To jedno z
najpiękniejszych niemieckich miast, jakie widziałem w życiu, a widziałem ich
niemało. Prawdziwa metropolia z przepięknymi zabytkami, niezwykle urokliwym
portem, malowniczo wijącą się Łabą i otwartymi, sympatycznymi ludźmi na
ulicach. Niemcy mówią, że Hamburg to „Weltstadt”. I mają rację, bo będąc tam
naprawdę ma się wrażenie znalezienia się w wielkim świecie. Każdy znajdzie tam
coś dla siebie.
fot. Imago sportfotodienst/Reuters/Forum
Miłośnicy kultury wysokiej mogą się udać do hamburskiej opery
narodowej, albo do jednego z 300 teatrów lub 50 muzeów, ci, którzy preferują
wypoczynek na świeżym powietrzu, miło spędzą czas w Alsterparku, a zwolennicy
kultury niższych lotów, ugrzęzną na dobre w hamburskiej dzielnicy uciech, czyli
na St. Pauli. Nawet przybysze z dalekiej Azji nie mogą narzekać, bo w samym
centrum miasta znajdą kilkupiętrowe centrum handlowe, w którym można kupić
wszelkiej maści towary z bliskiego i dalekiego wschodu, zaczynając od wyrobów
elektronicznych z Chin, a na najbardziej wyszukanych przyprawach ze Sri Lanki
kończąc. I tylko fani piłkarscy mają przechlapane. Ich akurat Hamburg nie
rozpieszcza, i to od wielu lat.
Wystarczy szybki rzut
oka na tabele 1. i 2. Bundesligi. I HSV, i St. Pauli szorują ich dno, a Niemcy konstatują
tę sytuację stwierdzeniem, że Hamburgowi derby nie są widocznie pisane na
żadnym szczeblu. Szczególnie dojmująca dla fanów piłki jest gangrena trawiąca
tak zasłużony w historii niemieckiego futbolu klub, jak HSV. Prasa prześciga
się w wymyślaniu co rusz to nowych gierek słownych, dyskredytujących sam klub,
a przede wszystkim działalność Dietmara Beiersdorfera. Hamburger SV to dziś
taki niemiecki odpowiednik naszego świętokrzyskiego Wąchocka. To tam mają swój
początek wszystkie najlepsze dowcipy. To tam dzieją się rzeczy, o których się
nawet filozofom nie śniło.
HSV to specyficzny
klub. Najwięcej radości panuje tam zawsze w letniej przerwie między sezonami. Scenariusz
powtarza się zresztą co roku – cudowne ocalenie ligi wywołujące euforię wokół
klubu, na bazie której rodzi się przekonanie graniczące z pewnością, że teraz
to już musi być tylko lepiej i tęskne spoglądanie w kierunku, kochającego HSV
miłością ślepą i bezwzględną, przedsiębiorcy Klausa-Michaela Kühnego, by ten,
jak co roku zresztą, odkręcił kurek z kasą, za którą Beiersdorfer znowu urządzi
dla gawiedzi bal na Titanicu. Rzut oka za burtę wystarczyłby, by zauważyć, że
góra lodowa jest już nie tyle w zasięgu wzroku, co wręcz na wyciągnięcie ręki.
Ale skoro orkiestra nie przestaje grać…
Chociaż nie, są już
pierwsi śmiałkowie, którzy postanowili wyskoczyć z okrętu zmierzającego ku
katastrofie. To Jörn Wolf i Joachim Hilke. Pierwszy z nich przez 14 lat
odpowiadał za politykę medialną klubu i był rzecznikiem prasowym. Nagle jednak
uznał, że potrzebuje nowych wyzwań. Natomiast ten drugi jest – bo formalnie odejdzie
dopiero z końcem roku – członkiem zarządu klubu odpowiedzialnym za marketing.
Uznał, że jego praca nie ma większego sensu, skoro piłkarze tydzień w tydzień
grą kompromitują klub na boisku. W sumie ma rację, 3 zdobyte punkty w 11
meczach to bilans wręcz katastrofalny, gorszy nawet od najsłabszej drużyny w
historii Bundesligi, czyli Tasmanii Berlin, która w historycznym sezonie
Bundesligi po 11 meczach miała na koncie jedną wygraną i jeden remis – stosując
dzisiejszy przelicznik daje to 4 punkty.
Odkąd do klubu w lipcu
2014 roku powrócił Beiersdorfer i objął stanowisko przewodniczącego rady
nadzorczej spółki, to, co dzieje się w HSV, znacznie bardziej nadaje się do
cyklicznego pokazywania w Comedy Central, niż w nastawionym na sport Sky’u.
Jego przyjście związane było z inicjatywą HSV Plus, mocno wspieraną przez
Kühnego. Inicjatywa ta polegała na wyodrębnieniu sekcji piłkarskiej ze struktur
klubu po to, by móc nią sprawniej zarządzać i pełniej dotować. W zamian za
kolejne pożyczki, których nowo zawiązana spółka i tak nie dałaby rady spłacić,
Kühne otrzymywał i otrzymuje nadal następne procenty udziałów w niej i obecnie
skupia w swoich rękach 11 procent akcji. Nie rządzi jednak bezpośrednio. Jego
człowiekiem w zarządzie spółki jest Karl Gernandt, mający w Niemczech opinię
zręcznego ekonomisty, a jednocześnie piłkarskiego dyletanta. Można by rzec, że
Beiersdorfer też jest jego protegowanym, co wyjaśnia chyba, dlaczego, mimo
serii wpadek i fatalnych decyzji, nadal piastuje on funkcje w klubie. Nic zatem
dziwnego, że HSV w ostatnim czasie tak ochoczo wydaje pieniądze na transfery. Problem
w tym, że wydaje je fatalnie. Od lipca 2014 roku, na same kwoty odstępnego na
nowych zawodników przeznaczono aż 90 milionów euro i to wcale nie musi być
koniec, bo w „Bildzie” już pojawiają się informacje, że Kühne chce ratować ligę
za wszelką cenę i w zimie będzie skory do wyłożenia kolejnych 15-20 milionów na
nowych zawodników. Do kasy klubu, z tytułu transferów, wróciło natomiast w tym
czasie niecałe 40 milionów. Podsumowując – w ciągu ostatnich trzech lat przemielono
w niszczarce niemal 50 milionów, a poziom drużyny nie tylko nie wzrósł, co
wręcz drastycznie spadł. Konkrety? 10 milionów zapłacono Hercie Berlin za
Pierre’a-Michela Lasoggę, który od momentu wykupu (w pierwszym sezonie był
tylko wypożyczony) błysnął w Hamburgu w zasadzie tylko raz, a było to wtedy,
gdy w kolorowej prasie ukazała się seksowna sesja zdjęciowa z nim i… jego matką
w rolach głównych. Matką, która to, dodajmy, jest na co dzień jego menadżerką.
6 milionów zapłacono Napoli za Valona Behramiego, jego najbardziej
spektakularną akcją w HSV była bijatyka w szatni przed meczem z Borussią
Dortmund ze wspomnianym wyżej Lasoggą. Po jednym sezonie już go w klubie nie
było, przygarnął go do siebie angielski Watford za jedyne 3,5 miliona, co też
pokazuje, jak bardzo Hamburgowi zależało na jego odejściu. I wreszcie
najświeższy przykład, czyli sprowadzenie do klubu za 5 milionów Alena
Halilovicia, który przychodził z naklejoną łatką światowej klasy talentu, a
dziś przegrywa rywalizację o miejsce w kadrze meczowej, nie mówiąc już o
miejscu w składzie, z piłkarzami, którzy nawet dla uważnych obserwatorów
bundesligowej sceny są zupełnie anonimowi, jak chociażby Finn Porath, Nabil Bahoui czy Bakery Jatta.
By zamknąć wątek
kadrowy dodajmy jeszcze, że Beiersdorfer, który w maju tego roku wyrzucił z klubu
dotychczasowego dyrektora sportowego Petera Knäbela i sam przejął jego
obowiązki, tak zatracił się w lecie w zakupach do ofensywy (notabene i tak nie
funkcjonuje jak należy), że kompletnie zapomniał o dwóch newralgicznych
pozycjach w drużynie, czyli o środku defensywy i defensywnej pomocy. Tam
Hamburg od lat zmaga się z ogromnymi problemami. Nie może jednak być inaczej,
skoro dostępu do bramki bronią elektryczny Johan Djourou, który stracił
ostatnio kapitańską opaskę po tym, jak odważył się publicznie skrytykować
trenera za pomysł grania trzema środkowymi obrońcami, podstarzały Emir Spahic,
który demonem szybkości nigdy nie był a w tym sezonie częściej gości w
gabinetach lekarskich niż na boisku oraz Cleber, środkowy obrońca rodem z
Brazylii – na boisku zawsze jest gotów odbezpieczyć granat i wyrzucić zawleczkę
byle dalej…
Ale wracając na chwilę
do Knäbela, we wrześniu ubiegłego roku furorę w Niemczech zrobiła informacja o
tym, że jakaś pani znalazła w hamburskim parku plecak, znajdowały się w nim tajne
dokumenty HSV, między innymi umowy wszystkich piłkarzy. Po jakimś czasie
wyjaśniło się, że plecak był własnością Knäbela, który to zgłosił na policji
jego kradzież. Mimo śledztwa, policja nie znalazła żadnych śladów sprawców
rzekomej kradzieży.
Zresztą Knäbel ma jeszcze
jeden ciekawy epizod w hamburskim życiorysie. W kwietniu 2014 roku, przyjaciel
Beiersdorfer, bo tak jeszcze wtedy o nim mówił, do obowiązków dyrektorskich
dołożył mu jeszcze i trenerskie, jednak po dwóch porażkach (0:4 z Leverkusen i
0:2 z Wolfsburgiem) wycofał się z tego rakiem i postawił na Bruno Labaddię,
który cudem uratował HSV przed degradacją. A Knäbel pełni dziś funkcję doradcy
zarządu przy FC Zurych. Wypada mieć nadzieję, że nie dają mu do rąk żadnych
ważnych dokumentów.
Inne ciekawe wydarzenia
z ostatnich dwóch lat? Można sypać jak z rękawa. Chociażby problemy z budową
akademii, bo przeznaczona na jej budowę pożyczka od fanów w wysokości 17,5 milionów
euro, została spożytkowana na działalność bieżącą. Ostatecznie budowę w końcu
rozpoczęto, wzięto kolejną pożyczkę… Beierdorfer zapewnia, że tę pierwszą
pożyczkę, czyli od fanów, klub zacznie spłacać w 2019. Pytanie, czy to na pewno
będzie jeszcze jego problem, bo jego pozycja w klubie słabnie z każdym kolejnym
tygodniem, a na największego krytyka wyrósł wspomniany wyżej Gernandt. Złożyła
się na to nie tylko mizeria sportowa, ale też i nieudolność Didiego w
poszukiwaniu nowego dyrektora sportowego. Rada nadzorcza uznała, że
Beiersdorfer musi się jednak z kimś podzielić kompetencjami. Postawiono mu warunek,
aby zaprezentował następcę w przerwie reprezentacyjnej. Negocjacje z
potencjalnymi kandydatami szły bardzo źle. Horst Heldt i Nico-Jan Hoogma
podjęli rozmowy, ale rezygnowali z ewentualnej posady, dając w mediach do
zrozumienia, że są zniesmaczeni sposobem prowadzenia ich przez Beiersdorfera,
Jonas Boldt z Leverkusen nawet nie spojrzał w kierunku oferty ze strony HSV,
podobnie zresztą jak i szef skautów BVB, Sven Mislintat. I kiedy Beiersdorfer
znalazł w końcu kamikadze gotowego zamienić spokojne Bochum na szalony Hamburg
i dogadał się z Christianem Hochstätterem, veto postawił drugoligowiec, żądając
za dyrektora sportowego 3 miliony euro, podczas gdy Hamburg proponował ledwie
800 tysięcy. Beiersdorfer szuka zatem dalej. W minionym tygodniu prasa
spekulowała, że porażka z Hoffenheim może go wreszcie strącić ze stołka, ale
piłkarze sprawili fanom miłą niespodziankę i po nienaturalnie dobrej jak na HSV
grze, zremisowali 2:2 z silnym rywalem. Odroczyło to wyrok na Beiersdorferze, tylko
na jak długo – przed Hamburgiem najważniejszy mecz rundy, czyli Nordderby z
Werderem u siebie i tutaj kibice jednym punktem już na pewno się nie zadowolą.
Wszystkie opisane tutaj
historie zdarzyły się w okresie rządów Beiersdorfera, choć oczywiście to
jedynie wierzchołek góry lodowej. Dużo tego jak na niecałe 30 miesięcy, choć przecież
wcale nie jest tak, że Beiersdorfer uosabia wszystko to, co najgorsze w klubie.
Gangrena wdała się do organizmu hamburskiego Dinozaura, jak określa się w
Niemczech HSV, znacznie wcześniej i od dawna zżera go od środka. Przez lata
żyto ponad stan, myśląc tylko o teraźniejszości, prowadząc przy tym radosną
politykę transferową. Kupowano za fortuny graczy przeciętnych lub będących na
równi pochyłej, jak Rafael van der Vaart, Marcus Berg czy Eljero Elia, za grosze
oddawano tych, którzy w nowych klubach okazali się potem bardzo dobrymi
piłkarzami, jak Milan Badelj, Per-Ciljan Skjelbred czy Kerem Demirbay, nie
poznawano się nawet na wychowankach, takich jak Andre Hahn czy Shkodran
Mustafi, którzy opuszczali klub w zasadzie za darmo i nawet na potencjalnych
gwiazdach nie potrafiono zbić fortuny, gdyż Jerome Boateng, Jonathan Tah i
Heung-Min Son opuścili Hamburg za w sumie niewielkie 30 milionów euro. Dodajmy
do tego nieustanne tarcia i przepychanki o władzę, mnogość frakcji w zarządzie,
ciągłe zmiany trenerów i brak spójnej wizji na rozwój klubu. Długo by
wymieniać. HSV to dziś piłkarska stajnia Augiasza, czekająca na przybycie
jakiegoś Heraklesa. Problemów jest tam jednak tak wiele, że nawet i on mógłby
jej nie ogarnąć…
Bayern rusza po potrójną koronę! Bawarczycy w finale Pucharu Niemiec
Kilka dni temu Bayern Monachium dopiął swego w Bundeslidze. W Lidze Mistrzów wciąż ma szanse na puchar, a teraz mistrzowie awansowali do finału Pucharu Niemiec.
Jakub Kamiński na stałe w FC Koln? Są nowe informacje niemieckich mediów
Sezon 2025/26 Jakub Kamiński spędzony na wypożyczeniu z Wolfsburga do FC Koln. Polak radzi sobie na tyle dobrze w zespole z Kolonii, że ten myśli o jego wykupie definitywnym.