Ta historia nie rozpoczęła się latem 2019 roku, gdy przeniósł się do Al-Fateh, ale blisko dwa lata wcześniej. Wtedy za namową Zbigniewa Smółki zamienił Podbeskidzie Bielsko-Biała na Stal Mielec: – Gdyby nie ten człowiek, mógłbym już nie grać w piłkę – mówi dziś Michał Janota. Między wtedy a dziś podpisał kontrakt życia w Arabii Saudyjskiej.
Michał Janota poznał futbol w Arabii Saudyjskiej
PRZEMYSŁAW PAWLAK
Przechodził trudny okres, w życiu każdego przychodzą momenty zwątpienia, chwile, gdy zastanawiasz się, czy wybory, których dokonujesz są właściwe. U Janoty problemy się spotęgowały, tym bardziej trudno dziwić się, że myślał o zakończeniu kariery.
Ktoś kłamał
– Zmarł mój tata, niedługo później w pożarze statku straciłem starszego brata, następnie pożegnałem babcię, w międzyczasie spadłem z Górnikiem Zabrze z Ekstraklasy. Grałem w pierwszej lidze w barwach Podbeskidzia Bielsko-Biała, co prawda furory nie robiłem, ale po niepowodzeniach poczułem się jak kozioł ofiarny. Brałem ostry zakręt – opowiada. – Trener Smółka maltretował mnie jednak telefonami. Powiedziałem żonie: daję sobie rok, idę do Stali, nie odpalę, koniec z profesjonalnym graniem w piłkę. W Mielcu odzyskałem jednak radość z uprawiania futbolu, a radość jest najważniejsza. Nigdy wcześniej nie pracowałem ze szkoleniowcem, który byłby tak mocno za mną. Każdy piłkarz potrzebuje wsparcia, jeśli masz trenera, który traktuje cię jak powietrze, kasuje cię z byle powodu, nie wystrzelisz z formą. Nie zawsze jednak w naszych relacjach panowała świetna atmosfera, dochodziło do zgrzytów. Mój charakter do najłatwiejszych nie należy, ale ciężką pracę lubię – trener Smółka potrafił to wykorzystać, trzymał nade mną bat. Nie marudziłem na niego, no może czasami. Ale to u piłkarzy normalne. Mieliśmy jednak do siebie szacunek.
Smółka trafił do Ekstraklasy, zaczął pracę w Arce i zabrał ze sobą Janotę. Czas spędzony przez tego szkoleniowca w Gdyni jest różnie oceniany, przeważają negatywne opinie, niemniej transfer Janoty był strzałem w dziesiątkę. Piłkarz zaliczył świetną jesień, „PN” nominowała go do miana Ligowca Roku, choć na poziomie Ekstraklasy spędził tylko pół sezonu. Kilka miesięcy później był już w Al-Fateh.
W klubie o wszystkim decyduje Saad bin Abdulaziz Al-Faaliq. Trudno znaleźć o nim więcej informacji w sieci, Janota opowiada, że to całkiem młody facet, studiował w Stanach Zjednoczonych, więc nie ma problemów z komunikowaniem się w języku angielskim, co dla tej historii ma znaczenie. – Za oceanem prowadzi też interesy, przede wszystkim jednak jest synem ważnego polityka. Klub traktują jak rodzinny biznes. Nie jest jednak tak, że miałem do czynienia z szejkiem. Przy pierwszym kontakcie mister Saad, tak się o nim mówi w klubie, sprawia bardzo dobre wrażenie. Otwarty, komunikatywny. Dopiero później powychodziły pewne sprawy. Ująłbym to tak – człowiek, który ma dwie twarze. W kilku sytuacjach poczułem się okłamany, inni piłkarze również.
Konkretnie chodziło o ustalenie, kto pod koniec zimowego okna transferowego podjął decyzję o tym, że Janota nie będzie brany pod uwagę przy ustalaniu składu przez trenera. Zazwyczaj, przecież nie zawsze tak się dzieje także w europejskich klubach, takim przywilejem cieszy się szkoleniowiec. Rzecz w tym, że Janota był jednym z ulubieńców Yannicka Ferrery. Stawiał na Polaka – większość ligowych meczów za jego kadencji zaczynał w wyjściowej jedenastce, oczywiście do momentu odsunięcia od gry. W dodatku Ferrera pochodzi z Belgii, z kolei Michał wcześniej grał w Holandii. Panowie szybko znaleźli wspólny język. To mister Saad powiadomił Janotę o tym, że dłużej nie będzie brany pod uwagę przy ustalaniu składu. Prezydent klubu w podjęcie decyzji ubrał jednak trenera. Tymczasem Ferrera w rozmowie z piłkarzem stwierdził, że nie ma z tą sprawą nic wspólnego, że to pomysł Saada.
– W lidze Arabii Saudyjskiej może występować w jednym zespole maksymalnie siedmiu obcokrajowców. Dla mnie zabrakło miejsca, podobno zespół miał zmienić ustawienie na bardziej defensywne. Co nie zmienia faktu, że ktoś tu kłamał – twierdzi Janota. – Sprawa rozegrała się kilka dni przed zamknięciem okna transferowego. Prezydent chciał, abym odszedł na wypożyczenie do lata, zamierzał nawet płacić mi całą pensję, ale ja nie byłem przygotowany na przeprowadzkę. Czasu zostało bardzo mało, nie spodziewałem się, że taka historia może mieć miejsce. Przecież grałem. Więcej, czułem zaufanie od trenera, wsparcie. W trakcie rozmowy szkoleniowiec powiedział, że bardzo chciał mnie zatrzymać. Sam się już w tym zacząłem gubić.
Robią, co chcą
Janota nie ukrywał, że w Arabii Saudyjskiej podpisał dobry kontrakt. Al-Fateh to jednak klub, który nie płaci tak dużych pieniędzy, jak podpowiada wyobraźnia, gdy człowiek dowiaduje się, w której federacji jest zrzeszony. Najlepiej wynagradzany zawodnik w czasie występów Janoty, Portugalczyk Andre Pinto, który trafił do Arabii Saudyjskiej ze Sportingu, kasował rocznie około milion euro. Czy zatem Polak wrócił z Azji usatysfakcjonowany przynajmniej pod względem finansowym?
– Nie, bo nie o pieniądze tu w ogóle chodzi – przekonuje. – Nie będę opowiadał, że nie patrzyłem na pieniądze, oczywiście, że patrzyłem. Swoje zarobiłem, nie rozegrałem jednak tylu meczów, ile zamierzałem. Chciałem tam zostać, podpisałem dwuletnią umowę, planowałem ją wypełnić. Rozumiem, że piłka nożna to twardy biznes, Arabom zdarza się jednak potraktować zawodników na niezbyt wysokim poziomie. No jak mogę powiedzieć, że Saad jest poważnym człowiekiem, skoro przed moim ostatnim występem zespół i sztab szkoleniowy odbyli spotkanie z prezydentem, w trakcie którego usłyszeliśmy zapewnienie, że żadne ruchy kadrowe nie są planowane? Bla, bla, bla – po co takie gadki, jeśli po jednym meczu zmieniasz zdanie, bo twoja drużyna zremisowała, a nie wygrała? W Arabii mi nie wyszło, choć nie do końca wiadomo dlaczego, przecież wywalczyłem miejsce w składzie, a trener był zadowolony z mojej gry. Nikt z kolegów w szatni nie spodziewał się, że padnie akurat na mnie. Arabowie mają władzę, pieniądze i mogą robić, co chcą.
Gdy obcokrajowiec trafia do ligi pokroju saudyjskiej, ma określone cele do zrealizowania. Powie to każdy, kto grał w Arabii Saudyjskiej, Katarze czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Na boisku musi robić show. Ma legitymować się liczbami – bramkami i asystami. Z tego jest rozliczany. Janota rozegrał 11 ligowych meczów, zdobył jedną bramkę, zaliczył jedną asystę. Szału nie ma. Inna sprawa, że cała drużyna dołowała.
– W tabeli zajmowaliśmy niską lokatę, być może mister Saadowi trochę się tyłek podgrzał. Niemniej, zazwyczaj gram jako dziesiątka, ale w Al-Fateh pełniłem rolę ósemki, a nawet szóstki. O liczby było więc trudniej – usprawiedliwia się Michał. – Zresztą, nie gram tylko dla statystyk, w pierwszej kolejności gram dla zespołu. Ale tam tego nie rozumieją. Tam nie ma taktyki, pracy dla drużyny. Liczy się wynik i twoje liczby. Oni nie patrzą czy jesteś napastnikiem, pomocnikiem czy obrońcą. Jesteś obcokrajowcem to masz strzelać, asystować i wygrywać mecze. Andre Pinto został postawiony w identycznej sytuacji. Obrońca. Chore.
Czuje się mocny
Dobre liczby to jedno, przyzwyczajenie się do specyficznego podejścia do wykonywania zawodu piłkarza przez Arabów – to drugie. Trenerzy bądź piłkarze mający za sobą doświadczenia wyniesione z krajów wchodzących w skład Półwyspu Arabskiego jako jeden z najważniejszych elementów powodzenia na tamtejszym rynku wskazują: zaakceptowanie reguł tam panujących. Nawet jeśli Europejczykowi pewne zachowania nie mieszczą się w głowie. Nie ma miejsca na stawianie znaków zapytania, im większe nerwy, tym szanse na sukces maleją.
– Wiedziałem, że spotkam ludzi o innej mentalności. Tamtejsi zawodnicy, mówię konkretnie o tych, z którymi dzieliłem szatnię, uwielbiają grać w piłkę, ale reszta na bok. Są mało profesjonalni. Za ciężkich treningów nie lubią. Spóźnienia są na porządku dziennym. Jeden z zawodników oświadczył, że nie będzie ćwiczył, bo nie jadł śniadania. Szok! Na co trener pozwolił, zero konsekwencji. Szok do kwadratu! Z jednej strony rozumiem, że trener nie chciał stracić pracy, każdy chce zarabiać, ale bez przesady. Na arabskich zawodników nie wolno krzyczeć, a już zwłaszcza przy innych. Każdy widział, że zrobili coś złego na boisku, a trener bał się im zwrócić uwagę. Przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie. Po analizie jednego z meczów wyszło, że źle podał miejscowy chłopak, no to się ten chłopak obraził. Ja akurat taki jestem, że na boisku się odzywam, może czasami za dużo… Niewykluczone, że to komuś się nie spodobało. W szatni żyliśmy bardzo dobrze, ale mecz to są emocje, czasem trudno się powstrzymać. Ja lubię presję, lubię ją czuć na boisku. Nie lubię za to przegrywać, a dla arabskich zawodników po porażkach wszystko było OK. Straciliśmy mnóstwo punktów przez indywidualne błędy obrońców, najczęściej w okolicach 90. minuty czy w doliczonym czasie. Zamiast minimalizować ryzyko, defensywa jakby sama sobie stwarzała okazje do popełnienia błędów, które nie przystoją juniorom.
O finansowych szczegółach rozstania z Al-Fateh Janota nie chce mówić. Być może jednak strona ekonomiczna jest najlepszym aspektem wyjazdu do Arabii Saudyjskiej, ponieważ wyprawę trudno również uznać za udaną pod względem turystycznym.
– Raz, że gorąco, dwa, że pustynia. Oczywiście, że się tego spodziewałem, ale czym innym jest się czegoś spodziewać, a czym innym to przeżyć – mówi. – Miasto nie należało do najładniejszych. Właściwie nie ruszałem się z hotelu, który wchodził w skład kompleksu handlowego. Nie było tam niczego do zwiedzania, więc nie bardzo było po co. Prawie żadnej zieleni, za to dużo kurzu. Spędziłem kilka miesięcy, grając w PlayStation, oglądając filmy, seriale i pijąc kawę z kolegami z drużyny. Napojów wyskokowych mi nie brakowało, bo nigdy do alkoholu nie byłem pierwszy. Krótko mówiąc – nie wychylałem się, pojechałem tam grać i trenować, a nie się bawić. I to też nie jest tak, że się teraz zasłaniam pogodą. Dało się przeżyć, poza tym ja też na pewno błędy popełniłem.
Ostatni mecz Janota rozegrał 23 stycznia, spędził na boisku 90 minut. Pod koniec lipca na stałe wrócił do Polski. Rozwiązał kontrakt z Al-Fateh. Przebywa w Polsce, trenuje indywidualnie i szuka klubu. Pojawiło się kilka zapytań z Ekstraklasy, pierwszeństwo ma jednak zagraniczny wyjazd.
– Chciałbym grać, to jest najważniejsze. Odczuwam ogromny głód piłki. Pracuję z trenerem personalnym, muszę być gotowy, gdy już podpiszę kontrakt – tłumaczy. – Wiem, że wielu ludzi w Polsce od dawna mnie krytykuje, ale na tle naszej ligi pod względem piłkarskim czuję się bardzo mocny. W Arce strzeliłem dziesięć goli w sezonie, to co – dwa lata wcześniej nie umiałem grać? Umiałem. Tyle że ktoś albo chce to zobaczyć, albo nie chce.
Świetny mecz Krzysztofa Piątka w Katarze! Dwa gole i asysta Polaka
Krzysztof Piątek pokazał się ze świetnej strony tuż przed startem zgrupowania reprezentacji Polski. Napastnik zdobył dwa gole i asystował w meczu przeciwko Al Saillya.
Co z obecnością Iranu na MŚ? Prezydent USA zabrał głos
Po ubiegłotygodniowym ataku Izraela i USA na Iran, władze kraju znad Zatoki Perskiej poinformowały o bojkocie MŚ 2026. Decyzję Irańczyków ws. udziału w mundialu, skomentował prezydent USA, Donald Trump.
Finalissima w nowej lokalizacji! Messi i Yamal zagrają w innym kraju
Pod koniec marca odbędzie się "Finallisima", czyli mecz z udziałem reprezentacji Argentyny oraz Hiszpanii. Według mediów z Półwyspu Iberyjskiego, mecz zostanie przeniesiony do innej lokalizacji.