Andre Schubert nigdy nie miał w Gladbach łatwego życia. Wyciągnął zespół z dna tabeli i poprowadził go do czwartego miejsca w lidze, zakwalifikował się z nim do Ligi Mistrzów, śrubował rekordy wygranych meczów na własnym boisku, odkrył przed Europą talent Mahmouda Dahouda, wprowadził do podstawowego składu kolejnego młodziaka, czyli Nico Elvediego, a mimo to nigdy nie miał trybun tak do końca po swojej stronie.
(fot. Fabrizio Bensch/Reuters forum)
Czuło się, że publika podchodzi do niego z dystansem. Po rejteradzie Luciena Favre’a Max Eberl nazwał go na jednej z konferencji tymczasowym trenerem Borussii i być może właśnie ta tymczasowość siedziała przez cały czas w głowach kibiców.
Inna sprawa, że Eberl, mimo iż wspierał Schuberta na każdym kroku, też nie był w stu procentach przekonany do długofalowej współpracy z nim. W lecie chciał podjąć odważną decyzję. Mimo zakwalifikowania się do Ligi Mistrzów, chciał go zastąpić Markusem Weinzierlem. Napotkał jednak na opór zarządu, który uznał, że nie można zwolnić trenera tuż po tym, jak osiągnął sukces.
Pod koniec rundy jesiennej nikt w Gladbach nie miał już najmniejszej wątpliwości, że zmiana trenera to konieczność. Zespół grał coraz gorzej, miał problem już nawet nie tyle ze strzelaniem goli, co z kreowaniem sytuacji i oddawaniem strzałów na bramkę. Schubert kombinował coraz mocniej, co rusz zmieniał ustawienie zespołu i kompletnie go w ten sposób rozregulował. Żal było patrzeć na mordęgi Thorgana Hazarda czy Raffaela oraz na błędy popełniane z tyłu przez Elvediego czy Andreasa Christensena.
Wybór Eberla padł na niedawnego trenera VfL Wolfsburg Dietera Heckinga, a wśród kibiców znów podniosły się głosy niezadowolenia. Część z nich oczekiwała taktycznego świra w typie Thomasa Tuchela czy Juliana Nagelsmanna, inni nastawiali się na głośne nazwisko pokroju Luisa van Gaala, bo i takie plotki kolportowano w prasie. Eberl miał jednak inną wizję.
Postawił na szkoleniowca, którego dobrze zna, także na płaszczyźnie prywatnej. Dla Heckinga Gladbach to nie pierwszyzna. Jako 18-letni piłkarz sześciokrotnie zagrał w barwach Borussii prowadzonej wówczas przez Juppa Heynckesa. Więcej się nie dało, bo konkurencję w ataku w osobach Franka Milla czy Hansa-Jörga Criensa miał pierwszorzędną. Dziś mówi, że z tamtego okresu „coś w nim pozostało” i że darzy Borussię ogromnym sentymentem. Nie wiem, czy pomoże mu to w codziennej pracy i w nawiązaniu lepszych relacji z kibicami, wiem natomiast, że Hecking na ten moment to chyba najwłaściwszy z wyborów, jakich Eberl mógł dokonać.
To, czego Borussia potrzebuje na wiosnę to spokój i szeroko rozumiana stabilizacja. Kadrowa, taktyczna, wynikowa i emocjonalna. Po okresie rewolucji na każdym polu i eksperymentów przeprowadzanych niemal na żywym organizmie, czas na wyciszenie i dobrze pojętą przewidywalność. Schubert dowoli tasował systemami i pozycjami piłkarzy. Pod koniec rundy można było odnieść wrażenie, że szuka nieco po omacku, a zawodnicy sami tak do końca nie wiedzą, co, gdzie i jak mają grać. Jeśli, jak sugeruje lokalna prasa, Schubert obarczał ich zbyt wieloma obowiązkami na boisku, to Hecking wyczyści im głowy i zresetuje ustawienia. To trener, który ceni sobie taktyczną prostotę, co sam zresztą niedawno zaakcentował, szydząc z pseudonaukowej nowomowy stosowanej przez fachowe portale zajmujące się taktycznymi analizami. W kontekście bieżącej sytuacji Borussii, wcale nie musi to być taka zła informacja. To, czego Źrebakom w ostatnim czasie najbardziej brakowało, to przede wszystkim organizacja gry defensywnej. Hecking znany jest z tego, że potrafi odpowiednio poukładać drużynę, a uporządkowane struktury z tyłu w połączeniu z kreatywnym przodem, jakim Borussia dysponuje, powinny dać odpowiedni efekt. Można zapomnieć o Borussii grającej raz trzema obrońcami, raz czterema, o Ibrahmie Traore biegającym na wahadle, czy o Tonym Jantschke w roli defensywnego pomocnika. Wizytówką Gladbach będzie od teraz klasyczne 4-2-3-1, w którym piłkarze przypisani będą do wyuczonych ról.
Hecking to trener, który nie buja w obłokach. Zawsze twardo stąpa po ziemi i rzeczowo ocenia sytuację. Na konferencji powitalnej nie owijał w bawełnę i nie upiększał rzeczywistości. Stwierdził bez ogródek, że zespół musi się nastawić na twardą walkę o utrzymanie. Żadne tam puchary, żadne machanie szabelką czy napinanie mięśni. Liczy się stan faktyczny. W kontakcie z mediami często sprawia wrażenie nieco wycofanego, może nawet lekko zawstydzonego, ale piłkarze mają o nim dobrą opinię: – Dieter to po prostu dobry człowiek. Wie, jak radzić sobie z piłkarzami. Potrafi z nimi pożartować, o ile oczywiście są skoncentrowani na obowiązkach. Jeśli jednak trzeba, potrafi też walnąć pięścią w stół – tak o swoim byłym trenerze mówi dziś Sergio Pinto, eks-piłkarz Hannoveru. Innymi słowy, Hecking to normalny facet, bez odchyłów. Ani szołmen, ani choleryk, ani furiat, ani olewus. Piłkarze też mogą być spokojni, bo Hecking nie zrobi w kadrze rewolucji. Każdemu da nową szansę. Nie będzie skakał przy linii jak Tuchel, kipiał z emocji jak Valerian Ismael czy wdawał się w polemiki z mediami jak Christian Streich. Będzie po prostu robił swoje. Tylko tyle, a w sytuacji, w jakiej znalazła się Gladbach, aż tyle.
Hecking doskonale wie, co go czeka w nowym miejscu pracy. W 2009 roku przejmował Norymbergę będącą w podobnym położeniu co dziś Gladbach. Nawet w gorszym, bo klub tkwił wówczas głęboko w strefie spadkowej. Najpierw utrzymał bardzo młody zespół w lidze, a w kolejnych sezonach uformował z niego bardzo solidnego średniaka. W Wolfsburgu historia się powtórzyła. Objął zespół okupujący dolne rejony tabeli, by w dalszej perspektywie sięgnąć z nim po wicemistrzostwo Niemiec i krajowy puchar. Wyniki, które dziś przyjęto by nad dolnym Renem z pocałowaniem ręki.
Nie należy też zapominać o tym, że Gladbach to drużyna, mająca w szeregach wielu młodych graczy, a Hecking umie pracować z młodzieżą. To on wprowadzał w Hannoverze do Bundesligi nastoletniego wtedy Konstantina Rauscha. Ligę dla Norymbergi uratował z 19- i 20-latkami w składzie – Dennisem Diekmeierem, Havardem Nordtveitem, Marcelem Risse, Erikiem Maximem Choupo-Motingiem czy wcale nie rewelacyjnym jeszcze wówczas Ilkayem Gündoganem. W Wolfsburgu z kolei wykrzesał wszystko co najlepsze z Ricardo Rodrigueza i pozwolił zaistnieć w zawodowej piłce Robinowi Knochemu czy Maximilianowi Arnoldowi. W Borussii też będzie miał sporo materiału do obróbki.
Heckinga bronią też liczby. Nie jest to trener na chwilę. Od początku kariery trenerskiej, w każdym klubie spędza średnio ponad 2,5 roku i zdobywa 1,53 punktów na mecz. Przekładając na ligę, daje to 52 punkty na sezon – dorobek, który z reguły wystarcza do zakwalifikowania się do europejskich pucharów. W Wolfsburgu pod tym względem było jeszcze lepiej. 1,75 punktów na mecz przekłada się na 60 punktów w sezonie, a to z kolei pozwala myśleć o kwalifikacji do Ligi Mistrzów.
Dieter Hecking prochu w piłce już pewnie nie wymyśli. Nie czeka go już raczej tak świetlana przyszłość, jak Nagelsmanna czy Tuchela. Pewnie za jakiś czas i w Gladbach będą go mieli dosyć. Jego metody opatrzą się piłkarzom, jakiś ważny piłkarz zostanie sprzedany, a do drużyny zakradnie się nieunikniona rutyna. Każdy trener prędzej czy później przeżywa to samo, każdy się zużywa po jakimś czasie. Hans Meyer powiedział kiedyś, że nie ma trenerów na stałe, wszyscy są tylko tymczasowi. I miał rację. Tak jak Schubert był właściwym wyborem po Favrze, tak na obecne czasy tym właściwym wydaje się być właśnie Hecking. Właściwym, bo wypróbowanym w podobnych okolicznościach. Udowodnił kilka razy, że potrafi wyprowadzić łódkę, do której wsiada, na spokojne wody. A w Gladbach póki co nie myślą o niczym innym.
Bayern rusza po potrójną koronę! Bawarczycy w finale Pucharu Niemiec
Kilka dni temu Bayern Monachium dopiął swego w Bundeslidze. W Lidze Mistrzów wciąż ma szanse na puchar, a teraz mistrzowie awansowali do finału Pucharu Niemiec.
Jakub Kamiński na stałe w FC Koln? Są nowe informacje niemieckich mediów
Sezon 2025/26 Jakub Kamiński spędzony na wypożyczeniu z Wolfsburga do FC Koln. Polak radzi sobie na tyle dobrze w zespole z Kolonii, że ten myśli o jego wykupie definitywnym.