FC Koeln przebojem wdziera się do ligowej czołówki
Jeśli stworzyć ranking niemieckich klubów z największym, niewykorzystanym potencjałem, 1. FC Koeln znalazłby się w samym czubie. Czy nadeszły czasy, w których drużyna z Kolonii zacznie grać na miarę wielkich oczekiwań?
Trzecie miejsce w tabeli Bundesligi po pięciu kolejkach (trzy zwycięstwa i dwa remisy), urwanie punktów Bayernowi w miniony weekend, świetna i przyjemna dla oka gra, umiejętność wyciągania wyniku po straconych golach, taktyczna dyscyplina – wszystko to spowodowało, że z niemieckich mediów, szczególnie tych zbliżonych geograficznie, płynie przekaz: kto im zabroni marzyć o europejskich pucharach?
MIEJSCE IDEALNE
Jest tu wszystko, czego potrzeba do osiągania znakomitych rezultatów i stania się trwałym krajobrazem szczytów ligowej tabeli. Kibice? Bardzo proszę – średnia widzów na meczu to w Kolonii prawie 50 tysięcy (dokładnie 48 321, wykręcone w 17 meczach ubiegłego sezonu). Warto zresztą dodać, że w sezonie 2013-14, gdy drużyna trwała na banicji w 2. Bundeslidze i musiała się bić o powrót do elity, średnia widzów nie różniła się wiele, wyniosła trochę ponad 46 tysięcy na mecz. Druga w tym zestawieniu Fortuna Duesseldorf mogła się pochwalić wówczas średnią na poziomie 35 tysięcy. Co tu dużo mówić, w Kolonii kibice są chorzy na futbol.
Infrastruktura? Znakomita. Aby przekonać się samemu, wystarczy wskoczyć w U-Bahn linii 18 pod kolońską katedrą, przejechać 11 stacji i wysiąść na przystanku Klettenberpark. Później jeszcze tylko dziesięć minut spaceru bardzo spokojną okolicą, przebicie się przez piękny park i ukazuje się kameralny, ale przy tym niezwykle funkcjonalny ośrodek treningowy Kozłów. Kilka boisk treningowych, stadion zespołów młodzieżowych, a do tego obiekt klubowy ze znaną w środowisku ze znakomitego jedzenia restauracją Geissbockheim. Nic, tylko trenować i wygrywać.
Kasa? Pełna, wypchana po brzegi banknotami, gotowa na ewentualne wydatki. Wystarczy wspomnieć, że miniony sezon był ze strony finansowych osiągów najlepszy w historii klubu. Niedawno prezes wraz ze swoją świtą chwalili się obrotami wynoszącymi 107 milionów euro. To duża sprawa, wynik znakomity, o ponad 17 milionów wyższy niż w sezonie 2014-15. Dzięki temu 1. FC Koeln wskoczył do elitarnego grona dziewięciu niemieckich klubów wykręcających ponad stumilionowy obrót.
Nikt od nadmiaru pieniędzy w Kolonii nie dostaje gorączki, nikomu nie jest w głowie – jak to się zwykło w Polsce mówić – awanturnicza polityka transferowa. Wystarczy powiedzieć, że na wzmocnienia w ostatnim oknie transferowym wydano tu raptem trochę ponad pięć milionów euro (Sehrou Guirassy za 3,8 miliona oraz Marco Hoeger za 1,3 miliona, inni piłkarze – Artjoms Rudnevs oraz Konstantin Rausch – dołączyli do zespołu jako wolni zawodnicy). Exodus również nie nastąpił, więc trener Peter Stoeger doprowadził do sytuacji, na której bardzo mu zależało i o czym głośno mówił jeszcze w maju – kolejny sezon rozpoczął z kadrą różniącą się od tej z minionej kampanii bardzo nieznacznie. W zremisowanym 1:1 spotkaniu z RB Lipsk w wyjściowej jedenastce pojawił się tylko jeden nowy piłkarz – Rausch. Reszta jest do jego dyspozycji co najmniej od pół roku.
LODU NA GŁOWĘ
I to właśnie doskonale w grze Kolonii widać. Organizacja gry to idee fixe trenera, na punkcie sprawnego funkcjonowania defensywy ma prawdziwego bzika. Najczęściej gra ustawieniem 1-4-4-2, w którym centralnymi postaciami są Albańczyk Mergim Mavraj oraz młody, urodzony w 1993 roku Dominique Heintz. Zarówno jeden, jak i drugi zbierają od początku świetne noty – Albańczyk po pięciu kolejkach miał wykręconą średnią kickerowskich not na poziomie 2,8, czyli niezwykle solidną, Niemiec prezentował się w tym czasie niewiele słabiej. Jakości dokłada również podstawowy, prawy obrońca, Duńczyk Frederik Soerensen – wspomniana trójka jest w zasadzie nienaruszalna w składzie, odrobinę większy ruch panuje jedynie na lewej stronie, gdzie Jonasa Hectora (jeśli ten dostaje za zadanie pełnienie roli defensywnego pomocnika) czasem zastępuje Rausch. To do starcia w ten weekend z Bayernem Monachium jedna z najlepszych defensyw ligi, straciła dotychczas raptem dwa gole – lepszy był tylko Bayern właśnie.
Jedyne, czego można żałować, to fakt, że większej roli nie odgrywa w ostatnim czasie w zespole Paweł Olkowski. Były zawodnik Górnika Zabrze dał przed dwoma laty nadzieję, że może stać się drugim Łukaszem Piszczkiem, wejście w Bundesligę miał bowiem znakomite. Im dalej jednak w las, tym Polak gasł i schodził na dalszy plan. Przed kilkoma miesiącami na łamach „PN” mówił o swojej sytuacji tak: – Miałem pewne problemy, nie chcę i nie muszę zresztą o wszystkim mówić publicznie. Kto ma wiedzieć, ten wie, o co chodzi. Kłopoty zaczęły się jeszcze jesienią, pod koniec listopada. Mogę powiedzieć tylko tyle, że mocno straciłem na wadze, w pewnym momencie wyglądałem bardziej jak chucherko niż zawodowy piłkarz. Na szczęście od około miesiąca wszystko wraca do normy, czuję się lepiej. Tak mówił w marcu. Od tego czasu nie udało mu się poprawić sytuacji. Klubu też zmienić się nie udało, bo ewentualne wypożyczenie kategorycznie wykluczył klubowy menedżer Joerg Schmadtke. – Olkowski zostaje. Kropka – powiedział w czerwcu. No i został.
Po niedawnym meczu z RB Lipsk zaczęły pojawiać się pytania do trenera Stoegera sugerujące, że drużyna zrobiła latem ogromny postęp oraz, że ma ogromne szanse na namieszanie w lidze w sezonie 2016-17. Trener jednak szybko ściągnął wodze. – Nie wydaje mi się, żebyśmy zrobili jakiś wielki skok jakościowy w porównaniu do poprzedniego sezonu – mówił, jednak tajemniczo dodawał: – Ale potencjał jest.
Na jak wiele?
Paweł Kapusta
Tekst ukazał się z nowym numerze Tygodnika „Piłka Nożna”
Kacper Potulski to jeden z młodych Polaków wzbudzających w ostatnim czasie największe emocje. 18-latek przebojem wdarł się do pierwszej drużyny Mainz, zbierając dobre recenzje.