Król na nowo przywdział odświętne szaty, a Sokół wzbił się ponad szczyty [KOMENTARZ]
Jeśli ktoś do tej pory nie rozumiał, na czym polega magia Realu Madryt w Lidze Mistrzów, to po obejrzeniu wczorajszego meczu, chyba już nie trzeba będzie mu tego tłumaczyć.
– Real Madryt to najlepszy klub świata. […] Jesteśmy skupieni na tym, co musimy zrobić, na dawaniu z siebie tego, co mamy najlepsze i na rozegraniu jutro meczu z jak największą chęcią oraz z jak największymi sukcesami, które miejmy nadzieję mogą nadejść. Wierzymy, że to może być wielki wieczór.
W takim tonie na przedmeczowej konferencji prasowej wypowiadał się Fede Valverde. Wtedy brzmiało to jak zaklinanie szarej w ostatnim czasie rzeczywistości Realu Madryt. Madridismo nie wiedziało, czego się spodziewać po swoich ulubieńcach – bolesnej lekcji futbolu od Manchesteru City czy kolejnego spektakularnego wieczoru w murach zmodernizowanego Bernabéu.
Koniec końców kibice zgromadzeni na trybunach madryckiej świątyni i ci zasiadający przed telewizorami na całym świecie przecierali oczy ze zdumienia. Real po raz pierwszy w tym sezonie wyglądał jak… Real (jakkolwiek to brzmi) i w niczym nie przypominał drużyny, która przegrała z Osasuną i Getafe oraz wymęczyła wygraną z Celtą Vigo w ostatnich minutach. The Citizens nie mieli praktycznie nic do powiedzenia, a od 20. minuty, po pierwszym golu rzeczonego Urugwajczyka, Królewscy bez najmniejszych wątpliwości wyglądali jak bezkompromisowi władcy Europy.
Żeby w bieżącej kampanii zobaczyć Los Blancos tworzących tak nierozerwalny monolit i wygrywających w takim stylu, trzeba było poczekać aż do marca. Każdy zawodnik dołożył do tego wielkiego zwycięstwa swoją cegiełkę, nawet 18-letni Thiago Pitarch, który harował na całej długości oraz szerokości boiska i przebiegł łącznie 10,9 km. Ale lśniącą bezapelacyjnie najjaśniejszym blaskiem perłą w królewskiej koronie był właśnie ten, który przed pierwszym gwizdkiem deklarował wiarę w kolejny magiczny wieczór – Federico Santiago Valverde Dipetta.
Po tym występie jego pseudonim, który brzmi El Halcon (z hiszp. Sokół), nabrał zupełnie nowego znaczenia. Urugwajski Sokół rozpostarł bowiem skrzydła i fenomenalnym hat-trickiem zdemolował zespół Pepa Guardioli, a gdyby przystał na wykonanie rzutu karnego i propozycję Viniciusa, który chciał mu oddać futbolówkę, mógł mieć na koncie karetę. Sprytne minięcie Gianluigiego Donnarummy, strzał gorszą nogą w kierunku dalszego słupka czy wirtuozerskie sombrero, którego ofiarą padł Marc Guehi – po tych wszystkich wyczynach ręce same składały się do oklasków.
27-latek z opaską kapitańską na ramieniu zanotował występ kompletny i trudno nie zgodzić się z jego własnymi słowami, że był to najlepszy mecz w jego karierze. Pochwał pod jego adresem ze wszystkich stron nie było zresztą końca. Trent Alexander-Arnold nazwał go najbardziej niedocenianym piłkarzem na świecie, Alvaro Arbeloa Juanito XXI wieku, a Thibaut Courtois legendą Realu Madryt.
Najważniejszą rzecz powiedział jednak sam główny bohater środowego wieczoru: – Kiedy drużyna jest zjednoczona, kiedy wszyscy walczą w tym samym celu, kiedy wszyscy pracujemy razem, to możemy osiągnąć wielkie rzeczy. Real pierwszy raz od naprawdę bardzo dawna był drużyną, a nie zbiorem indywidualności. I to będzie kluczem do sukcesu w rewanżu w Manchesterze, bo Obywatele wybiegną na murawę z gorącym pragnieniem odrobienia strat i – jak mawiają Hiszpanie – nożem w zębach.
– Trzeba wierzyć, bo jesteśmy Realem Madryt i to są nasze rozgrywki – wzywał przed startem wczorajszej konfrontacji Arbeloa. I to samo motto powinno przyświecać Królewskim w związku ze spotkaniem rewanżowym. Madridistas muszą uwierzyć, że króla Europy stać na to, by drugi raz na przestrzeni tygodnia założyć swoje szlachetne, szczerozłote szaty i kolejny raz udowodnić wszystkim niedowiarkom, że jego wieczna chwała wcale nie pokryła się grubą warstwą kurzu.
Arsenal z awansem do półfinału. Rewanż całkowicie do zapomnienia
Arsenal awansuje do półfinału Ligi Mistrzów i może już skupić się na meczu z Atletico. Konfrontacja ze Sportingiem nie przyniosła zbyt wielu emocji i po mało ciekawym starciu Kanonierzy przystemplowali awans.