycji strzeleckiej.
Aż trudno w to uwierzyć, że strzelająca hurtowe ilości bramek Wisła ostatni celny strzał w meczu z Miedzią oddała w… 7. (siódmej!) minucie spotkania, gdy piłkę po wspomnianym uderzeniu Kuziemki dobijał właśnie Rodado. W sumie więc licznik celnych strzałów Białej Gwiazdy zatrzymał się tylko na dwóch próbach. To najlepiej obrazuje skalę ofensywnej niemocy i bezzębności.
Miedź nie tylko postawiła szczelny mur, ale jednocześnie wykazywała nie mniejszą skuteczność z przodu. Wysoko ustawiona linia obrony Wisły miała spore problemy z odbudowaniem pozycji przy szybkich kontratakach legniczan, którzy bezwzględnie wykorzystywali wolne przestrzenie na tyłach przeciwnika.
Obie bramki dla Miedzi padły w podobny sposób. Przechwyt w środku pola, błyskawiczne przeniesienie ciężaru gry na połowę Wisły i finalizacja akcji. Wystarczyło kilka sekund i tyle samo podań.
Najpierw Benedikt Mioc huknął z dystansu, korzystając z braku asysty nikogo w czerwonej koszulce. Wcześniej piłkę odebrał Letniowski, a prostopadłe zagranie z głębi posłał Stanclik.
Drugi gol i ten sam schemat. Drygas odbiera piłkę Kuziemce na połowie Miedzi, szybka wymiana podań progresywnych i kontra zakończona efektowną klepką pod bramką tercetu Antonik-Kuchko-Stanclik.
– W naszej grze nie było przypadku. Wiedzieliśmy, że Wisła jest mocna i ma na tyle jakości, że potrafi wygrywać pojedynki jeden na jeden oraz zdobywać plecy pomocników. Później, po zdobyciu przestrzeni za linią obrony, bardzo często grają tzw. cut back’i, czyli podania, które gdy przeciwnik wyjdzie wyżej, lądują w okolicach 10-15 metra. Wisła strzeliła już kilka takich bramek. Podobnie jak wtedy, gdy rywal wyszedł do nich wysoko i zdobyła pierwszą linię pressingową, Wisła była bardzo groźna. (…) Kluczem nie tylko była obrona. Moim zdaniem, kluczem była dyscyplina, jedność i bardzo dobre wyjście do kontrataków – podsumował Niedźwiedź.
Porażkę Wisły z Miedzią można rozpatrywać na dwa sposoby – z jednej strony jako sygnał ostrzegawczy i kubeł zimnej wody dla podopiecznych Mariusza Jopa, a z drugiej jako lekcję dla ich nadchodzących przeciwników, jak skutecznie grać (i wygrywać) w starciach z krakowskim gigantem.