Józef Dankowski (obecnie trener rezerw Górnika Zabrze): – Ryśka pamiętam z racji jego góralskiego charakteru. Chłopak pochodził spod Bielska, a dokładnie z Bestwiny i jego charakter bardzo pasował do Górnika. Bardzo szybko też wkomponował się w nasz zespół, bo był piłkarzem, który nigdy się nie poddawał. Był grającym taranem, który rozbijał szyki obronne rywali i nic go nie było w stanie przerazić lub wystraszyć. Nigdy też nie użalał nad sobą, nie mówił, że jest źle, że czegoś nie da się rozbić. Kilka lat temu pojawił się na stadionie w Zabrzu, więc była okazja, żeby pogadać o starych czasach. Ale i wówczas na nic nie narzekał.
Mieczysław Agafon (obecnie trener juniorów młodszych Górnika): – Byłem jego młodszym kolegą, bo wchodziłem do drużyny, gdy on był jednym z jej filarów. Na początku tworzył atak wspólnie z Ryśkiem Cyroniem i swoim zadziornym charakterem pasował idealnie do tego duetu. Głowę wkładał tam, gdzie inni bali się nogi włożyć. Młodszemu pokoleniu kibiców dziś trudno to sobie wyobrazić, ale Rysiek nikogo i niczego się na boisku nie bał. W trudnych momentach boiskowych szedł całym sobą i strzelał bramki dla Górnika. I za to go ceniliśmy szczególnie.
Andrzej Orzeszek (obecnie trener koordynator młodzieży): – Przede wszystkim był super kolegą z wielkim poczuciem humoru i skłonnością do żartów. Kiedyś, trener Lesław Dunajczyk przed treningiem siedział w naszej szatni i czytał gazetę, a Rysiek podpalił mu ją tak sprytnie, że dopiero jak pojawiły się płomienie, trener zaczął gasić gazetę. Dunajczyk był bardzo zdziwiony tym małym pożarem i nawet nie podejrzewał, że ktoś z nas zrobił mu kawał. Było sporo śmiechu z tej sytuacji, tym bardziej, że wmawialiśmy trenerowi, że przez okno wleciał piorun i to on podpalił mu gazetę… Na boisku Rysiek nigdy nie odpuszczał, chętnie pomagał młodszym kolegom. Rywalizowaliśmy nawet o miejsce w ataku. Z dużym bólem i żalem przyjąłem informację o jego przedwczesnej śmierci.
Dariusz Koseła (obecnie trener rocznika 2001 Promotora Zabrze): – To był bardzo wesoły i fajny kolega. Nie widywałem go zbyt często po zakończeniu kariery, ale zawsze będę wspominał bardzo miło. To był walczak boiskowy, miał też niesamowity zmysł do strzelania bramek. Gdyby nie złamanie nogi to zostałby najpewniej królem strzelców w sezonie 1990-91 i wyjechałby do Belgii do FC Brugge. Miał już ten kontrakt praktycznie w kieszeni, ale po kontuzji nogi to nie on, a Tomek Dziubiński z Wisły Kraków pojechał do Belgii. To fatalne złamanie nogi miało miejsce w Mielcu. Graliśmy tam ze Stalą i Rysiek poszedł na taką stykową piłkę, zderzając się z Piotrkiem Wojdygą, bramkarzem Stali. Był wtedy liderem strzelców ekstraklasy i nie wiadomo, jak potoczyłaby się jego kariera, a także całe jego życie, gdyby nie to złamanie nogi.
Motor Lublin może pogłębić kryzys Śląska Wrocław. Ma patent na pokonywanie go
Sobotnie zmagania na boiskach PKO Bank Polski Ekstraklasy otworzy mecz Motoru Lublin ze Śląskiem Wrocław. Gospodarzom dobrze kojarzą się tego typu okazje.