Nie
demonizowałbym zwycięstwa z Finlandią, bo chyba każdy widział –
nie jest to rywal szczególnie wymagający. Tyle że pamiętam wiele
meczów reprezentacji Polski z rywalami niewymagającymi, w których
zwycięstwa wydzieraliśmy im z gardła, albo nie wydzieraliśmy w
ogóle. We Wrocławiu dominacja biało-czerwonych nie podlegała
dyskusji, a w pewnym momencie zespół Adama Nawałki wsadził Finów
na karuzelę, z której pozwolił im zejść dopiero przy wyniku 3:0.
Przejazd trwał około 15 minut.
Filip Starzyński rozegrał przeciwko Finlandii bardzo dobry mecz (foto: Ł. Skwiot)
To
co jest najważniejsze i o tym od początku mówił Nawałka, to nie
zachłysnąć się awansem do finałów mistrzostw Europy. Pamiętam
wyniki reprezentacji choćby Jerzego Engela przed mistrzostwami
świata w 2002 roku, które były dalekie od oczekiwań, bo tamta
drużyna w pewnym sensie skończyła się po kwalifikacjach do
azjatyckiego mundialu. Nawałka zrobił wiele, żeby obecny zespół
jeszcze rozwinąć, żeby nie stanął w miejscu, żeby udane
eliminacje nie były jednocześnie końcem drogi. Przekaz
selekcjonera po awansie, także medialny, brzmiał – dopiero teraz
zaczyna się praca. Nie było w tym rzecz jasna wielkiego odkrycia –
co innego jednak naopowiadać różnych rzeczy, a co innego je potem
wykonać. Nawałka nie rzucał słów na wiatr, a jak najlepiej
stymulować zespół do dalszej pracy, jak zmusić zawodników do
koncentracji, do myślenia o tym co będzie, a nie o tym co było,
czyli udanych kwalifikacjach francuskiego Euro? Trzeba stworzyć
warunki konkurencji.
Selekcjoner
nie traci czasu, nie zamyka się na nowych zawodników. Kadra dostaje
dopływ świeżej krwi. Co ważne, Nawałka ma nosa do powołań. Bo
wprowadzić kogoś nowego do drużyny można zawsze, grunt, żeby ten
ktoś wnosił coś do gry, zwiększał konkurencję w zespole. W
meczu z Finlandią trzy z pięciu bramek zdobyli piłkarze, których
w kadrze dawno nie było – Filip Starzyński (gol, naprawdę dobry
występ) i Paweł Wszołek (dwa gole, asysta, występ bardzo dobry).
W ogóle piłkarz Hellas Werona zrobił na mnie doskonałe wrażenie.
Pracował w defensywie, kiedy miał piłkę przy nodze, praktycznie
jej nie tracił, wypełniał założenia taktyczne selekcjonera, bo
niemal każdą akcję ofensywną starał się kończyć w polu karnym
Finów. Widać było, że skrzydłowi ewidentnie mieli takie
zalecenie, zresztą gra bokami była chyba głównym założeniem
ofensywnym Polaków, bo Bartosz Kapustka i Starzyński często szukali
właśnie gry do skrzydeł. Zresztą dwie bramki Kamila Grosickiego
tylko to potwierdzają.
Najważniejsze
jednak, że zawodnicy, którzy nie są podstawowymi graczami
reprezentacji Polski mają poczucie, że traktowani są
sprawiedliwie. Że powołanie oznacza faktyczną szansę wyjazdu na
finały mistrzostw Europy, a nie jest tylko odpowiedzią na
upominanie się mediów o tego czy innego zawodnika – tak na przykład
zrobił Leo Beenhakker z Arturem Wichniarkiem kilka lat temu. I
właśnie dlatego pruli po boisku z Finami aż miło. Walka o wyjazd
na finały mistrzostw Europy właśnie tak powinna wyglądać.
Zmiennicy dali selekcjonerowi wiele powodów do przemyśleń. Ale
kłopotu nie mają kibice, ani nie ma Nawałka – po meczu z
Finlandią kłopot mają przede wszystkim Jakub Błaszczykowski,
Łukasz Fabiański, Piotr Zieliński i inni piłkarze teoretycznie
wyjściowego składu reprezentacji Polski.