Nastroje w jakich piłkarze warszawskiej Legii przystąpili do sobotniego meczu z PGE GKS Bełchatów w głównej mierze zależały od wyniku derbów Warszawy rozegranych osiem dni wcześniej.
Remis 0:0 z Polonią i pierwsza wiosenna wygrana Śląska Wrocław z Cracovią 3:0 dwa dni później sprawiły, że przewaga podopiecznych Macieja Skorży nad wiceliderem tabeli ze stolicy Dolnego Śląska zmalała o dwa punkty. Nastroje kibiców z Łazienkowskiej jeszcze mocniej zepsuł uratowany w doliczonym czasie gry remis 1:1 z Gryfem Wejherowo w rewanżowym meczu Pucharu Polski. Schodzących do szatni piłkarzy żegnały gwizdy.
– Po tym meczu w zespole była duża złość – komentował Skorża. – Spotkanie oglądało ponad 12 tysięcy kibiców. To nic przyjemnego. Zbiórka następnego dnia o 7 rano była wynikiem naszego słabego występu. To był dla nas dzwonek ostrzegawczy.
Mimo dwóch kolejnych remisów i plotek o przeciwniku, o szansach gości ostrożnie wypowiadał się w mediach trener Kamil Kiereś, którego GKS zremisował tydzień wcześniej z Wisłą Kraków 2:2, a wygraną stracił w ostatniej minucie gry: – Remis z Wisłą był dla nas bolesny, ale staram się tego zbytnio nie roztrząsać. Moim celem jest utrzymanie drużyny w lidze. I nawet jeśli po drodze natrafimy na sztormy w postaci pechowej straty punktów, jak z Wisłą, to na pewno nas nie osłabią. Nic nie jest w stanie nas załamać. Trudno mi to oceniać, ale wydaje mi się, że ostatnie remisy spowodują, że legioniści przystąpią do meczu z nami podwójnie zmobilizowani. Ale taki styl nam odpowiada. Lubimy grać z drużynami, które grają otwartą piłką i nie skupiają się na defensywie.
Ciepłe sobotnie popołudnie stworzyło świetną aurę do wybrania się na stadion. Pepsi Arena przy Łazienkowskiej nie zapełniło się jak na meczu z Polonią, dwie główne trybuny świeciły w niektórych miejscach pustymi krzesełkami, jednak za sprawą kibiców z trybuny północnej było głośno, a doping rozbudzał w senniejszych fragmentach meczu. Duża grupa kibiców Legii wybrała się na mecz wcześniej. Morze białych koszulek można było zobaczyć przy słynnym „Źródełku”, także pub na stadionie był oblegany, a jednym z głównych tematów rozmów było porównywanie sytuacji stołecznego zespołu do Realu Madryt, który po ostatnich wpadkach ma już sześć, a nie dziesięć punktów przewagi na Barceloną w tabeli Primera Division.
W czasie rozgrzewki piłkarzy na stadionem jeszcze górowało słońce. Jako pierwsi na murawę wybiegli bramkarze PGE GKS – Łukasz Sapela i Łukasz Budziłek – w towarzystwie trenera golkiperów w zespole z Bełchatowa Zbigniewa Robakiewicza. Kiedy w ich kierunku poleciało kilka nieparlamentarnych zwrotów, spiker Wojciech Hadaj przypomniał o wspaniałej karcie jaką w Legii zapisał Robakiewicz. Już po chwili można było usłyszeć głośne skandowanie nazwiska pana Zbyszka. Brawo!
Przed meczem podkreślano, że mimo, iż Bełchatów to jedna z najgorzej grających na wyjeździe drużyn w ekstraklasie (zwycięstwo, dwa remisy i osiem porażek), drużyna spisuje się na wiosnę zdecydowanie lepiej. Ich najgroźniejszą bronią miały być skrzydła w osobach Mateusza Maka i Tomasza Wróbla. W pierwszej połowie duet zdecydowanie nie zachwycił, podobnie jak Paweł Buzała, który zmarnował sytuację sam na sam z Dusanem Kuciakiem. Snajper chyba sam nie mógł uwierzyć w to co zrobił, bo nie walczył nawet o piłkę, tylko… złapał się za głowę. Okazało się, że to początek teatru gestów Buzały. GKS kontratakował rzadko, kiedy w 25 minucie napastnik po raz drugi znalazł się w okolicy bramki Słowaka i uderzył w boczną siatkę ze złością uderzył otwartymi dłońmi w murawę. Więcej zimnej krwi miał sporo młodszy Rafał Wolski, który dał Legii prowadzenie w 36 minucie. Pomocnik minął dwóch rywali, wpadł w pole karne i uderzył obok Sapeli.
Drugą połowę zaczęły ataki Bełchatowa, a widoczny był wprowadzony Kamil Kosowski (nieżyczliwie przyjęty przez warszawską publiczność). Znów dały o sobie znać emocje Buzały, który po niedanej wymianie podań ze złością machał rękoma w powietrzu. Gospodarze po kilku minutach uspokoili sytuację i w 53 minucie zdobyli drugą bramkę. Sędziowie dopatrzyli się jednak pozycji spalonej Miroslava Radovicia.
Kiedy wydawało się, że Legia kontroluje sytuację, do głosu doszedł GKS. Niepotrzebny faul na lewy skrzydle, blisko pola karnego, żywiołowa dyskusja Buzały z sędzią, dośrodkowanie Kosowskiego i uderzenie głową Marcina Żewłakowa (również wprowadzonego po przerwie) po którym Kuciak wygarnął piłkę już zza linii bramkowej. Trybuny przy Łazienkowskiej zamilkły.
Mecz zapowiadano także jako pojedynek braci Żewłakow – Michała, obrońcy Legii, i Marcina, napastnika Bełchatowa. Pierwszy przyznał w jednym z przedmeczowych wywiadów, że to taka ich mała rywalizacja.
Na wyrównującą bramkę błyskawicznie zareagował trener Skorża, który zdjął z boiska Michała Żyrę i wprowadził Michała Kucharczyka. Mimo kolejnych zmian – Blanco i Nacho Novo – w drugiej połowie lepiej zaprezentował się Bełchatów. Goście groźnie kontratakowali. Dobrze zagrali widoczny Kosowski, Żewłakow i Buzała (mocno zdenerował się po odgwizdaniu na nim pozycji spalonej). Zawodnicy Legii próbowali wjechać z piłką do bramki, rzadko oddawali strzały, rozbijając się w czasie szukania miejsce o obronę gości, która czasem stała nawet na szóstym, siódmym metrze. Festiwal nieporadności nastąpił w 90 minucie, gdy chyba czterech zawodników Legii oddało strzał, a Sapela musiał interweniować dopiero przy ostatnim, w wykonaniu Blanco.
– Bełchatów sam się osłabia. Ciąg dalszy Buzała show. Napastnik w przypływie emocji nie daje wykonać wrzutu z autu Kosowskiemu, który zostaje za linią i bezradnie rozkłada ręce.
– Konflikt? Ismael Blanco po wejściu na boisku chciał przybić piątkę Danijelowi Ljuboji, ten nie wyciągnął ręki. Chwilę później Serb uderzył niecelnie głową po dośrodkowaniu, chociaż mógł ją zostawić lepiej ustawionemu Argentyńczykowi.
Media: Tak Legia chciała zapłacić za transfer Adamskiego
Rafał Adamski w poprzednim tygodniu zamienił Pogoń Grodzisk Mazowiecki na Legię Warszawa. Światło dzienne ujrzały niedorzeczne informacje na temat tego, jak „Wojskowi” prowadzili tej zimy negocjacje ws. transferu nowego napastnika.