6:0 z Darmstadt, 0:2 z Leverkusen, 3:3 z Ingolstadt, 5:2 z
Hamburgiem, 1:2 z Eintrachtem i 1:1 z Köln. To nie są wyniki uzyskiwane przez
Mainz, Hoffenheim czy innego średniaka. Tak w lidze radzi sobie w meczach
następujących po spotkaniach w Lidze Mistrzów Borussia Dortmund. Tylko 8 oczek
zdobytych w 6 meczach, czyli ledwie 44% wszystkich możliwych do zdobycia
punktów. Dla porównania, w pozostałych 8 meczach dortmundczycy zdobyli aż 17
punktów, czyli blisko 71% maksymalnego dorobku. Pogodzenie grania na wszystkich
frontach rzadko komu się udaje. Liga, krajowy puchar, Liga Mistrzów i jeszcze
mecze reprezentacyjne, w których udział bierze większość zawodników z czołowych
europejskich ekip. Dużo tego. A jeśli jeszcze na dokładkę masz zespół, który w
lecie tworzył się w zasadzie na nowo, bo stracił 3 decydujących o jego obliczu
zawodników i w którym nie wszystko jeszcze funkcjonuje tak, jak byś to sobie
wyobrażał.
Zresztą nie tylko BVB ma problemy w meczach następujących po europejskich
wojażach. Bayern co prawda punktuje niemal na jednym poziomie (77% punktów
możliwych do zdobycia po spotkaniach w LM, 79% w pozostałych), ale w czterech z
sześciu ligowych meczów po LM, Bawarczycy musieli się mocno namęczyć. Z
Hoffenheim i Kolonią potracili punkty, a z Leverkusen i Ingolstadt wygrali po
nienaturalnie ciężkich bojach, mimo iż wszystkie te mecze grali na własnym
boisku. Wystarczy pobieżny rzut oka na tabelę, by zauważyć, że Bayer
Leverkusen, Borussia Mönchengladbach, Mainz czy Schalke też płacą sporą cenę za
przyjemność grania w Europie. Na ich tle BVB i tak radzi sobie więcej niż
przyzwoicie.
W Dortmundzie chcą jednak równać w górę, nie w dół. Choć
oficjalnie nie mówią o detronizacji Bayernu, to jednak są chwile, kiedy
zdradzają to, co skrywają głęboko w duszach. Po wygranej w lidze nad
monachijskim gigantem, Łukasz Piszczek bez ogródek stwierdził, ze walka o
mistrzostwo rozgorzała na nowo. Chorobliwa ambicja Thomasa Tuchela też nie
pozwala mu zadowalać się oglądaniem pleców wielkiego rywala, a Hans-Joachim
Watzke przed spotkaniem z Bayernem z dumą obwieszczał, że na boisku spotkają
się dwa największe, najlepsze i najznamienitsze kluby w Niemczech. Zestawienie
siebie w jednym szeregu z Bayernem do czegoś jednak zobowiązuje. To jak z
dyskusją o równouprawnieniu – trzeba przejąć nie tylko prawa, ale i obowiązki.
To wszystko plus porywająca gra BVB w Lidze Mistrzów i
niektórych spotkaniach ligowych sprawia, że spirala oczekiwań jej kibiców coraz
mocniej się nakręca, co w zetknięciu z postawą zespołu w takich meczach jak ten
z Eintrachtem czy w sobotę z 1. FC Köln, wywołuje falę pytań o to, która twarz
BVB jest prawdziwa i czy na pewno Borussię, przy tak dużych wahaniach formy,
można brać za klub z europejskiego topu.
Oczywistym jest, że to jeszcze nie jest półka z towarami
luksusowymi pokroju Bayernu, Realu czy Barcelony, ale czy poza nimi BVB ma
powód, by bać się w Europie kogokolwiek innego? Dortmund nie jest i nigdy nie
będzie docelowym miastem dla gwiazd światowej piłki. To zawsze będzie
przystanek w drodze do Madrytu, Barcelony, Monachium czy nawet Londynu. W
Dortmundzie są tego w pełni świadomi i robią co mogą, by w ramach swoich
możliwości finansowych stać się dla tych najbogatszych poważnym konkurentem.
Wyzbyli się z kontraktów piłkarzy wszelkich klauzul odstępnego, niemal wszyscy
znaczący zawodnicy mają długie, minimum jeszcze czteroletnie umowy z klubem
(pominąwszy Pulisicia i Reusa, których umowy kończą się w 2019) i to Zorc z
Watzkem będą w najbliższych latach panami sytuacji, jeśli chodzi o politykę
transferową klubu. Poza tym, jeśli wygrywasz grupę w Lidze Mistrzów z Realem
Madryt, jeśli nie dajesz mu się pokonać w dwumeczu i wcale nie wyglądasz od
niego gorzej pod względem piłkarskim, jeśli wygrywasz w lidze z Bayernem, nie
dając mu dojść do żadnej czystej sytuacji strzeleckiej, jeśli masz w składzie
światowe gwiazdy, jak Aubameyang czy Reus, mistrzów świata, jak Götze czy
Ginter i talenty najwyższej światowej klasy, jak Mor, Dembele, Pulisic czy
Weigl, to jak tu mieć jakiekolwiek kompleksy względem kogokolwiek?
W tych ważnych meczach, Borussia jest jak przepiękna kobieta
na eleganckim balu. Powabna, uwodzicielska, kusząca i wytworna, przystrojona w
zmysłową suknię i nie mogąca się opędzić od przypadkowych adoratorów, którzy
widzą ją zazwyczaj jedynie w takim właśnie anturażu. W tych mniej ważnych zaś,
kiedy trzeba wrócić z balu i ubrać w domu coś wygodniejszego, widać często jej
drugie oblicze. Zamiast eleganckiej sukni, ma na sobie wyświechtaną podomkę,
włosy w nieładzie, niedbale naniesiony makijaż, a na nogach, zamiast
pantofelków, zwykłe, filcowe bambosze. Czasem i tak mimo wszystko wygląda
znośnie, a czasem – jak choćby we Frankfurcie – tak, że odechciewa się na nią
patrzeć. To wciąż jednak ta sama, piękna dziewczyna, która potrafi zrobić się
na bóstwo, jeśli tylko ma ku temu sposobność i czas.
Powodów, dla których BVB nie w każdym meczu wygląda jak Miss
World, jest sporo. W lecie do zespołu trafiło aż 8 nowych zawodników. Mimo iż w
większości są to fantastyczni piłkarze, to jednak wypracowanie między nimi
automatyzmów czy zoptymalizowanie współpracy między poszczególnymi piłkarzami
czy formacjami, wymaga wiele czasu. Zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę, że
Tuchel lubi i potrafi rotować składem i ustawieniem drużyny jak nikt inny w
lidze. Dziś, o obliczu Borussii nie decydują już Gündogan, Hummels i
Mchitarjan, tylko Dembele, Götze i Guerreiro. W trakcie sezonu nie ma czasu na
wprowadzanie poprawek i ulepszeń. Sobota mecz, niedziela regeneracja,
poniedziałek trening, wtorek wylot na mecz i lekki wieczorny trening pod kątem
rywala w LM, środa mecz, czwartek powrót i regeneracja, piątek trening pod
kątem ligowego rywala, sobota lub, daj Boże, niedziela mecz… Podczas gdy dla
takiego Eintrachtu czy Kolonii mecz z BVB to jedno z najważniejszych wydarzeń
rundy, Borussia przystępuje do niego niemal z marszu, po jednej, maksymalnie
dwóch jednostkach treningowych. A to potem wychodzi w meczu. 2 bramki stracone
w spotkaniu przeciwko Ingolstadt i jedna z 1. FC Köln są niczym wycięte z tego
samego szablonu. Stały fragment, pogubiona, stojąca bardzo wysoko, strefa i
nieszczęście gotowe. Znając perfekcjonizm Tuchela – w środku z pewnością aż się
gotuje z wściekłości, widząc, jak jego drużyna powiela błędy. Sam jednak zdaje
sobie sprawę z tego, że czasu nie da się przyspieszyć: – Duża część zawodników,
którzy do nas trafili, nigdy nie grała w Bundeslidze, nie wie, jak to jest grać
w Kolonii i nie jest przyzwyczajona do gry co trzy dni. To pewien proces. Po
meczu we Frankfurcie odbyliśmy dobry tydzień treningowy. Musimy się
zregenerować, odzyskać niezbędną do gry świeżość. Nie mamy wystarczająco dużo
czasu, by ułożyć ten młody zespół – mówił po ostatnim meczu z Kolonią.
W podobne tony uderzał Hans-Joachim Watzke. – Powtarzaliśmy
od samego początku, że wpadki są wkalkulowane w nasz rozwój. Po przeprowadzeniu
w lecie 13 transferów wiedzieliśmy, że będą się one zdarzać i szczerze o tym
mówiliśmy. Naszym celem jest bezpośrednia kwalifikacja do Ligi Mistrzów i nie
widzę żadnych powodów, by co trzy-cztery tygodnie o tych celach dyskutować.
Trzeba też uczciwie powiedzieć, że Borussia ma też w tym
sezonie sporo pecha do kontuzji. Sprowadzony do rywalizacji ze Schmelzerem na
lewej obronie Raphael Guerreiro, okazał się być fantastycznym uzupełnieniem
środka pola, idealnie łączącym drugą linię z atakiem. Przez dłuższy czas był jednak
kontuzjowany i dopiero wraca do treningów, podobnie zresztą jak i inni
zawodnicy mogący spełniać tę rolę, czyli Shinji Kagawa czy Mario Götze. W
słabszej formie znajduje się natomiast Gonzalo Castro i mimo bardzo szerokiej i
wyrównanej kadry BVB okazuje się, że na newralgicznej pozycji w drugiej linii
skończyły się Tuchelowi wszelkie opcje. Na kłopoty zdrowotne narzekali też w
trakcie rundy niekwestionowany lider defensywy Sokratis Papastathopoulos i Marc
Bartra, który bardzo udanie wprowadził się do BVB, ale po powrocie do gry nie
jest jeszcze w takiej dyspozycji, jak na początku rundy. Po długiej przerwie
grać zaczął wreszcie Marco Reus, a ile jest wart zdrowy Reus dla Borussii,
mogliśmy zobaczyć w pięciu ostatnich meczach, w których Marco bezpośrednio
partycypował w 10 golach strzelonych przez BVB. Dużo tych kontuzji, jak na
jedną rundę.
Pamiętajmy też o mentalności tych młodych chłopaków. Napomknął
o niej w sobotę goszczący w SportStudio w ZDF-ie Julian Weigl. Mówił, że to
wcale nie takie proste zagrać w środę na Santiago Bernabeu z Realem, a w sobotę
kopać się po nogach z chłopakami z Kolonii, którzy przez cały tydzień
szlifowali formę i ostrzyli kosy na ten właśnie mecz. Potwierdzał też słowa
Tuchela o tym, że większość z tych młodych chłopaków dopiero uczy się grania o
pełną pulę co trzy dni. Zarówno w sferze fizycznej, jak i mentalnej.
Dlatego, drodzy kibice BVB, życzę Wam z okazji nadchodzących
świąt przede wszystkim dużo cierpliwości do waszej lubej. Jeszcze nie raz was
będzie w najbliższych miesiącach irytować, nie raz będziecie patrzeć z
niesmakiem na jej domowe wdzianka. Ale bądźcie cierpliwi. Dajcie jej rok, może
dwa, niech się trochę wyrobi, a nie będziecie mogli od
niej oderwać oczu.
Bayern rusza po potrójną koronę! Bawarczycy w finale Pucharu Niemiec
Kilka dni temu Bayern Monachium dopiął swego w Bundeslidze. W Lidze Mistrzów wciąż ma szanse na puchar, a teraz mistrzowie awansowali do finału Pucharu Niemiec.
Jakub Kamiński na stałe w FC Koln? Są nowe informacje niemieckich mediów
Sezon 2025/26 Jakub Kamiński spędzony na wypożyczeniu z Wolfsburga do FC Koln. Polak radzi sobie na tyle dobrze w zespole z Kolonii, że ten myśli o jego wykupie definitywnym.