Rewanżowy mecz 1/8 finału Ligi Mistrzów sprzed roku z Juventusem. Bayernowi idzie jak po grudzie, przegrywa do przerwy 0:2. Monachiijczycy łapią kontakt po golu Roberta Lewandowskiego, by odrobić straty dzięki Thomasowi Muellerowi już po upływie regulaminowego czasu gry. W dogrywce nie było już wątpliwości, kto w tym pojedynku był lepszym zespołem.
Gdzie byłby Bayern bez Roberta Lewandowskiego? (fot. imago sportfotodienst/reuters/forum)
Albo finał Ligi Mistrzów 2013, czyli wewnątrzniemiecki pojedynek Bayernu z Borussią Dortmund. Wszystko zmierza ku dogrywce, gdy na minutę przed końcem długą piłkę gasi w polu karnym Franck Ribery, ta trafia po nogi Arjena Robbena, który po krótkim dryblingu wtacza ją do bramki strzeżonej przez Romana Weidenfellera. Bayern zdobywa najcenniejsze klubowe trofeum na świecie i godnie żegna się z Juppem Heynckesem. Wreszcie legendarny finał sezonu 2000/2001…
Był 19 maja 2001 roku. Schalke przegrywało najpierw 0:2, a następnie 2:3, ale powróciło z zaświatów i wygrało 5:3. 90 sekund po tym, jak duński napastnik Ebbe Sand zdobył piątą bramkę, Hamburg strzelił na 1:0 przeciwko Bayernowi, w ostatniej minucie regulaminowego czasu gry. Gdy mecz Schalke się skończył, odpalono fajerwerki, tysiące ludzi wdarło się na boisko, a zawodnicy i oficjele udzielali pełnych radości wywiadów, większość ze łzami w oczach. Słynny klub z Zagłębia Ruhry nie zdobył tytułu od 1958 roku.
W tym czasie, w czwartej minucie doliczonego czasu gry, bramkarz Hamburga Matthias Schober – urodzony w pobliżu Gelsenkirchen, zagorzały kibic Schalke – złapał w ręce podanie od kolegi z drużyny. Bayernowi przyznano rzut wolny pośredni z pola karnego Hamburga. Ośmiu zawodników Hamburga uformowało mur, a Schober przygotowywał się do wyskoczenia w przód i sparowania strzału. Sędzia zapowiedział, że będzie to ostatnia akcja meczu, a przez to i całego sezonu. Nieporuszony Stefan Effenberg – który wrócił do Bayernu w 1998 roku, by w końcu coś wygrać – zawołał obrońcę Patrika Andersona. Szwed nigdy wcześniej nie zdobył gola dla Bayernu. Mimo to Effenberg powiedział mu: „Przywal ją w bramkę i pójdziemy do domu”. Mówiąc to, szturchnął piłkę, a Anderson przywalił ją w bramkę.
Tak o tym niezapomnianym zdarzeniu w historii Bundesligi pisał Ulrich Hesse w doskonałym „Torze”. Fragment ten świetnie oddaje wszystko to, co składa się na zjawisko określane w Niemczech mianem „Bayern-Dusel”. „Dusel” to w tłumaczeniu dosłownym „fart”. Pojęciem tym opisuje się mecze, które Bayern rozstrzyga na własną korzyść często w sposób niezasłużony, najczęściej dzięki bramce zdobytej w końcówce meczu. Właściwie od początku rundy rewanżowej w Bundeslidze hasło to przeżywa za naszą zachodnią granicą prawdziwy renesans. Zaczęło się od gola Lewandowskiego w meczu przeciwko Freiburgowi, tydzień temu na kolana w końcowych sekundach meczu padł Ingolstadt, a w sobotę, w burzliwych okolicznościach, berlińska Hertha. Gol w Berlinie, zdobyty przez Lewandowskiego w 95 minucie i 56 sekundzie meczu, uznaje się w Niemczech za najpóźniej zdobytego gola w Bundeslidze od 1992 roku, czyli odkąd zaczęto gromadzić szczegółowe dane statystyczne. Tylko w tym roku, czyli w ciągu pięciu kolejek, Bayern, dzięki golom zdobytym w 90 minucie i później, zdołał uratować aż 5 punktów, czyli dokładnie tyle, ile wynosi obecnie jego przewaga nad drugim w tabeli RB Lipsk. W skali całego sezonu, Bawarczycy zdobyli w tym czasie aż 8 z 76 goli strzelonych jak dotąd we wszystkich rozgrywkach, czyli 10,5 proc. Jeśli zaś uwzględnimy gole zdobywane od 86 minuty, takich bramek naliczymy w sumie 11, czyli blisko 15 proc. całości. Dzięki nim, Bayern ma na koncie aż 7 punktów więcej. Truizmem byłoby dodawać, że nikt w lidze nie może się pochwalić takim wynikiem.
Media w Niemczech poczęły się zastanawiać, jak to z tymi Bawarczykami jest. Czy Bayern-Dusel to faktycznie fart, czy stoi za nim coś więcej? Trener Herthy Pal Dardai posunął się w insynuacjach dość daleko, mówiąc, że doliczony czas gry był swego rodzaju bonusem dla Bayernu. Oliwy do ognia dolał jeszcze Bild, wyliczając, że sędziowie faktycznie dokładają do podstawowego czasu gry więcej minut, kiedy Bayern przegrywa (4 lub 5), niż wtedy, gdy wygrywa (maksymalnie 3). Ale jeśli coś się cyklicznie powtarza przez lata, to czy mówienie o szczęściu jest w ogóle uprawnione? Może to nie fart, a zwykłe wyrachowanie?
Zdecydowana większość komentatorów i – co zrozumiałe – sami przedstawiciele Bayernu są ze sobą zgodni: – Kiedy inne drużyny strzelają gole w końcówkach, mówi się o nich, że mają super mentalność. Kiedy my to robimy, pisze się, że to Bayern-Dusel. To nie fair – irytował się po meczu z Herthą kapitan Philipp Lahm. To nie fuks sprawia, że Bayern trafia do siatek rywali w samych końcówkach.
– Szczęście nie jest nikomu dane. Trzeba o nie zawalczyć – mówił swego czasu Oliver Kahn. Akurat on wie co mówi. W czasie kariery był mentalnym potworem. To on pchał drużynę do ataku okrzykami z bramki, to on werbalnie i niewerbalnie dawał kolegom do zrozumienia, że mają walczyć do ostatnich sekund. To on jest autorem słynnego w Niemczech powiedzonka „Nie aufgeben! Weiter! Immer weiter!” [Nigdy się nie poddawaj! Idź cały czas do przodu!] To właśnie te słowa wykrzyczał Ottmarowi Hitzfeldowi do uszu, rzucając mu się w ramiona po zakończeniu opisywanego wyżej meczu w Hamburgu. I mimo iż Kahna nie ma już w Bayernie, to jednak jego duch nadal unosi się nad zespołem. Bayern ma w kadrze wystarczająco wielu zawodników, którzy niezachwianie wierzą w swoje umiejętności. Lewandowski, Robben, Lahm, Vidal, Ribery, Hummels czy Neuer nie trafili do klubu przez przypadek. Aby się tam przebić, aby nie dać się stłamsić rozbuchanym egocentrykom, aby wytrzymać presję oczekiwań ze strony kibiców i mediów, trzeba mieć ku temu odpowiednie predyspozycje. Trzeba wierzyć w siebie bezgranicznie. Trzeba być przekonanym, że jest się piłkarzem najlepszym na świecie. Tylko wtedy można odwracać losy meczów, finałów i mistrzostw. W Bayernie gra się w piłkę głową bardziej niż gdziekolwiek indziej.
Ogromne znaczenie ma także w przypadku Bawarczyków jakość ich kadry. Kiedy Freiburg wypuszczał na boisko po przerwie Lukasa Küblera i Onura Buluta, czyli zawodników na poły anonimowych, Bayern odpowiadał Juanem Bernatem i Franckiem Riberym. Kiedy Ingolstadt próbował zaskoczyć Bayern Stefanem Lexem i Lukasem Hinterseerem, Ancelotti zareagował posyłając w bój Arjena Robbena i Douglasa Costę. Natomiast na zmęczoną nieustannym bieganiem za piłką i brakiem zmian (pierwsza z nich dopiero w 87 minucie) Herthę, wypadli jak wygłodniałe charty Lewandowski i Kingsley Coman. I w każdym z tych meczów, to właśnie ci superrezerwowi maczali palce przy decydujących trafieniach. Jeśli do końcowych sekund meczu utrzymujesz korzystny wynik grając z Bayernem, pozostaje ci tylko błagalne spoglądanie na sędziego. Podczas gdy twoi zawodnicy podświadomie coraz bardziej i bardziej cofają się i bronią coraz mniejszego skrawka terytorium, ofensywa Bayernu wchodzi na najwyższe obroty. Bayern przestaje wtedy walczyć z przeciwnikiem. Jedynym rywalem staje się upływający czas. I często udaje się ograć także i jego.
A może jednak jest w tym wszystkim odrobina metafizyki, za którą tak tęsknią dziś futbolowi romantycy? Może to ani fart, ani wyrachowanie, a przeznaczenie? Może piłkarscy bogowie oddają Bayernowi przez lata to, co zabrali mu na Camp Nou w 1999? Może do dziś czują się winni?
Bayern rusza po potrójną koronę! Bawarczycy w finale Pucharu Niemiec
Kilka dni temu Bayern Monachium dopiął swego w Bundeslidze. W Lidze Mistrzów wciąż ma szanse na puchar, a teraz mistrzowie awansowali do finału Pucharu Niemiec.
Jakub Kamiński na stałe w FC Koln? Są nowe informacje niemieckich mediów
Sezon 2025/26 Jakub Kamiński spędzony na wypożyczeniu z Wolfsburga do FC Koln. Polak radzi sobie na tyle dobrze w zespole z Kolonii, że ten myśli o jego wykupie definitywnym.