W lecie przeniósł się z Lecha Poznań do VfB Stuttgart, czyli do 2. Bundesligi. I zniknął z radarów. W Polsce uchodził za talent, w swoim czasie wielu widziało go na środku obrony reprezentacji Polski, wydawało się więc, że na zapleczu niemieckiej ekstraklasy będzie grał z marszu. Było inaczej, ale wreszcie zadebiutował. W niedzielę jego zespół wygrał z Karlsruher SC, a Marcin Kamiński na boisku spędził 90 minut.
Zadebiutowałeś dopiero w 11. kolejce 2. Bundesligi, długo to trwało.
Trochę trwało, to prawda. Czekałem na szansę, pracowałem na treningach – mówi Kamiński. – Wiadomo, chciałem grać wcześniej, widocznie jednak trener uważał, że nie jestem gotowy. Miałem już wystąpić w spotkaniu z TSV 1860 Monachium, tyle że u naszego szkoleniowca Hannesa Wolfa każdy trening jest ważny. Trzy dni przed meczem z TSV wiele wskazywało na to, że zadebiutuję, a potem przyszły właściwie ostatnie zajęcia przed kolejką, nie wszystko mi wychodziło i szkoleniowiec zdecydował, że muszę jeszcze zaczekać.
Zawiodła głowa?
Być może coś w tym jest. Czekałem długo na szansę, miałem wszystko w rękach i nie do końca sobie z tym poradziłem. Ale przed meczem z Karlsruher SC też wiedziałem wcześniej, że trener chce na mnie postawić i tym razem już to udźwignąłem. Postęp więc jest.
Potrafisz powiedzieć, co udało się ci poprawić od momentu przeprowadzki do Stuttgartu?
Nie jestem w stanie wskazać jednej rzeczy, powiedzieć, że tego nie miałem, a teraz już mam. Na pewno jednak gra w Niemczech jest szybsza, na boisku trzeba szybciej myśleć, szybciej podejmować decyzje. Dostajesz piłkę, a rywal już siedzi ci na plecach. Do tego też musiałem się przyzwyczaić.
A znajomość języka niemieckiego? Może to był problem?
Nie do końca. Trener mówi po angielsku, więc swobodnie porozumiewamy się. Tyle że ja zdaję sobie sprawę z tego, że skoro trafiłem do niemieckiego klubu, muszę szybko nauczyć się języka. Rozumiem już prawie wszystko, spokojnie wyłapuję kontekst, natomiast nie zawsze jeszcze jestem w stanie odpowiedzieć. Pracuję jednak na tym, mam lekcje w klubie, w domu z narzeczoną też siadamy do książek. I to nawet nie chodzi tylko o życie w klubie, kontakt z trenerem czy kolegami z zespołu, po prostu chcemy swobodnie żyć w Stuttgarcie.
Nieoczekiwanie mecz z Karlsruher SC zacząłeś w roli defensywnego pomocnika.
Byłem na to przygotowany. Już dwa, może trzy tygodnie temu trener podpytywał, czy wcześniej grałem na szóstce. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że tak, ale raptem kilka meczów. Miałem więc świadomość, że właśnie tak zostanę ustawiony. I chyba nie zawiodłem. Rolę miałem prostą, mam grać przed stoperami, żeby przy atakach rywala nasza defensywa była dobrze zabezpieczona.
Trener chwalił po meczu?
Powiedział, że wypadłem dobrze. W drugiej połowie zostałem przesunięty na środek obrony. Czułem się pewniej, bo zachowania na tej pozycji znam doskonale. Na pewno cieszy fakt, że w przerwie to nie ja opuściłem boisko, trener wprowadzając drugiego napastnika, pozwolił mi zagrać całe spotkanie. Zwłaszcza takie, bo dla nas był to super ważny mecz. Kibice, delikatnie mówiąc, za sobą nie przepadają, atmosfera była gorąca, adrenalina też się udzielała. Tylko mi to pomagało.
W następnej kolejce 2. Bundesligi wracasz na ławkę, czy wychodzisz w wyjściowej jedenastce?
W VfB każdy trening ma znaczenie, sam się o tym przekonałem. Trener Wolf to perfekcjonista, do każdego szczegółu przywiązuję dużą uwagę. Dlatego nie wiem, czy zagram. Będę jednak harował, żeby tak się stało.
Kacper Potulski to jeden z młodych Polaków wzbudzających w ostatnim czasie największe emocje. 18-latek przebojem wdarł się do pierwszej drużyny Mainz, zbierając dobre recenzje.