Nie było w niemieckiej piłce nigdy klubu, który by do tego stopnia polaryzował opinię publiczną, co RB Lipsk, choć to chyba nawet eufemizm. Dla większości niemieckich kibiców to po prostu najbardziej znienawidzony klub w całym kraju. Bo sztuczny, bo powstał gdzieś w szklanym biurze, bo ma pieniądze, bo wdarł się nieproszony na bankiet dla zasłużonych prominentów i zaczyna ich z miejsca rozstawiać po kątach.
A przecież dusza kibica to dusza romantyka. W gruncie rzeczy nieprzekupna, stęskniona za dawnymi czasami, przecież kiedyś to było lepiej, trochę skostniała, a na pewno konserwatywna. RB Lipsk to ciało obce na kibicowskiej scenie. Dwa miesiące temu redaktorzy popularnego w Niemczech periodyku „11 Freunde” wybrali się na mecz RB z Borussią Moenchengladbach, by posmakować specyficznej atmosfery na trybunach. Pisali o spikerze stadionowym w garniturze i pod krawatem, czego nie doświadcza się w Niemczech w innych miejscach, o kibicach potulnych jak baranki, którzy bardziej przypominali stonowaną siatkarską publiczność niż tą żywiołową piłkarską, o ludziach stojących w kolejkach za kiełbaskami, mimo iż mecz trwał w najlepsze, o muzyce towarzyszącej wyjściu piłkarzy na boisko, brzmiącej jak operowa aria. Pisali generalnie o tym, że wszystko tam jest inspirowane i reżyserowane przez wszechmogący koncern. Jak w Skytechu zarządzanym przez Cezarego Pazurę w „Skrzydlatych świniach” Anny Kazejak.
Z piekła rodem
Kibice poszczególnych klubów prześcigają się w wymyślaniu form protestu przeciwko saksońskiemu nuworyszowi. A to rzucą na murawę zakrwawiony byczy łeb, jak w Dreźnie, a to zbojkotują mecz, jak kibice BVB, a to rozwiną sektorówkę z wymownym napisem „Tradycja od 1900 roku”, jak kibice Gladbach. Zdarzają się protesty inteligentne, jak happening w wykonaniu kibiców Hoffenheim, którzy przy okazji meczu z Lipskiem wywiesili na trybunach autoironiczne transparenty, jak i skrajnie głupie, choćby ten zorganizowany przez kibiców Bayeru Leverkusen i polegający na obrzuceniu autokaru RB workami z farbą. Protest tym głupszy, że przecież klub z Leverkusen jest w zasadzie identycznej proweniencji, co RB.
Walenie w RB Lipsk jest dziś w Niemczech dość modne. Twór powstały na zgliszczach SSV Markranstaedt przedstawiany jest wszędzie niczym diabeł z piekła rodem, który zstąpił na ziemię tylko po to, by przy pomocy mamony zgładzić zakochany w tradycji, klubowy, niemiecki futbol. O kontrargumentację raczej trudno, więc wcielenie się w rolę adwokata diabła kusi wyjątkowo mocno.
– Oni grają tam w piłkę tylko po to, by lepiej sprzedać puszkę z napojem! – Hans-Joachim Watzke lubi wbijać Lipskowi szpilki. Zresztą nie tylko on. W zasadzie całe dortmundzkie środowisko piłkarskie podąża jego tokiem myślenia. Jan-Henrik Gruszecki, jeden z najważniejszych przedstawicieli sceny kibicowskiej BVB i pomysłodawca wielu oddolnych inicjatyw, dodał też niedawno, że w Dortmundzie zarabiają pieniądze po to, by grać w piłkę, a w Lipsku grają w piłkę po to, by zarabiać. Obie tezy tyleż zgrabne, co naciągane. Czyż bowiem Puma nie po to sponsoruje BVB, by lepiej sprzedać swoje buty? Czy zastąpienie historycznej nazwy Westfalenstadion ohydną Signal Iduna Park nie jest przejawem tego, że i Borussia, tak hardo stojąca na straży romantycznych wartości w piłce, sama ochoczo poddaje się procesowi komercjalizacji? Czy koncern Bayer, posiadając klub, nie liczy na zwiększone zyski ze sprzedaży swojej chemii? Czy Volkswagen nie chce sprzedać większej liczby aut, łożąc co sezon 100 milionów euro na VfL Wolfsburg? Czy Telekom i adidas, przelewając rocznie blisko 100 milionów na konto Bayernu, robią to z dobrego serca, czy może jednak widzą w tym dla siebie dobry interes? Przykłady można mnożyć. Filantropów w piłce po prostu nie ma i Watzke na pewno doskonale sobie zdaje z tego sprawę. Wszystko kręci się dziś wokół pieniędzy i udawanie, że jest inaczej, trąci nieco hipokryzją, zwłaszcza z perspektywy klubu wydającego na transfery w jednym okienku blisko 120 milionów. Podobnie rzecz się ma z tezą Gruszeckiego. Cały świat chce dziś zarabiać na piłce. Właściciele klubów, piłkarze, trenerzy, menedżerowie. Kluby pchają się do Ligi Mistrzów nie tylko po splendor, ale przede wszystkim po pieniądze. To przecież dlatego najbogatsi wciąż reformują te rozgrywki, by być jeszcze bogatszymi. To dlatego czwartemu zespołowi z silnej europejskiej ligi łatwiej dostać się do – nomen omen – Ligi Mistrzów niż mistrzowi z kraju piłkarsko przeciętnego. Piłka nożna w czystej postaci już dawno zeszła na dalszy plan. Dziś to potężny biznes, a biznes z założenia zakłada zarobek. Takie czasy.
Łaknienie futbolu
Niemieccy kibice podnoszą często argument, że RB Lipsk to klub bez tradycji. – Tradycja to jest coś ekstra – w „Misiu” wyjaśniał swojej partnerce prezes Ochódzki. A tradycja w niemieckiej piłce to pojęcie wyjątkowo pieczołowicie kultywowane. Hannover 96, Schalke 04, Mainz 05, BVB 09 – liczby, oznaczające datę powstania klubu, najczęściej z dumą dołączane do jego nazwy, są tego najlepszym dowodem. Pojęcie Traditionsvereine w odniesieniu do dużych klubów z wielką przeszłością, takich jak HSV, Werder, Eintracht czy Stuttgart, stale i niezmiennie odmieniane jest w mediach przez wszystkie przypadki. Szczycą się one bogatą historią i dużą liczbą kibiców na stadionach. Problem w tym, że owa tradycja nie jest wcale gwarantem tego, że klub będzie odpowiednio zarządzany. HSV, Werder i Stuttgart są tego świetnymi przykładami. Eintracht zresztą też, bo klub z tak bogatego i wielkiego miasta powinien grać o coś więcej niż tylko notorycznie o środek tabeli. O tej tradycji dość kpiąco wypowiedział się zresztą Ralf Rangnick, pociągający w Lipsku za wszystkie sznurki. – Za 400 lat między nami a Borussią Dortmund nadal będzie 100 lat różnicy, ale Borussia będzie miała wtedy 500 lat, a my 400. I też będziemy mieli tradycję.
Aroganckie? Tak, ale absolutnie w stylu Rangnicka. I nie pozbawione racji. Bo nigdzie nie ma zapisu mówiącego o tym, że kluby założone po roku 2000, są gorsze od tych, które istnieją od ponad stu lat, albo że nie powinno się w ogóle zakładać nowych klubów.
– Sztuczny twór na czele, liczę, że to nic nie znacząca efemeryda – w zeszłym tygodniu, jeden z polskich dziennikarzy wkleił na Twitterze tabelę Bundesligi z takim komentarzem. RB Lipsk wzbudza emocje już nie tylko w Niemczech. Niestety redaktor może się rozczarować, bo nie po to w Lipsku dwa lata temu na sześciu hektarach wybudowano najnowocześniejszy kompleks treningowy z 6 boiskami (4 naturalne i dwa sztuczne) i nie po to stawiano internat z 50 pokojami dla najzdolniejszych piłkarzy, by za chwilę zwinąć interes i zniknąć z piłkarskiej mapy Niemiec. Nie po to tworzy się sielskie wręcz warunki do rozwoju dla młodzieży i nie po to w młodzieżowych reprezentacjach Niemiec grywa obecnie aż 18 piłkarzy RB, nie licząc już nawet reprezentantów innych krajów, jak choćby dwaj nasi zawodnicy – Kamil Wojtkowski i Przemysław Płacheta. Lipsk to żadna efemeryda. Owszem, to bardziej projekt niż klub w powszechnym tego słowa rozumieniu, ale projekt długofalowy, perfekcyjnie przygotowany i realizowany przez gburowatego, zarozumiałego i aroganckiego, a jednocześnie piekielnie inteligentnego i znającego się na swoim fachu jak mało kto Rangnicka, jednego z ojców rewolucji piłkarskiej, jaka dokonała się w Niemczech po katastrofalnych w wykonaniu reprezentacji mistrzostwach Europy w 2000 roku. Trudno się obrażać na tę korporacyjną formułę. Znak czasów i tyle. Trudno też nazwać efemerydą klub, ściągający na trybuny regularnie ponad 40 tysięcy widzów i wypełniający stadion w każdym meczu średnio w 96 procentach. W Lipsku już myślą o powiększeniu obecnej Red Bull Areny, ewentualnie o budowie nowego stadionu, bo ten obecny można rozbudować jedynie do 55 tysięcy pojemności, a to, na ambicje i plany RB, zdecydowanie za mało. Lipsk to coś więcej niż Sinsheim, Wolfsburg i Leverkusen. To metropolia, która dobrą piłkę w mieście miała okazję ostatnio oglądać jeszcze za czasów NRD i okresu prosperity Lokomotive. I jest futbolu złakniona.
Na pasku Mateschitza
Trudno też zarzucić beniaminkowi, że szasta kasą na lewo i prawo, mimo iż ma wręcz nieograniczone możliwości w tym względzie. Według „11 Freunde” budżet płacowy Lipska utrzymuje się w tym sezonie mniej więcej na poziomie Herthy Berlin i oscyluje wokół 50 milionów euro. To mniej, niż ma chociażby kabaretowo zarządzany HSV, mniej niż Borussia Moenchengladbach, znacząco mniej niż Bayer i dwa razy mniej niż Schalke i Wolfsburg. Borussia Dortmund i Bayern to już zupełnie inne światy. Klub jest wierny filozofii nakreślonej przez Rangnicka, by nie przeprowadzać transferów gotówkowych zawodników powyżej 23. roku życia, oraz by nie naruszać struktury wynagrodzeń, w której górny pułap wynagrodzeń to 3 miliony. Żadnych kominów płacowych, żadnych szaleństw, żadnych głośnych nazwisk. Dość powiedzieć, że z reguły ledwie trzech zawodników sprowadzonych tego lata, czyli Brazylijczyk Bernardo, Timo Werner i Naby Keita grywa regularnie pośród piłkarzy, którzy świętowali historyczny awans do 1. Bundesligi. Ba, Fabio Coltorti, Diego Demme, Dominik Kaiser czy Yussuf Poulsen grali w Lipsku jeszcze w czasach 3. ligi. Trenera Ralpha Hasenhuettla także wybrano absolutnie nieprzypadkowo. Rok temu w Ingolstadt dał się poznać jako zwolennik piłki opartej na ultrawysokim pressingu i kontrpressingu oraz błyskawicznym przejściu do kontrataku. Rangnick jest wyznawcą tej samej filozofii i w tym też duchu budował przez lata kadrę Lipska. Stąd te wyniki.
No i wreszcie to nieszczęsne łamanie reguły 50+1. Bronienie poczynań RB na tym polu, to próba wręcz karkołomna, bo w Lipsku zrobiono wszystko, by tę regułę w sposób podstępny obejść. W dużym skrócie chodzi w niej o to, że żaden właściciel nie może skupiać w rękach większościowego pakietu głosów w spółce. Klub musi ich zachować dla siebie 50% plus ten jeden decydujący. Sprawą oczywistą jest, że RB Lipsk to produkt Red Bulla i to Dietrich Mateschitz, jego właściciel, decyduje absolutnie o wszystkim. W Lipsku prawo głosu posiada tylko 17 osób. Większość z nich formalnie nie jest związana z Red Bullem, w praktyce natomiast właściwie wszyscy chodzą u Mateschitza na pasku. Z drugiej strony – skoro odstąpiono od reguły 50+1 w przypadku Wolfsburga czy Bayeru Leverkusen, będących własnością wielkich niemieckich koncernów, skoro przez lata tolerowano modele praktykowane w Hoffenheim i Hannoverze, gdzie Dietmar Hopp i Martin Kind w pojedynkę decydowali niemal o wszystkim i to w dużej mierze dla nich w regulacji uchylono furtkę, dzięki której po 20 latach wspierania klubów mogą stać się ich faktycznymi właścicielami, skoro wreszcie Lipsk wypracował kontrowersyjny acz zgodny z przepisami model i otrzymał licencję, to czego tu się czepiać? Paradoksalnie, sprytne omijanie regulacji 50+1 przez Lipsk, może też działać na korzyść klubów z tradycjami. Rangnick twierdzi, że za 20-30 lat w Niemczech nikt już nie będzie nawet pamiętał o tym charakterystycznym dla niemieckiej piłki klubowej obostrzeniu. I im szybciej to się stanie, tym większa szansa dla klubów pokroju Hamburga, Eintrachtu, Norymbergi czy Stuttgartu na powrót do ligowej czołówki. Byłyby one bowiem niezwykle łakomymi kąskami dla zagranicznych inwestorów. I w tym muszą upatrywać swojej szansy. Same z siebie, Bayernu czy Borussii Dortmund nie dogonią już nigdy. A niebawem Lipska też nie.
Bayern rusza po potrójną koronę! Bawarczycy w finale Pucharu Niemiec
Kilka dni temu Bayern Monachium dopiął swego w Bundeslidze. W Lidze Mistrzów wciąż ma szanse na puchar, a teraz mistrzowie awansowali do finału Pucharu Niemiec.
Jakub Kamiński na stałe w FC Koln? Są nowe informacje niemieckich mediów
Sezon 2025/26 Jakub Kamiński spędzony na wypożyczeniu z Wolfsburga do FC Koln. Polak radzi sobie na tyle dobrze w zespole z Kolonii, że ten myśli o jego wykupie definitywnym.