Inter Mediolan to wdzięczny temat. Tam nie ma stanów średnich: jest albo bardzo dobrze, albo bardzo źle, jak w tym sezonie.
TOMASZ LIPIŃSKI
Krytykowany dziś przez dziennikarzy, wyszydzany przez kibiców, przez jednych i drugich namawiany do ustąpienia, trenerski gołowąs Andrea Stramaccioni nie dalej jak w listopadzie był stawiany w jednym szeregu z największymi włoskimi i nie tylko szkoleniowcami. Pisało się o nim Super Strama lub Special Two, nawiązując do Jose Mourinho znanego powszechnie jako Special One. Były powody do chwalenia.
Początek plagi
3 listopada pokonał w Turynie Juventus, dla którego była to pierwsza ligowa porażka po 49 meczach i 538 dniach. Z Interem usadowił się na drugim miejscu, zaledwie o punkt za obrońcami tytułu. W Lidze Europy też szło gładko. W sumie odniósł dziesięć kolejnych zwycięstw, co stanowiło drugi wynik w historii klubu. Lepszym bilansem mógł się pochwalić tylko Roberto Mancini, który w sezonie 2006-07 poprowadził niebiesko-czarnych do jedenastu kolejnych wygranych i sezon później rekord poprawił do trzynastu. Ale takie osobistości jak Mourinho, Giovanni Trapattoni, Helenio Herrera czy Luigi Simoni młody trener zostawił z tyłu. Po triumfie w Turynie jego bilans wynosił 14 wygranych w Serie A na 20 meczów, co dawało bezprecedensowy wynik 70 procent zwycięstw. Powszechny szacunek budziło też dziesięć na dziesięć wyjazdowych sukcesów, świadczących o odwadze i bezkompromisowości odpowiedzialnego za te wyniki. Stramaccioni był w raju. Podobało się w nim wszystko: brawura, bezczelność, taktyczna elastyczność (na 20 meczów w 19 zmieniał skład i ustawienie). Słowem, to wszystko, co niedługo później ściągnęło na jego głowę pioruny…
Cały artykuł w najnowszym wydaniu tygodnika Piłka Nożna